Strażnicy - odc.23

 

Poważne rozmowy z prezesami NOZ-u

Marek Odolaniec i dwóch nowych funkcjonariuszy przyjechało do biura NOZ- u, akurat wtedy, gdy śpiący panowie zaczęli wiercić się w fotelach.

Teresa i Tymon zrobili mu miejsce na kanapie, którą też zajął Karol. W końcu, to oni mieli być głównymi prowadzącymi rozmowę.

Pierwszy ocknął się Paweł Minc, co nie było dziwne, bo był mniej poturbowany niż jego kolega. Patrzył na wszystkich nieprzytomnym wzrokiem i nie wiedział, skąd się tu wziął i dlaczego jest przykryty kocem.

- Paweł – usłyszał głos Teresy – czy to ty? Pamiętasz jak się nazywasz?

- Ja, ja – chrypiał. Nie wiedział, czemu boli go gardło – tak. Nazywam się Paweł Minc, ale po co pytasz i co to za ludzie?

- Zaraz wszystko wyjaśnimy – usłyszał męski głos. Spojrzał w stronę komendanta i zdziwił się, że widzi policjanta.

- Policja? Ale o co chodzi? Łeb mnie boli? Co ja tu robię? – stękał.

W tym samym momencie ocknął się Sławomir, ale ten ze snu od razu się przełączył na tryb przytomny i od razu zerwał się z fotela. Spojrzał na siebie i wrzasnął.

- Co to ma być?! Jakaś orgia?! Dałem sobie wcisnąć pigułkę gwałtu?!

- Nie, Sławek, spokojnie – usłyszał głos Teresy i od razu na nią spojrzał.

-  Co się tu dzieje?!

- Niech pan usiądzie – usłyszał głos komendanta.

- Policja? – znowu spojrzał na Teresę – dlaczego tu jest policja?

- Proszę usiąść.

- I dlaczego tak łeb mnie naparza i skąd mam te siniaki?!

- Proszę usiąść – tym razem powiedział to Karol, ale takim tonem, że olbrzym od razu klapnął w fotel. Teresa podała mu koc. Przykrył się.

- Pozwólcie, że pan Tymon – komendant zwrócił się do Strażnika – wszystko wam opowie. A potem my zadamy panom i pani Teresie kilka pytań. Od razu mówię, że o nic nie jesteście oskarżeni.

Mężczyźni skinęli głowami, na znak, że się zgadzają. Tymon opowiedział im o tym, co ich spotkało i wyjaśnił dlaczego są tak poturbowani. Panowie co chwilę usiłowali mu przerwać, ale Tymon nie dał im dojść do głosu.

- Przepraszamy, że doprowadziliśmy panów do takiego stanu, ale to dziadostwo nie chciało z was wyjść – powiedział na koniec.

- Dobrze, ja się nie gniewam – powiedział Paweł Minc. Sławomir nic nie powiedział, tylko burknął coś pod nosem.

- A teraz nasze pytania – powiedział komendant – czy pamiętają panowie, to co się działo w ostatnich tygodniach?

- A który jest dzisiaj? – zapytał Kruk.

- 3 października, godzina 14:00 – powiedziała Teresa.

- To niemożliwe – wykrzyknął Minc – wczoraj był jeszcze dwudziesty sierpnia.

- Niestety, zakażenie pomorczniakiem pozbawiło panów panowania nad swoim życiem. Oraz skasowało wam pamięć – odezwał się Tymon – pani Teresa, którą ominęło zakażenie potem opowie panom, przynajmniej tyle ile się da, co panowie robili.

- To mi się w głowie nie mieści – burczał Sławomir.

- Zaraz więcej się panu nie zmieści – odparł Karol Nowak – ponieważ pasożyty nieźle narozrabiały, a my się musimy teraz dowiedzieć, na ile to była ich inicjatywa, a na ile panów intencje.

- Co zrobiliśmy? Zabiliśmy kogoś? – dopytywał Paweł Minc. A potem spojrzał na Teresę. Ta skinęła mu smutno głową.

- Próbowałam was powstrzymać, ale nic do was nie docierało.

- Kogo zabiłem?! – wykrzyknął Sławomir i zbladł.

- Nikogo z rodziny – uspokoiła go Teresa – nikogo z przyjaciół.

To trochę uspokoiło olbrzyma.

- Zaraz do tego dojdziemy – powiedział komendant – dla nas ważne są dwie rzeczy. Co panowie pamiętają jako ostatnie, a drugie gdzie panowie wtedy byli.

