Strażnicy - odc.22

Życie Marka Odolańca zostaje
wywrócone do góry nogami
Znowu nie było go dwa dni w domu. Zdążył tylko dwa razy zadzwonić
do Kiry i zapewnić ją, że wszystko jest w porządku i żeby na niego czekała, aż
wróci.
No i wracał. A raczej człapał noga za nogą i marzył tylko o
ciepłym łóżku Wiedział, że jeszcze musi zajrzeć do kotołaków, inaczej znowu
będzie musiał ich szukać, albo co? Podszedł do drzewa, oparł się o nie i
powiedział głośno.
- Kira, wróciłem.
W gałęziach zaszeleściło i kobieta szybko znalazła się obok niego.
Był zmęczony, ale widział, że jest zmarznięta. No tak, od kilku dni lało,
dzisiaj może nie, ale było co raz chłodniej.
- Kira, musisz znaleźć sobie dach nad głową. Nie możesz tak z
dzieciakami marznąć.
- Nic nam nie będzie – powiedziała – zapuścimy zimowe futro i
będzie po kłopocie.
- Pani Róża mówiła mi, że w Baśniowej Krainie kotołaki żyją w
cieplejszym klimacie.
- To prawda, ale umiemy się przystosować – powiedziała cicho.
- Kira, spójrz na mnie – kobieta spojrzała mu w oczy.
- Mnie nie możesz kłamać. Jestem alfą.
- Wieeeeem – mruknęła – nie zapuścimy futra. Mamy ciepłe kurtki i
koce. Dał nam pan też pieniądze na ciepłe śpiwory. Damy radę.
- Może znajdę wam jakiś wygodne mieszkanie.
- Nieeeeeee – przeraziła się Kira – nie lubimy zamkniętych
pomieszczeń.
- No to zmarzniecie. Muszę iść, padam na twarz. A ty przemyśl moją
propozycję. Z resztą, tu nie chodzi tylko o ciebie, ale i o dzieci. Pomyśl o
nich.
Poczłapał do mieszkania. Przebrał się w dresy, umościł w fotelu i
sięgnął po gazetę. Usłyszał dzwonek do drzwi. Kiedy otworzył, zobaczył na progu
Kirę z dziećmi. Dygotali z zimna.
- A możemy zamieszkać u paaanaaa? – zapytała Kira.
Marek wewnątrz siebie krzyczał, że absolutnie nie. Że nie ma prawa
go o to prosić. Że nie będzie zapraszał żadnych Krajan do domu. Że ma ich po
dziurki w nosie w pracy.
Kira nie musiała tego słyszeć, ale widziała jego minę.
- Przepraszam – powiedziała – to był głupi pomysł. Nikt o zdrowych
zmysłach nie zaprosiłby kotołaka do domu. Bo przecież wszystko wyniesiemy albo
zepsujemy.
- Poczekaj Kira – zatrzymał ją. Wiedział, że to manipulantka
pierwszej wody, ale wiedział też, że nie będzie potrafił się jej oprzeć. Poza
tym był alfą.
- Tak?
- Jestem alfą tak?
- Tak – powiedziała, a jej dzieci energicznie kiwały głowami, na
potwierdzenie słów matki.
- I nie możecie robić mi w domu bałaganu, ani wynosić rzeczy bez
pytania?
- Nie możemy alfo – powiedziały dzieci, bo wiedziały, że to było
bardziej do nich niż do matki.
- I będziecie się mnie słuchać?
- Tak alfo.
- I nic w tym bloku nikomu nie zginie.
- Nie alfo.
Marek Odolaniec westchnął.
- Idźcie po swoje rzeczy – nie zdążył dokończyć zdania, a
dzieciaki już po nie pobiegły. W progu została Kira.
- A ty? Będziesz się mnie słuchać?
- Oczywiście alfo – wypowiedziała to takim tonem, że od razu
wiedział, że nie ma co na to liczyć.
Po chwili miał w domu nowych lokatorów. Cała czwórka zajęła pokój
jednego z jego synów.
- Nie będzie wam tu ciasno? – zapytał.
- My tak lubimy – powiedziała Klarcia i zwinęła się w kłębek w
kącie łóżka. Zaraz koło niej położyli się jej bracia. Matka nakryła ich kocem.
