Pochwała codzienności - nocna codzienność
W nocy z czwartku na piątek nie mogłam zasnąć. Nie, żebym się wtedy nudziła, ale wiecie, leżę, leżę i nic. Jeden bok, drugi bok, plecy, jeden bok, drugi bok, plecy. Było mi gorąco, bolało mnie kolano i bałam się otworzyć okno, żeby żaden komar mnie nie pogryzł. W końcu stwierdziłam, że dalej tak być nie może. Otworzyłam okna, żeby się przewietrzyło, wyszłam z pokoju i pokuśtykałam na taras na huśtawkę ogrodową, żeby się ochłodzić. I gdzie tu pochwała codzienności? No już. Usiadłam na tej huśtawce, odetchnęłam lżejszym powietrzem, wiatr owiewał mi twarz, a ja zamarłam w zachwycie. Zachwycie codzienności nocy. Spojrzałam w niebo, zza chmur wyszło kilka gwiazd, a ja zastanowiłam się, kiedy ostatnio po prostu siedziałam i patrzyłam się w kosmos (oglądanie Star Treka się nie liczy). Nie znam się na konstelacjach, układach ani galaktykach, ale znam niebo nad moim domem. Chmury też były piękne, przypominały mi czoło…. Klingona (tak, znowu tłukę Star Treka, więc wszystko mi się z n...