- A jakie to ma znaczenie? – burczał Sławomir.

- Sławek, współpracuj – powiedziała Teresa – proszę.

- Jak mam współpracować, skoro przed chwilą dowiedziałem się, że znikło mi z życiorysu prawie dwa miesiące życia, a na dodatek kogoś zabiłem.

- Zaraz to sobie wyjaśnimy – mówił komendant łagodząc spór.

- Ja pamiętam – odezwał się Paweł Minc – że jechałem z EXPO, ulicą Prądzyńskiego i jakieś gnojki wyskoczyły mi na hulajnodze przed maskę. Wściekłem się, bo to nie pierwszy raz mi się zdarzyło.

- Czy powiedział pan coś do nich?

- Tak, wyzwałem ich na czym świat stoi.

- Proszę się zastanowić i powiedzieć, co pan mówił.

- Same bluzgi, nie chcę przy paniach ich powtarzać – powiedział zawstydzony.

- To bez bluzg, ale co to mogło być. Nie musi być dokładnie.

- Życzyłem im wszystkiego, co najgorsze i żeby szli się leczyć. I że gdyby, to ode mnie zależało, to bym ich wystrzelał, jak kaczki.

Pawłowi ewidentnie było głupio, za tę błazenadę. Róża stwierdziła, że to dobry znak. Że nie jest ten człowiek taki całkiem zły.

- A potem nic już nie pamiętam. Obudziłem się tutaj i… jestem skołowany.

- A pan? – Marek Odolaniec zwrócił się do Sławomira Kruka.

- Co ja? – wielkolud patrzył na komendanta i od razu zaszufladkował go, jako słabego grubaska.

- Będzie pan walczył, czy z nami porozmawia, jak człowiek? – głos komendanta był spokojny, ale stanowczy. Kruk rozejrzał się po reszcie osób w pokoju. Większość z nich mogłaby pobić tego faceta jedną ręką, a jednak to on tu miał kontrolę.

- Pan jest szefem tego komisariatu dla wariatów nie z tego świata?

Honorata już chciała mu napyskować, ale Marek Odolaniec uciszył ją samym wzrokiem.

- Tak. To ja – po czym dodał – i nie wiem, czy zdaje sobie pan sprawę, ale to ja właśnie, ten szef zwariowanego komisariatu mam władzę posadzić pana i kolegę na ławie oskarżonych albo puścić pana wolno. Jak na razie tylko jeden z panów ma jakieś szanse.

- Co?! – Sławomir poderwał się z fotela.

- Proszę usiąść – powiedział komendant – na razie rozmawiamy. I jesteśmy dopiero na początku. Myślę, albo nawet mam nadzieję, że z biegiem czasu nabierze pan pokory. Bo, to co zrobiliście pod wpływem pomorczaków było bardzo, bardzo złe. Do tego wam też grozi śmierć.

- Co?!

- Jeśli chce pan się więcej dowiedzieć, to proszę zacząć rozmawiać, jak człowiek – odezwał się kapitan.

Sławomir pojrzał na niego i zamilkł. W tym niepozornym i przeciętnym z pozoru mężczyźnie dostrzegł, coś więcej. To był wojownik.

- Też wyjechałem z EXPO, ale na Prądzyńskiego nie miałem żadnych przygód. Dopiero, kiedy wyjechałem na Kasprzaka, coś kudłatego wpadło mi pod maskę. Zahamowałem gwałtownie i o mało nie przywaliłem w słup. Na dodatek samochód, który był za mną przywalił mi w bagażnik. Wysiadłem siny z wściekłości i zacząłem do tego człowieka wrzeszczeć, że mu nakopie i że jest jełopą i kto mu dał prawo jazdy. No i to koniec moich wspomnień – popatrzył z niechęcią na policjantów – i po co wam ta wiadomość?

- Chcemy ustalić, skąd mogą te pomorczniaki wychodzić – odezwała się Róża – nie są panowie jedynymi, którzy padli ich ofiarą.

- Jak na razie mamy trzy przypadki z okolic Kasprzaka –powiedział Tymon i wyciągnął telefon, spojrzał na zebranych i dodał – zawiadomię ekipę, żeby tam zaczęli szukać dziury i większej ilości zainfekowanych.

Tymon wyszedł z pokoju. Kolejną osobą, która zabrała głos był Karol.