- Zmarzły – powiedziała.
- A ty?
- Ja też – stanęła pośrodku pokoju i bezradnie rozejrzała się po
ścianach – to dla mnie nowość – dodała.
Marek Odolaniec wziął z jej rąk drugi koc i okrył ją szczelnie.
Potem usadził ją na łóżku. Ta przytuliła się do dzieci i zamknęła oczy.
Komendant wyszedł z pokoju i w końcu usiadł na fotelu, z gazetą w
ręku i herbatą i postanowił się odprężyć. Po kilku minutach usłyszał
skrzypnięcie drzwi. Kira przyszła do niego i bez słowa władowała mu się
owinięta w koc na kolana. Przytuliła się do jego brzucha i zasnęła. On był tak
osłupiały, że nawet nie zareagował. Pocieszył się tylko tym, że nadal może
czytać gazetę i że w końcu ma swoją upragnioną ciszę.
Na Mazurach się dzieje
Konstanty i Damian Azjatycki pojechali śladem NOZ-u na Mazury. Jak
wyśledzili inni Strażnicy, najemnicy jeździli w jedno miejsce. Było to
niedaleko Augustowa, w dalekich odstępach leśnych. Zatrzymali samochód na
jednym z leśnych parkingów, oddalonym o kilka kilometrów od drogi prowadzącej
do ośrodka NOZ.
- No to biegniemy – powiedział Konstanty.
- Dobrze.
Dla tygrysołaka oraz Strażnika przebiegnięcie kilku kilometrów nie
było żadnym problemem. Panowie nawet nie dostali zadyszki. Zatrzymali się
dopiero przy wysokim płocie zakończonym dodatkowym drutem kolczastym. Jak
zauważyli, wszystko było pod prądem.
- Musimy jakoś dostać się do środka – mruknął Strażnik.
- Ja tego raczej nie przeskoczę – powiedział Damian – płot jest o
metr za wysoki.
- Ja też skakać nie będę. Chyba musimy przejść pod ziemią.
- Dobra, mogę kopać. Powiedz gdzie zacząć.
- Spokojnie Damian, spokojnie, ja to załatwię. Ty przeleć się w
jedną i drugą stronę i sprawdź czy ktoś tu nie idzie albo czy nie jesteśmy
obserwowani.
Tygrysołak zmienił postać i znikł wśród drzew. Nawet Konstanty
musiał przyznać, że nie wie gdzie poszedł. To znaczy mógł go namierzyć, ale nie
chciało mu się skupiać.
- Każdy niech robi swoje – mruknął. Potem zaczął rosnąć, ale
przede wszystkim skupił się na rękach. Te stwardniały i wyglądały jak wielkie
chochle. Konstanty zaczął drążyć ziemię i po chwili wykopał sporej wielkości
dół. Znowu wrócił do swoich rozmiarów. Położył się w dołku i powoli zaczął
wybierać ziemię spod drutów. Musiał zrobić duże przejście, tak żeby ani on ani
Damian nie zaczepili o druty podłączone do prądu.
- Czysto – wrócił tygrysołak – żadnych patroli.
- Na razie – powiedział Konstanty – pewnie sam ośrodek znajduje
się kolejne kilometry w głąb lasu.
Prze ślizgnął się na drugą stronę, znowu urósł i zabrał się za
wygrzebywanie ziemi.
- Nazbieraj jakiś liści – polecił Damianowi – zasyp te hałdy ziemi
oraz wsyp trochę do tych dołków. Przynajmniej z daleka nikt się nie połapie, że
coś jest tu nie tak.
Po kilku chwilach mężczyźni byli gotowi do dalszej drogi. Byli
ostrożni. Konstanty skupił się na tym, żeby być niewidocznym, a Damian w
postaci tygrysa również był nie do znalezienia. Po jakimś czasie napotkali
pierwszy patrol. Kilku uzbrojonych mężczyzn przechadzało się po lesie.
Widzieli, że nie mają jakiejś określonej trasy, po prostu mieli się kręcić i
sprawdzać, czy wszystko jest w porządku. Kiedy ich mijali usłyszeli kilka zdań
z ich rozmowy.
- Nie wiem czy się nie zawinę z tej imprezy – mówił jeden facet z
patrolu – nie podoba mi się, co robi szefostwo.
