To będzie dobry sezon kajakowy. Jak w zeszłym roku, z różnych przyczyn, nie byłam na nich ani razu, to w tym roku pływałam już trzy razy, a i to jeszcze nie koniec. Już nawet jestem umówiona na wrzesień. A jesienią (lub późnym latem) Wkra jest najpiękniejsza. Oczywiście przez te dwadzieścia lat nie pływałam tylko na tej rzece, byłam też na Bzurze, Orzycu czy Narwi, zaliczyłam też kilka jezior i to o różnych porach roku i podczas różnej pogody. Z resztą na końcu dam foto historię moich wyczynów od lat dwutysięcznych, do dziś. I tak sobie myślę, kajaki tu, kajaki tam, a ponad 20 lat minęło w mgnieniu oka. To kawał czasu, a ja wszystkie wyprawy wspominam, jakby wydarzyły się wczoraj. A tu okazuje się, że kawał życia spędziłam z wiosłem w ręku.
Dlaczego akurat kajaki?
Oczywiście lubię też siłownię, ale kajaki są już w moim rodzinnym DNA od dawna. Jako dziecko na pewno byłam na nich raz czy dwa, ale cała przygoda zaczęła się od momentu, kiedy tata i jeden wujek stwierdzili, że po co wydawać pieniądze na wynajmowanie sprzętu, jak można kupić sobie własny kajak i być niezależnym. Jak uradzili, tak zrobili. Dzisiaj mamy przyczepę, kanu, krypę i 5 kajaków i rzeczywiście jesteśmy niezależni od nikogo. Co do kajaków i kanu, to one są już wersjami niemalże zabytkowymi, bo mają ze czterdzieści lat, ale działają. A krypa jest zrobiona z dachu fiata ducato. Można? Można.
I tak rozpoczęłam naszą rekreację. Były lata, że w sezonie wakacyjnym byłam co niedziela na wodzie, ale były też lata, kiedy nie chciałam pływać. Ale w ogólnym rozrachunku, kajaki to puls mojego życia. To nie tylko machanie wiosłem, to też trudne rozmowy, przemyślenia ważnych rzeczy, łzy i żałoba. Ale przede wszystkim ogromne szczęście i radość. Podglądanie przyrody kiedy siedzi się cicho w kajaku jest niesamowite. Śpiew ptaków, kukanie kukułki, ryby wyskakujące z wody albo płynące wzdłuż burty, albo oglądanie wodnych kwiatów i roślin pozwalają uszom i oczom się zrelaksować, a w środku ma się takie coś niewypowiadalnego, ale dającego ogromną ekscytację i radość. Kajaki, to też przygody. Wywrotki do wody, zapadanie się w mule po kolana, gubienie nakładek na okulary (to ostatnio), siedzenie w krzakach podczas ulewnego deszczu, wyścigi (rywalizacja), żartowanie, kąpiele, robienie pikników w spartańskim stylu, wypoczynek i przede wszystkim spędzanie czasu z rodziną i znajomymi. A na sam koniec dnia, ma się tak zwane dobre zmęczenie, po którym śpi się jak kamień.
Cieszę się, że tata i wujek kiedyś wpadli na ten pomysł, bo nie wyobrażam sobie życia, w którym nie pływam kajakami, albo robię to bardzo rzadko. I tak sobie myślę, że w ogóle nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jakie mam szczęście, że mogę sobie pływać gdzie chce i ile chce, bo mamy własny sprzęt. I co najważniejsze, to jest sport dla każdego, niezależnie od wieku. Kiedyś pamiętam, że ktoś opowiadał, że jakiś osiemdziesięciolatek pływa kajakami. Myślałam sobie łaaaaał, taki stary, a jeszcze daje radę usiąść na wodę(taki żargon). No i mój tata zbliża się teraz do osiemdziesiątki i nadal pływa. I dziś w ogóle mnie to nie dziwi, bo jak przed chwilą pisałam, to jest rekreacja dla każdego. Pływają też z nami dzieci, chyba najmłodsze, jakie wzięliśmy miało trzy lata. Dziś niektóre z nich, to stare konie, ale nadal cieszące się wyprawami na Wkrę. Mało tego, wciągają w to innych członków rodziny i swoich znajomych. Tradycja więc ma szansę przetrwać.
A gdyby ktoś się zastanawiał, czy osoby chore albo niepełnosprawne też mogą pływać, to od razu odpowiadam - oczywiście. Moja mama była chora i pływała. Znam też rodziny, które mają dzieci na wózkach i oni też pływają. Dla chcącego nic trudnego. Ja zachęcam do tej rekreacji, ale przede wszystkim na rzekach. Bo na jezioro trzeba mieć dużo siły, tam prąd nie niesie. Tymczasem trasę na rzece można na upartego przepłynąć bez wiosłowania😁
Od 2005 roku:)




.jpg)

.jpg)































Komentarze
Prześlij komentarz