- Co było na EXPO? – zapytał.

- Wystawa wojskowego sprzętu, broni i tak dalej – powiedział Paweł Minc.

- No to mamy jeszcze większy problem –  Karol kręcił zrezygnowany głową – jeśli na tym EXPO byli żołnierze i fani batalistyki, którzy też zostali zainfekowani pomorczniakiem, to mamy przekichane.

- Niech pan nie będzie takim pesymistą – powiedziała do niego Róża – ostatnim razem Strażnicy złapali sześć pasożytów. My mamy trzy, może one nie są tak szybkie i ruchliwe, jak wampiry. Może trafiają do dziur przez przypadek.

- Tego nie wiemy – odezwał się Marek Odolaniec – dlatego potem omówię tę kwestię z głównym komendantem, on ma większe znajomości niż my.

- Czy to już wszystko? – nurknął Sławomir.

- Nie – odezwał się Marek Odolaniec – teraz przejdziemy do poważniejszych spraw. Teraz poromawiamy sobie o konkursach dla Krajan, o bezsensownej śmierci najemników, planach testów genetycznych i o tym, czemu pod Augustowem przetrzymujecie dwa wilkołaki, smoka i berserka.

- I o tym, że ojcowie wilkołaków będą chcieli was zabić – dodała Róża.

Mężczyźni ewidentnie nie wiedzieli, o czym oni mówią.

- Nie robiliśmy żadnych konkursów dla Krajan  - powiedział Paweł Minc – owszem, kiedy oni się pojawili wśród nas, próbowaliśmy zwerbować ich do firmy, bo widzieliśmy w nich super żołnierzy.

- Ale nie wyszło – dodał Sławomir – okazało się, że oni nie nadają się do współpracy. A wiadomo, że żołnierze nie działają w pojedynkę, są drużyną.

- Dlatego po kilku próbach wdrożenia tego planu, porzuciliśmy ten pomysł – dodał Paweł Minc.

- Wtedy rzeczywiście zginęło kilkoro naszych ludzi – przyznał się Sławomir – ale to wyjaśniliśmy w prokuraturze i nie postawiono nam zarzutów. Powiedz im Teresa – zwrócił się do kobiety.

- Tak. To prawda. Mogą panowie sprawdzić – po czym zwróciła się do kolegów – z tym, że wróciliście w sierpniu do tego pomysłu, tłumacząc, że tym razem na pewno uda się nam ich zaciągnąć. I rzeczywiście wymyśliliśmy konkurs, ale w trakcie jego realizacji zaczęliście na mnie naciskać, że trzeba będzie zwycięzców poddać badaniom genetycznym, łącznie z wypatroszeniem im bebechów, żeby potem stworzyć super człowieka.

- Co?! – zdziwił się Sławomir.

- To nie wszystko – dodała Teresa – w ogóle nie przejmowaliście się tym, że giną nasi ludzie- zwróciła się do zebranych – NOZ nie jest taki. My zawsze dbaliśmy o swoich ludzi. Oczywiście oni znają ryzyko, każda misja może skończyć się dla nich śmiercią. Ale ta spotkała ich w domu. W koszarach, gdzie powinni być bezpieczni.

Znowu spojrzała na kolegów.

- Powstrzymywałam was, jak tylko mogłam, ale stawaliście się coraz bardziej agresywni i w końcu sama zaczęłam się bać o swoje życie. Ale wiecie, co jest najgorsze?

Panowie pokręcili głową.

- Że wy nic nie pamiętacie, a ja będę musiała do końca życia żyć z wyrzutami sumienia, że posłałam do piachu około czterdziestu ludzi.

- Ilu?! – wykrzyknął Paweł. Ale i zebrani byli mocno zaskoczeni.

- Czterdziestu – kobieta zaczęła szlochać – wy się wywiniecie, bo zostaliście zakażeni. A ja? Ja to wszystko pamiętam.

Kobieta zapłakała. Jak na zawołanie pojawił się obok niej Tymon, który chwilę wcześniej wrócił z rozmowy. Objął ją ramieniem i powiedział ciepło.

- Proszę się tak nie osądzać. Nie była pani w stanie powstrzymać pomorczniaków. A poza tym, na pani korzyść wypada to, że od razu podjęła z nami współpracę.

Nastała chwila ciszy, którą przerwał Sławomir.