- Ja też nie jestem zadowolony, ale podpisałem kontrakt na dwa
lata. Mam jeszcze do odsłużenie pół roku.
- Gwiżdżę na ten kontrakt – parsknął ten pierwszy – nigdzie w nim
nie było napisane, że mam ginąć z rąk rekrutów.
Na to odezwał się trzeci.
- Wczoraj miałem dyżur przy klatkach – wzdrygnął się – czułem się,
jak obiad, który zaraz zostanie podany. Co tym naszym szefom strzeliło do łba,
żeby brać się za te potwory?
- No właśnie, raz
spróbowali i nie wyszło. Po co dalej to ciągną.
- A mnie się wydaje, że oni nie wiedzą co z nimi teraz zrobić.
- Dobrze wiedzą, że jak by ich wypuścili, ci jak nic by nas
wszystkich rozszarpali.
- Dlatego chcę się stąd zwinąć – zakończył rozmowę pierwszy z
mężczyzn.
Damian z Konstantym poszli dalej.
- Czyli trafiliśmy tam gdzie trzeba – mruknął Strażnik. Damian
tylko pokiwał kudłatą głową.
Zanim doszli do budynków, napotkali jeszcze dwa patrole. W końcu
przycupnęli w cieniu krzaków i rozejrzeli się po okolicy. Kompleks składał się
z trzech budynków. Jeden mały, pewnie tam znajdowały się biura. Drugi, to były
koszary i trzeci, był wielopoziomową halą. Wokół kręciło się sporo ludzi. Jedni
byli uzbrojeni, inni chodzili w cywilnych ubraniach.
- Wszyscy są zdenerwowani – wyczuł Damian.
- A wyczuwasz, gdzie mogą znajdować się nasze zguby.
Damian zaczął węszyć i po chwili powiedział.
- Są w tym największym budynku, ale na samym końcu. Tam
najintensywniej śmierdzi wilkołakiem.
- Wiesz, że związałeś się z córką szefa klanu wilkołaków?
- No i co z tego?
- Śmierdzi ci wilkołakiem? Przecież tam są jej bracia?
Damian wzruszył ramionami.
- Dobrze powiedziane, tam, a nie tu.
Konstanty popatrzył na niego znacząco.
- No co?! – parsknął Damian – nie zmienię zdania w pięć minut. A
Honorata pachnie polnymi kwiatami, więc to nie o niej mowa.
Strażnik pokręcił głową i nic już nie powiedział.
Przedostali się w pobliże tyłów budynku, niestety nie było tam
żadnego wejścia. Było z boku, ale ewidentnie zamknięte na cztery spusty.
- Chyba będziemy musieli je wyważyć – powiedział Damian.
- Wejdziemy od frontu.
- Jak? Ja się tam nie ukryję.
- Ja cię ukryję. Tylko musisz mnie trzymać…
- Nie będę cię trzymał za rękę – Damian uniósł górną wargę.
- za ramię albo położyć mi rękę na ramieniu – dokończył Strażnik.
- Dobra. Może być. Wchodzimy i co potem?
- Zobaczymy na miejscu.
Konstanty nie był pewien, czy uda mu się ukryć ich przed
wszystkimi, ale miał zamiar spróbować. Dostał jasne wytyczne. Podkraść się,
porozmawiać z porwanymi i się wycofać. Potem mieli się wszyscy zastanowić, co
dalej robić. Na pewno nie mogli ich wypuścić, bo tak, jak mówił strażnik w
lesie, na pewno by rozszarpali wszystkich ludzi w tym kompleksie.
Strażnik z przyczepionym do jego pleców Damianem wyszli zza linii
drzew i udali się jednak nie do wejścia głównego, ale do którychkolwiek drzwi,
które były otwarte. Mogli zniknąć z oczu ludziom, ale i tak ktoś by się
zaniepokoił, że coś jest nie tak i zaczął węszyć. Dlatego musieli ograniczyć
ilość napotkanych osób.
W końcu trafili na jakieś drzwi. Wślizgnęli się do środka, był to
jakiś magazyn z ubraniami. Nikogo tu nie spotkali. Po drugiej stronie
pomieszczenia były drzwi, uchylili je i wyjrzeli na zewnątrz. Był tam długi
korytarz ciągnący się wzdłuż całej długości budynku.