- Nigdy w życiu nie myślałem o żadnych testach na ludziach czy Krajanach – powiedział wstając – jestem wybuchowy, mam trudny charakter i trudno ze mną wytrzymać, ale…, ale nigdy nie chciałem śmierci moich ludzi.

- Co my mamy robić? – zapytał Paweł Minc komendanta.

Ten odparł.

- Powinniśmy wsadzić panów do aresztu – spojrzał na Teresę – i panią też. Ale zaszły to tak dziwne rzeczy, że na razie wstrzymam się od tej decyzji. Nie będę powiadamiał prokuratury, ale i tak za jakiś czas wszyscy staniecie przed sądem.

Teresa znowu się rozpłakała. Paweł Minc spuścił głowę, a Sławomir powiedział.

- Jak mogę stanąć przed sądem, jeśli nic nie pamiętam.

- To nie będzie zwykły sąd – powiedział Marek Odolaniec – bo sprawa też jest niezwykła.

Wszyscy, prócz Karola spojrzeli na komendanta z wielkim zdziwieniem.

- Razem z kapitanem długo wczoraj rozmawialiśmy o tej całej sytuacji. Trudno winić kogoś, że zrobił coś, a o tym nie wiedział. Ale z drugiej strony mamy trupy, mamy uwięzionych Krajan i wkurzone rodziny. Tego nie da się zatuszować, ani zamieść pod dywan.

- Ale my nic nie pamiętamy – upierał się Sławomir.

- Ale pamięta pani Teresa, pana ludzie, są nagrania, no i wczoraj nasi ludzie rozmawiali z osadzonymi.

- Jakimi osadzonymi? – pieklił się Sławomir.

- Do tego jeszcze dojdziemy. Niech pan usiądzie – wskazał wielkoludowi fotel. Mężczyzna wrócił na miejsce. Komendant zwrócił się do Karola Nowaka.

- Panie kapitanie, proszę wyjaśnić wszystkim, jaki to będzie sąd.

- Jestem powiernikiem Prawa, dostałem tę fuchę od króla całej Baśniowej Krainy. Dzięki temu mam przywilej podejmowania pewnych decyzji, które są wiążące i dla Krajan i dla ludzi. Rozmawialiśmy wczoraj z naszym głównym komendantem. Opowiedzieliśmy mu wszystko, bo sytuacja do której doprowadziliście jest straszna, nie mogliśmy jej zataić. Na szczęście dla was, nasz przełożony przyjął do wiadomości to, że byliście niepoczytalni, a pani Teresa nie była w stanie was powstrzymać.

- Mogłam zadzwonić na policję – bąknęła przez łzy i oparła głowę na ramieniu Tymona.

- Myślę, że tyle się wokół pani działo, że straciła pani nad tym kontrolę, no i czuła się zastraszona – powiedział do niej Strażnik.

Nikt tego nie podważył. Karol kontynuował.

- Odbędzie się sąd nad wami. Będzie składał się z ludzi, Krajan i Strażników.

- Co? – zdziwiła się Róża – my się w to nie…

- I Strażników – powiedział z naciskiem Karol.

- Ale…

- Róża, przestań – powiedział Tymon – powiernik Prawa ma rację. Jeśli ma nie dojść do linczu, my też musimy się w to zaangażować.

- Ja nie siedzę w żadnym sądzie – burknęła Róża – ja nie chcę się ujawniać.

- Nie my będziemy tam siedzieć, prawda panie kapitanie.

- Tak. Rozmawiałem już z panią Delfiną.

- Bez mojej wiedzy? – wybuchła.

- Pani Różo – powiedział do niej ciepło Karol – potem się pokłócimy, dobrze?

Strażnicy cicho parsknęli śmiechem, nawet komendant uśmiechnął się pod nosem. Róża spiekła raka. Wolała go, kiedy nie był taki BOHATERSKI.

Kapitan ponownie zwrócił się do prezesów NOZ.

- Nie będzie to zwykły sąd, jaki znacie. Ale jego wyrok będzie prawomocny.

- Mówili państwo, że o nic na nie oskarżają – wybuchnął ponownie Sławomir.

- Bo tak jest – powiedział komendant – na razie nie wiemy, o co mielibyśmy państwa oskarżyć.

- I nie wsadzicie nas do paki?

- Nie. Wyjdą stąd państwo wolni. Z tym, że nie radzę nigdzie uciekać.

- A jednak nie tacy wolni – burczał Sławomir.