- W którą stronę? – zapytał Strażnik.
- W lewo – odparł Damian.
Ostrożnie ruszyli przed siebie. Nie napotkali żadnych ludzi.
Najwidoczniej większość pracowała w innej części budynku.
- Tutaj – powiedział Damian, stając przed ostatnimi drzwiami.
- Są za nimi.
- Nie wiem, ale zapach jest coraz silniejszy.
Uchylili drzwi i znaleźli się w pustym i ciemnym biurze. Na przeciwnej
ścianie znajdowała się wielka szyba, przez którą mogli zobaczyć, co się
znajduje w kolejnym pomieszczeniu. A tam stały trzy klatki, w której siedziały
wilkołaki, smoczyca i berserk. Wokół nich kręciło się sporo strażników, którzy
mieli non stop wycelowane w nich lufy karabinów.
- Ciekawe, czy mają srebrne kule – zastanowił się Konstanty.
- Jeśli są mądrzy, to tak. Ale na smoka i berserka to za mało.
- A na ciebie?
- Co na mnie? Ja się srebrnych kul nie boję, na mnie działa
jedynie...
- Miecz z podwójnym ostrzem wykuty przez płatnerza żyjącego w
górach w Zaginionym Królestwie.
- Skoro wiesz, to po co pytasz? – burknął Damian
- Chciałem zobaczyć, czy to prawda.
- No to jesteś trochę mądrzejszy niż przed chwilą – odciął się
tygrysołak – ale wiedz, też że są na
świecie tylko trzy takie miecze i wszystkie są u Króla Ryszarda.
- Ale urwanie ci głowy też by miało sens, prawda? – zaśmiał się
Strażnik.
- Zawsze możesz spróbować – Damian też się zaśmiał, nie obraził
się na Konstantego.
- Nie, dziękuję. Boję się raczej, żeby tamci nie pourywali łbów
strażnikom.
- Cała czwórka jest w gorącej wodzie kąpana. No może smok, który
jest smoczycą bardziej nad sobą panuje.
- A ty?
- Co znowu ja? – zdziwił się Damian – wiesz, że jestem kotem.
Panuję nad sobą doskonale. To raczej ja wyprowadzam innych z równowagi.
- Wiem, ale przypominam ci, że tutaj jesteś policjantem. Więc
nikogo nie drażnij. Rozumiesz.
- Tak.
- Dobrze. Trzeba tam wejść i z nimi pogadać.
- Teraz?
- Nie. Poczekamy, aż zmieni się warta.
Kud szturchnął Kła pod żebra.
- Co jest? – zapytał szturchnięty.
- W tym biurze ktoś jest – po czym syknął – nie patrz!
- Co się tak złościsz – burknął Kieł – pewnie siedzą tam jacyś
ludzie. To ich budynek. Mogą sobie siedzieć gdzie chcą.
- Myśl nosem bracie.
Obaj zaczęli węszyć.
- Ty masz rację. Wyczuwam jakiegoś kota i… - niuchnął Kieł –
Strażnika?
Smoczyca spojrzała na nich i syknęła cicho.
- Co jest?
- Nie czujesz?
Ta pokręciła głową.
- Nie mam tak wyczulonego węchu. Ja wyczuwam tylko złoto i
pieniądze – zaśmiała się.
Berserk podniósł się z posłania i burknął.
- Macie omamy. Za długo tu siedzimy i zaczynacie świrować.
- Wiem, co czuję – powiedział z dumą Kud.
- Jeśli macie rację, to teraz morda w kubeł, żeby ich nie wydać –
warknął berserk.
Strażnicy stali w pewnym oddaleniu od osadzonych, więc nie
słyszeli ich cichej rozmowy. Poza tym byli przyzwyczajeni do tego, że ci wciąż
się o coś kłócili. Nie zwrócili na nich uwagi. Za to bardzo pragnęli, żeby ich
pora warty się skończyła. Nikt nie lubił przebywać w pobliżu tych potworów.
Po godzinie Konstanty i Damian doczekali się zmiany warty i w
końcu mogli się ujawnić więźniom. Strażnicy pozostali obojętni na to, co się
zadziało. Nie widzieli i nie słyszeli niczego. To znaczy słyszeli rozmowy, ale
jako te, które zwykle odbywały się między więźniami.