- Nie chodzi o nas – powiedział Karol Nowak – na państwa tropie są wilkołaki. A pani Honorata – wskazał dziewczynę – to siostra osadzonych pod Augustowem. Ona może w każdej chwili powiedzieć ojcu i stryjowi, gdzie oni są.

- Ale nie powiem – powiedziała szybko Honorata.

- Wiem, bo ci zabroniłem – zwrócił się do mężczyzn – mają panowie szczęście, że w porę zauważyłem, że ona chce się podzielić ze swoją rodziną naszymi odkryciami. Jako powiernik Prawa, mogłem ją powstrzymać.

- Kilka razy próbowałam coś powiedzieć, ale zawsze z moich ust wychodziły inne słowa – Honorata wzruszyła ramionami.

- A skazałabyś ich na śmierć? – zapytał Karol.

- Nie. Pomorczniaki ich zainfekowały, a pani Teresa, była dla nich za słaba, żeby móc to powstrzymać. Ale kara i tak musi być – powiedziała Honorata.

- To orzeknie sąd – powiedział komendant, a potem zwrócił się do prezesów NOZ – proponuję panom i pani, żebyście na kilka dni dali się zamknąć u nas w areszcie. Nikt was stamtąd nie wyciągnie.

- Co?! Przecież mówił pan, że jesteśmy wolni – Sławomir znowu się uniósł gniewem.

- Tak. Areszt, to propozycja. Kilka dni u nas, da wam większą szansę na przeżycie. My musimy jeszcze przekonać wilkołaki, smoka i berserka, żeby was nie rozszarpały.

Teresa zbladła i o mało nie zemdlała. Tymon podtrzymał ją, dzięki czemu nie upadła.

- W tej chwili, to jest państwa największy problem.

- Poza tym siedząc u nas, mogą państwo dowiedzieć się więcej o sprawie, przemyśleć ją na spokojnie. A my w tym czasie wypuścimy osadzonych.

- Nikt was nie wpuści na nasz teren – powiedział Sławomir.

- Nasi ludzie, już tam byli – zaśmiał się komendant – widzi pan, pan chciał zrobić z Krajan żołnierzy i się nie udało. Ja zrobiłem z nich policjantów i wie pan, co? I wyszło mi to doskonale. Przedostali się do was tak, że nikt nic nie zauważył.

- I czemu ich nie uwolnili? – zapytał Paweł Minc.

- Bo nie to było ich zadaniem. Potrafią słuchać rozkazów.

Karol skręcał się w duchu ze śmiechu. Nie wiedział, że komendant potrafi być tak złośliwy, ale i twardy. Nie ustępuje wielkoludowi nawet na krok. I wbija mu szpilę za szpilą. Róża to wyczuła, ale dąsała się na Karola, więc się nie chciała w duchu śmiać. W końcu i ona nie wytrzymała. Na szczęście żaden człowiek tego nie zauważył. Krajanie i Strażnicy, to oczywiście, co innego.

- Chodzi o to – kontynuował komendant - że jedno z państwa, myślę, że weźmiemy panią Teresę, pojedzie tam z nami i postaramy się bez strat w ludziach uwolnić Krajan.

Nagle odezwała się Teresa.

- Czy mogę chwilę porozmawiać z moimi wspólnikami na osobności?

- Oczywiście – zgodził się komendant – proszę przejść do pokoju obok.

Po kilkunastu minutach wrócili. Teresa wypowiedziała się za wszystkich.

- Pojadę z panami, a koledzy poczekają na nas w areszcie. Proszę się na nich aż tak nie gniewać. Oni są oszołomieni, tym wszystkim czego się dowiedzieli. Myślę, że wiele rzeczy jeszcze do nich nie dociera. Ale zgodzili się współpracować.

- To prawda – potwierdził Sławomir Kruk – tylko chciałbym przedtem dostać jakieś ubranie.

- Ja też.

- Nie ma problemu. Proszę pojechać do domu i spakować kilka rzeczy. Tak, jakby panowie jechali na kilka dni na urlop – powiedział komendant – my i tak nie wyruszymy wcześniej niż panowie się u nas zjawią. Pani Tereso, proszę też tak zrobić. Potem pani dołączy do kolegów, kiedy my będziemy starać się uratować wam życie.