Konstanty razem z Damianem stanęli przy klatkach.
- Wiedziałem, miałem rację – cieszył się Kud – mogłem się z tobą
założyć Ali Babo.
- Za późno – burknął berserk – ale przyznaję wam rację. Wasze nosy się nie pomyliły – po czym zwrócił się
do Strażnika.
- Przybyliście żeby nas uwolnić?
- Jeszcze nie – powiedział Konstanty.
- To po co tu jesteście? – zapytała smoczyca.
- Mieliśmy tylko potwierdzić to, że się tutaj znajdujecie.
- Weź mnie nie wkurzaj – krzyknął berserk i rzucił się na kraty.
- Opanuj się idioto – powiedział Damian – Strażnik przez ciebie
traci koncentrację.
- No i co z tego – burknął Ali Baba, ale się uspokoił.
- Jak nas znaleźliście? – zapytała smoczyca.
- Dzięki policji i fartowi – powiedział Damian, a potem spojrzał
na smoczycę – a nie miałaś być samcem?
Ta zrobiła wielkie oczy?
- A dlaczego miałabym być samcem?
- Bo w zgłoszeniu jest mowa o zaginionym smoku. Twoje pracownice
przyszły to zgłosić na komendę. Tak czytałem w raportach – dodał nie wiedzieć
czemu Damian.
- A, no tak – powiedziała
smoczyca – nie mówiłam dziewczynom, że jestem samicą. One zawsze wolą pracować
dla samców, mówią że są milsi i bardziej wyrozumiali. Ale to nie jest w tej
chwili mój największy problem.
- A jaki jest?
- Mam w sobie jajo. Za kilka dni powinnam je znieść. A tu nie mogę
być sobą – była wyraźnie zdenerwowana.
- Zapewniam cię, że za dwa, trzy dni zostaniecie wypuszczeni –
powiedział Konstanty.
- I się zemścimy – zawyły z zachwytu wilkołaki.
- Nic z tych rzeczy. Chyba, że chcecie wrócić na zawsze do
Baśniowej Krainy – powiedział Konstanty.
- Mamy prawo… - zaczął Kud.
- Macie prawo dostać łomot od ojców – burknął Damian – z resztą
ojca Kła poznałem osobiście – kotołak wyszczerzył zęby.
- I co? Dostałeś w mordę? – zaczął się pieklić Kieł.
- Nie. Dostałem błogosławieństwo na spotykanie się z twoją
siostrą, Honoratą.
Młody wilkołak o mały włos a by się rzucił na posrebrzane kraty. W
ostatniej chwili się powstrzymał.
- Nie wierzę ci, odszczekaj to – warczał wściekły.
- Mogę to najwyżej odmiauczeć, od szczekania…
- Damian – syknął Kontanty – nie pomagasz.
- Przepraszam – Damian wyprostował się i powiedział – jestem na
służbie i nie mam czasu na głupie przepychanki słowne. Mam wam tylko
powiedzieć, że wyciągniemy was stąd, ale nie będzie żadnej zemsty. Powiernik
Prawa już tego dopilnuje.
- Kim on jest? – pytał Ali Baba.
- Kiedy wy się tu bawiliście dużo się zmieniło. Nasz król Ryszard
III, sam go wyznaczył i podlegamy pod jego prawo. To mój przełożony, jest
kapitanem policji i musicie go słuchać – powiedział Damian, a Konstanty wyczuł
w jego słowach dumę z tego, że zna powiernika Prawa.
Nie miej jednak czas ich gonił.
- Na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze czas – powiedział do osadzonych
– żyjecie, macie się dobrze. Za kilka dni wyjdziecie stąd i wrócicie do domów.
Czekajcie cierpliwie.
Strażnik i Damian znikli szybko i bezszelestnie. Strażnicy
pilnujący więźniów nic nie zauważyli.
Rozprawa z pomorczniakami w
NOZ
Teresa chodziła nerwowo po swoim gabinecie i czekała aż przyjdą
Strażnicy i policjanci. Wiedziała, co ma robić i była zapewniona przez Tymona,
że wszystko będzie dobrze, ale trudno było jej w to uwierzyć. Sławomir był
wielkim facetem o rękach, jak bochny. Potrafił walczyć i niczego się nie bał.