 

Marek Odolaniec jest zmęczony

Komendant zaparkował samochód pod blokiem i przez chwilę siedział w ciszy. To był ciężki dzień. Nie sądził, że da sobie radę z przełożonym, nie sądził, że da sobie radę z twardzielami z NOZ-u, nie sądził, że będzie przewodził spotkaniu, na którym byli twardsi ludzie od niego. A jednak, to on trzymał stery w rękach, wszyscy mu ustąpili. Marek Odolaniec zaśmiał się pod nosem.

- A pomyśleć, że jeszcze kilkanaście dni temu narzekałem, że wszyscy mnie ignorują i że straciłem panowanie nad komisariatem.

Wysiadł z samochodu i spojrzał w okna swojego mieszkania. Cienie ruszały się za firanką. Kotołaki zadomowiły się na dobre, a jego życie stało się od tego bardziej nieprzewidywalne. Nigdy nie wiedział, co zastanie w domu. A dzisiaj chciał zastać ciszę i spokój. Niestety, wiedział że to niemożliwe. Kotołaki były głośne i… głośne. A on i tak zgodził się nimi zaopiekować.

- Ja też bym chciał, żeby ktoś się mną zaopiekował.

Wszedł do mieszkania i od razu w uszy uderzył go dźwięk z telewizora, dodatkowo dzieciaki o coś się kłóciły. Kira coś do nich odkrzykiwała z kuchni. Od kilku dni rozgryzała tajemnice gotowania. Kupił jej jakąś książkę kucharską z prostymi przepisami, a ona go potem tymi potrawami karmiła. Na razie nie mógł powiedzieć, że były smaczne. Częściej przypalone, surowe, niedopieczone, ohydne i za słone. Ale jej nie zrażał i zjadał, co mu dała.

Poszedł do łazienki i spojrzał sobie w twarz. Miał wrażenie, że ma ponad pięćdziesiąt lat. Zaśmiał się smutno.

- Ja mam ponad pięćdziesiąt lat – umył twarz zimną wodą.

Potem poszedł do kuchni.

- O! Jest pan – powiedziała Kira – właśnie robię racuchy, słodkie, dobre.

Marek Odolaniec spojrzał na przypalone dzieło i stwierdził, że na dziś już wystarczająco się poświęcił.

- Nie jestem głodny – powiedział i wyszedł z pomieszczenia. Zamknął się u siebie w pokoju i położył się na łóżku. Po kilku minutach zdał sobie sprawę z tego, że jest cicho. Nie chciało mu się zastanawiać, dlaczego? Zamknął oczy i starał się nie myśleć o obowiązkach, które czekały go następnego dnia.

Kira zapukała do drzwi.

- Czy wszystko u pana w porządku? – zapytała.

Marek Odolaniec zdziwił się. Pierwszy raz zainteresowała się jego osobą. Do tej pory był tylko kimś, kto z siebie dawał, dbał o nią i dzieciaki i musiał zjadać straszne potrawy.

- Po prostu jestem zmęczony.

- My wiemy, jak pomóc, alfo – odezwała się Kira.

- Bądźcie tylko cicho. Nic więcej mi nie trzeba.

Ale to były kotołaki, jak sobie już coś postanowiły, to od razu wprowadzały w czyn. Po chwili leżał otoczony przez cztery drobne ciała. Marek chciał zacząć wrzeszczeć, ale kotołaki zaczęły mruczeć. Nawet nie wiedział, kiedy zasnął. 

 

Karol i Róża rozmawiają

Róża siedziała z siostrami u siebie w kuchni i zdawała im relację z ostatnich godzin. Na końcu powiedziała.

- Chciałabym, żeby to się skończyło i żebym mogła wrócić do zwykłego, szarego życia. Do prowadzenia sklepu i przychodni. Na razie mam dosyć przygód.

- Mówisz tak, bo jesteś zmęczona – powiedziała Kalina – ja się wyśpisz, to znów polecisz ratować świat od zagłady.

- Pewnie masz rację – westchnęła – ale ja też mam rację. Trochę tęsknie do spokojnego życia. Nie spodziewałam się takich przygód.

Zadzwonił dzwonek domofonu. Siostry popatrzyły na siebie zdziwione.

- Już po dwudziestej pierwszej? Kto to może być? – zastanawiała się na głos Malwina.

Róża podeszła do domofonu i westchnęła. Będą miały siostry na niej używanie.

- To pan Karol – powiedziała do nich, a one zaczęły chichotać.

Róża pokręciła głową, a potem nacisnęła guzik głośnika.

- Tak panie Karolu? Coś się stało?