Paweł też potrafił się bić, znał kilka rodzajów sztuk walk i był szybki. Jeśli
ci obcy ludzie nie dadzą im rady, to i jej życie będzie zagrożone. Przecież
czuła przez skórę, że mają już jej dosyć. Obawiała się, że pewnego dnia ją po
prostu sprzątną.
- Proszę się tak nie martwić – usłyszała i odwróciła się w stronę
drzwi. Stał w nich Tymon. Był ubrany w normalne spodnie i bluzkę, a jednak
wciąż wyglądał dla niej, jak pirat. Brakowało mu tylko kolczyka w uchu i papugi
na ramieniu.
Wszedł do środka i cicho zamknął drzwi.
- Przyszedłem wcześniej, bo podejrzewałem, że będzie się pani
denerwować.
- Kiedy będzie trzeba zachowam zimną krew – zapewniła go dzielnie.
- Nie wątpię – uśmiechnął się do niej tak, że aż na chwilę
straciła oddech. Pozbierała się szybko i odkaszlnęła. Ale zanim zdołała coś
powiedzieć Tymon zapytał.
- Zrobiła pani to, o co prosiłem?
- Tak. Pracownicy z sekretariatów wyszli na długi lunch, a potem
mają sporo spraw do załatwienia na mieście. Sławomira umówiłam na 12:00, a
Pawła na 13:00. Ale nie ukrywałam tego przed żadnym z nich, ponieważ dodałam,
że potem spotkam się z nimi oboma i ostatecznie podejmę decyzję o testach
genetycznych na Krajanach.
- I co oni na to powiedzieli?
- Powiedzieli, że nie rozumieją czemu chcę spotkać się z nimi
osobno. Powiedziałam im wtedy, że zawsze jest dwóch na mnie jedną, dlatego chcę
z każdym z nich osobno pogadać. Powiedziałam im nawet o czym. Mają być
przygotowani.
- Dobrze – Tymon miał ze sobą sporą torbę, z której wyjął
kamizelkę kuloodporną – proszę to założyć. Nie wiemy, jak zareaguje
pomorczniak, kiedy się za niego weźmiemy.
- Boję się o pana – przełknęła ślinę – i o innych. Sławomir jest
bardzo silny.
- To miło, że się pani martwi, ale wszystko będzie dobrze –
powiedział i wręczył jej kamizelkę.
Teresa wyszła do łazienki i w tym czasie przyjechała Róża, bliźniaczki
i Karol Nowak z Honoratą.
- Drużyna deratyzacyjna gotowa do pracy – powiedziała wesoło Róża.
- Wzięliście pochodnie?
- Wszystko mamy – powiedziała – pan Karol ubrał się, jak na wojnę.
Karol miał na sobie nie tylko kamizelkę kuloodporną, ale i hełm
kuloodporny i wyglądał bardziej na żołnierza sił specjalnych niż na policjanta.
- Od razu informuję, że to pani Róża kazała mi się tak przebrać i
była bardzo stanowcza – bąknął zawstydzony Karol.
- I bardzo dobrze – poparł ją Tymon – na razie wszyscy schowamy
się w pokoju obok. Kiedy przyjdzie czas, pan odcina drogę do wyjścia. Honorata
ty stoisz z pochodnią pod oknem, Róża też. A ja i bliźniaczki obezwładniamy
pomorczniaka.
- A ja? Co ja mam robić? – zapytała Teresa.
- Kiedy się zacznie, najlepiej niech się pani położy za biurkiem
na podłodze. W razie strzelaniny nic się pani nie stanie.
Kobieta skinęła głową i zaczęła się przyglądać przybyłym osobom.
Kobiety były tak piękne, że trudno było od nich oderwać oczy. Zastanawiała się,
czy któraś z nich jest żoną Tymona. Na samą myśl zrobiło jej się przykro. A
potem sama się zbeształa, przecież nawet go nie znała. Przecież nie był tu dla
podrywu. Ale był taki przystojny. Pan policjant też był bardzo przystojnym
człowiekiem i do twarzy mu było w mundurze. Czuła, że to odważny człowiek,
który nie zawaha się stanąć w obronie słabszego. Uśmiechał się i mówił coś do
jednej ze Strażniczek, ta też się do niego uśmiechała. Czy byli parą? No i
ostatnia osoba. Młoda dziewczyna. Co ona tu robiła? Przedstawiła się, że jest policjantką,
ale takie chuchro chyba nie mogło pracować w takim miejscu. Więc kim była?