- Nie – powiedział pogodnym tonem – po prostu chciałem panią wyciągnąć na wieczorny spacer. Jest ciepło – zapewnił.

Róża wyłączyła głośnik.

- Co ja mam robić? – zapytała sióstr, a potem pożałowała, bo wiedziała, co one powiedzą.

- Idź wariatko i daj się porwać uczuciom – powiedziała Kalina.

- Nie chce dać się porywać uczuciom – burknęła – powiem mu, żeby jechał do domu.

Malwina doskoczyła do domofonu i włączyła głośnik.

- Róża właśnie zemdlała z wrażenia, ale zaraz będzie gotowa i zejdzie do pana – powiedziała i uśmiechała się od ucha do ucha do Róży.

- Zabiję cię – zagroziła siostra.

- Trudno, ale jeśli my ci nie pomożemy, to ty sama sobie na pewno nie pomożesz – odparła młodsza siostra – idź, co masz do stracenia.

- Przestań się bronić, to co przeżywasz, jest normalne – dodała Kalina.

- A jak on po prostu chce pogadać, o tym, co było dzisiaj w siedzibie NOZ-u? – broniła się Róża.

- Tak, na pewno – burknęła Kalina – bo to nie mogłoby poczekać do jutra.

- Ja nie chcę iść – nadal broniła się Róża.

- Chcesz, tylko się boisz, bo w końcu ktoś, czyli pan Karol spowodował, że czujesz się niepewnie – mówiła Kalina.

- Czyli się zakochałaś –podpowiedziała Malwina – i nie musisz nam dziękować. Zawsze, ale zawsze ci pomożemy nabrać odwagi.

Róża już nic nie powiedziała, tylko ubrała się i wyszła przed kamienicę. Karol stał niedaleko wejścia do jej sklepu. Podeszła do niego i powiedziała.

- Przepraszam za moje siostry, one mają głupie pomysły. Nie zemdlałam.

Karol uśmiechnął się do niej lekko i powiedział.

- Ma pani wspaniałe siostry.

Róża też się uśmiechnęła.

- To prawda.

Karol wręczył Róży bukiet kwiatów. Dziewczyna zaniemówiła z wrażenia, po czym szybko się zreflektowała i wydukała.

- A to z jakiej okazji?

- Pomyślałem sobie, że ostatnio dużo pani przeszła, jest zmęczona i skołowana, więc bukiet kwiatów powinien choć trochę pani osłodzić niewygody dnia codziennego.

- Dziękuję, są piękne – powiedziała Róża i spiekła raka – a spacer?

- Spacer jest dobry, żeby wszystko sobie w jego trakcie poukładać, wyjaśnić, no i miło spędzić czas – Karol mówił miękkim głosem, a ona czuła, że miękną jej kolana. Chciała uciec, chciała zostać, chciała na niego krzyczeć, chciała rzucić mu się na szyję. W życiu nie sądziła, że zakochanie się może być tak wyczerpujące psychicznie. W końcu nic nie zrobiła, tylko stała w miejscu i czekała, co on na to powie.

- Chodźmy. Wieczór o dziwo jest ciepły, więc możemy przejść się Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem. Czy taka trasa może być?

- Może być – powiedziała – tylko pójdę zanieść ten bukiet.

- O nie pani Różo, nie pójdzie pani zanieść bukietu, bo znając panią, nie wróci pani do mnie.

Nawet się nie sprzeczała, wiedziała, że tak by było. Zaparłaby się i nie wyszła.

Wyciągnął do niej rękę.

- Chodźmy.

Podała mu swoją i po chwili zrobiła pierwszy krok, a potem następny.

Zastanawiała się nad tym, dlaczego ludzie mówią, że jak się jest zakochanym, to im tańczą motyle w brzuchu, serce wyrywa się z piersi, a w głowie śpiewają anielskie chóry. Ona raczej czuła, że ma nogi sztywne z nerwów, w żołądu kamień, w sercu przed zawałowe palpitacje, a w głowie pustkę. Coś było tu nie tak. Wróciła do rzeczywistości, bo Karol coś zaczął do niej mówić.

- Ostatnie dni były dla mnie niesamowite – powiedział – powinny być raczej przerażające, a jednak po przemyśleniu wszystkiego uznałem je za niesamowite.

- Dlaczego? – wydukała.

- Odkryłem, że mam zdolności, o które nawet się nie podejrzewałem. Tak, jakbym stał się bohaterem filmu fantasy.

- Jest pan BOHATEREM w rzeczywistości.