- To Honorata, siostra wilkołaków, które trzymacie u siebie pod
Augustowem – powiedział Tymon, widząc że Teresa przygląda się dziewczynie.
- Ale skąd wy wiecie… - Teresa była przerażona. Przecież to była
tajemnica, kto ją wypaplał.
- Proszę się nie denerwować – uspokoił ją Tymon – my już wszystko
wiemy. Ale sami – zrobił ręką zaznaczając, że ma na myśli zebranych – do tego
doszliśmy. Nasi ludzie odwiedzili waszych więźniów i jak to wszystko się
skończy, to zajmiemy się i tym pani problemem.
- A skąd pan wie, że mamy problem.
- Powiem tak. Udało się wam wsadzić ich do klatki, ale jakoś nie
potraficie ich wypuścić. Dlaczego?
Teresa westchnęła.
- Bo nas pozabijają.
- Dokładnie – Tymon spojrzał jej w oczy – ale jesteśmy tu też po
to, żeby i w tym wam pomóc. Ale najpierw trzeba wyleczyć infekcje.
Teresa od razu mu uwierzyła.
A kiedy cała ekipa skryła się w pokoju obok gabinetu, miała chwilę
na przemyślenie całej sytuacji. Stwierdziła, że albo jest zdesperowana albo
zwariowała, skoro zaufała zupełnie obcym ludziom. A nawet nie ludziom, ale
jakiś tam Strażnikom. A ta dziewczyna? Córka wilkołaka, czy ona rzuci im się do
gardła? Czy też może się przemieniać? Tylko ten Karol przekonywał ją, że
wszystko jest w porządku.
Nagle w drzwiach pojawił się Sławomir.
- Coś taka zamyślona? – zapytał. Wyczuła, że jest zły.
- Zastanawiałam się nad naszą rozmową – odparła – siadaj proszę.
Teresa przeniosła się na kanapę, która stała pod ścianą. Sławomir
ulokował się na fotelu, siadając tyłem drzwi, za którymi urywali się ci, którzy
mieli pomóc.
- No to o czym chcesz gadać? Jak dla mnie wszystko jest jasne.
Mamy materiał do prób, na co tu czekać?
Nazwał żywe istoty materiałem, Teresę zmroziło.
- No co się tak gapisz? Chciałaś rozmawiać, to gadaj – i nagle się
odwrócił w stronę wchodzących się do środka ludzi. Tymon zaklął w myślach.
Zapomnieli, że ten cały Kruk, to nie jakiś tam pan zza biurka, a spec od
szkolenia najemników. Do tego podrasowany przez pomorczniaka.
- A co to za jedni?! – wrzasnął i zamiast rzucić się na nich,
rzucił się na Teresę. Ta zamarła struchlała, ale Tymon miał już w ręku kij i
walnął potężnego faceta w potylicę. Ten wrzasnął rozdzierająco i odwrócił się w
stronę Strażnika.
W tym czasie Róża szarpnęła Teresę i pchnęła w stronę biurka.
- Na podłogę.
Kobiecie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Skuliła się i zatkała
uszy.
Tymczasem Karol stał już przed drzwiami i celował w wielkiego
mężczyznę. Tymon rozpoczął z nim walkę wręcz, a bliźniaczki szykowały się, żeby
go rozebrać.
- Drań jest silny – warknął Tymon
i zwiększył uścisk wokół szyi Sławomira. Ten charczał coś i ich wyzywał.
Róża i Honorata stały pod oknami czekając na sygnał odpalenia pochodni. Olbrzym
jakoś się wywinął z uścisku Tymona i rąbnął go pięścią między oczy.
- Nie dostaniecie mnie – krzyknął, ale przez jego normalny głos
pobrzmiewały nutki chochlikowego pisku – on jest mój!