- Wiem, ale robię te wszystkie niesamowite rzeczy, które mi się nawet nie śniły.

- Podoba się to panu?

- O tak. Chociaż na początku byłem skołowany, ale teraz, po kilku dniach od wydarzeń na Placu Defilad, teraz wiem, że zawsze tego chciałem.

- Byś BOHATEREM? – zdziwiła się Róża.

Karol spojrzał na nią i przez chwilę się zastanawiał.

- Tak, chyba tak – powiedział cicho, a potem dodał głośno – ale nie chodzi o jakaś pychę, czy wbicie się w niezdrową dumę: Jestem bohaterem, klękajcie narody. Tylko czuję się tak, jakbym w końcu znalazł się na swoim miejscu. Po prostu przestałem z tymi zmianami walczyć. I jest dobrze. Jest dobrze.

Róża patrzyła na niego sama musiała przyznać, że on ma rację. Widać był, jak na dłoni, że jest tam gdzie powinien, że jest odprężony, że znikła jego niepewność i nerwowość. Ten Karol był już innym człowiekiem. A może zawsze taki był, tylko bohaterowanie wyciągnęło, to na wierzch. Chyba zawsze taki był. Już sam fakt, jak z uporem jej szukał, bo chciał znaleźć dopowiedzi, bo chciał wiedzieć, co się dzieje na ich świecie. I jak to BOHATER chciał wszystko naprawić i ułożyć.

- Zamyśliła się pani – odezwał się do niej.

- Zastanawiałam się nad tym, co pan powiedział – odparła – i też uważam, że ma pan rację. Ale nie wydaję mi się, żeby pan się zmienił, nie stał się pan innym człowiekiem. Tylko to, co ostatnio pana spotkało, tylko wyciągnęło potrzebne cechy na powierzchnię.

- Uważa pani, że zawsze byłem odważny i brawurowy? – zaśmiał się Karol.

- Możliwe.

- Chyba byłem we własnej głowie – nadal się śmiał.

- A teraz już poza głową, teraz już w rzeczywistości – dodała Róża.

- A pani? Jak się pani czuje? – zapytał.

- Ja? – zająknęła się – ja czuję się normalnie, jaka byłam, taka jestem.

- Na pewno? – zatrzymał się i spojrzał jej w oczy.

- Noo...

- Niech pani tylko mi nie kłamie, jako powiernik Prawa, od razu wykryję kłamstwo – śmiał się, a ona czuła, że zaraz padnie zemdlona z nerwów na ziemię.

- Nic nie powiem – wydukała.

- No i dobrze- objął ją i pocałował w usta.

Obawiał się to zrobić, bo nie wiedział do końca, czy nie pomylił się i że może ona wcale nie jest nim zainteresowana. Ale jako BOHATER zrobił to, nie martwiąc się (na razie) konsekwencjami. A Róża rozpłynęła się w jego ramionach i w ogóle o niczym nie myślała. Ponieważ okazało się, że jednak są motyle w brzuchu,  serce wyrywa się z piersi, a w głowie śpiewają anielskie chóry. Ocknęła się kiedy usłyszała jego cichy śmiech.

- Pan Różo, cały czas mnie pani zaskakuje.

- Ja? – wychrypiała zawstydzona – dlaczego?

- Spodziewałem się dostać bukietem kwiatów po głowie, a tymczasem pani się do mnie przytuliła. Czy mam rozumieć, że wszystko między nami jest tak, jak powinno?

- Tak – bąknęła i wtuliła nos w jego kurtkę.

Mógł się jeszcze z niej trochę ponabijać, ale ulitował się nad nią i tylko mocniej przytulił. Poza tym, nie chciał psuć tej chwili.

Kiedy Róża wróciła o drugiej w nocy do domu, nie spodziewała się, że w kuchni będą na nią czekać siostry i Lili. Jęknęła w duchu – o nie, tylko nie one. Ale zamiast ich wygnać, postawiła na stole wino i kieliszki i wszystko im opowiedziała. I koniec końców była im bardzo wdzięczna za to, że na nią czekały. Bo mogła się wygadać, inaczej po prostu by z nadmiaru emocji pękła.

Karol też wrócił do swojego mieszkania. Był bardzo szczęśliwy i pewny tego, że wszystko jest takie, jak powinno być. On nie potrzebował się wygadywać, on po prostu był szczęśliwy.

 

Kolejny odcinek 20 maja

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"