Jedna z bliźniaczek podcięła mu nogi, a druga od razu na nich
usiadła i zaczęła rozpinać koszulę. Tymon widząc, że ten się unosi, żeby złapać
dziewczynę za gardło uderzył go ponownie kijem w czoło. Normalny człowiek by
zemdlał, ale nie ktoś napędzany złem pomorczniaka. Druga bliźniaczka widząc, że
olbrzym zajął się wyrywaniem kija Tymonowi, zaczęła wcierać w jego goły brzuch
maść. Facet wrzasnął i wierzgnął nogami tak mocno, że siedząca na nim
Strażniczka zleciała. Szybko się jednak podniosła. W samą porę, bo gdyby tego
nie zrobiła, but tego człowieka wbiłby się jej w oko.
- Nie ma co się bawić – krzyknęła – rozrywaj spodnie.
Bliźniaczki pociągnęły za nogawki, a te pękły, jakby były z
papieru. Obie rzuciły się na faceta i smarowały go maścią, tam gdzie tylko było
możliwe.
- Trzymaj mu te łapy – krzyknęła jedna do Tymona – nie chcę mieć
siniaków.
Tymon złapał Sławomira za głowę, a ręce przycisnął nogami.
Strażnicy wydawali się nie dawać sobie rady z zainfekowanym
człowiekiem, ale to nie była prawda. Mogli sobie z nim poradzić w minutę, ale
wtedy Sławomir Kruk byłby cały połamany, a tego chcieli uniknąć. Dlatego nie
stosowali wobec niego siły, która mogłaby mu zrobić dużą krzywdę.
Bliźniaczka wysmarowała twarz mężczyźnie i dodatkowo władowała mu
w gardło porządną ilość maści. Miała szczęście, że nie ogryzł jej palców. Ten
wrzeszczał i wił się w konwulsjach. Pod biurkiem Teresa tylko mocniej zakryła
uszy. Zaczęło się rozdzielenia. Z brzucha Sławomira zaczął wynurzać się
pomorczniak. Bliźniaczki odsunęły się od niego, jak oparzone.
- Dziewczyny, pochodnie – krzyknął Tymon. Te od razu je odpalili.
Chochlik spojrzał na nie z nienawiścią.
- Nie dostaniecie mnie, hi hi hi – i rzucił się w drugą stronę.
Usłyszeli strzał. To Karol władował kulkę w pomorczniaka, który fiknął w
powietrzu fikołka i padł na podłogę. Próbował się zerwać, ale już Honorata
podpaliła mu ubranie. Zaskwierczało, zasyczało i było po potworze.
Sławomir leżał nieruchomo. Był nieprzytomny.
- Która godzina? – zapytał Tymon.
- 12:40.
- Długo. Dobra, zabieramy go do pokoju obok.
Bliźniaczki podniosły faceta i wyniosły z pomieszczenia.
- Na razie go nie budźcie. Nie chcę niepotrzebnego rabanu – dodał
Tymon.
- Będzie spał, jak dziecko – obiecały.
Honorata otworzyła okno, żeby wyrzucić zapach ognia i spalenizny.
- Pani Tereso – Tymon potrząsnął lekko kobietę za ramie.
Ta spojrzała na niego i szepnęła.
- Udało się?
- Tak. Ale nie może pani tak tu leżeć, zaraz przyjdzie drugi
wspólnik.
- Wiem – kobieta czuła, że wszystkie stawy ma sztywne i trudno jej
się rozprostować.
- Już dobrze – wziął ją za rękę i pogłaskał uspokajająco. Dała
pani radę.
- Te nieludzkie krzyki, czy on…
- Żyje, ale na razie zostawiamy go nieprzytomnego.
- Boję się, że jak się obudzi, to mnie zabije – powiedziała
płaczliwym głosem.
- Nie zabije, bo będzie już normalny – Tymon zaśmiał się – o ile w
waszej branży można być normalnym.
Wyszła zza biurka i zdziwiła się, że wszystko jest takie, jak
przed całą akcją. Nie było śladu po jakiejkolwiek szarpaninie. Nie było też
Strażników ani ich wspólników.
- Jest mało czasu - powiedział Tymon - zaraz przyjdzie pani drugi wspólnik. Da pani
radę to przetrwać?
Kobieta odetchnęła dwa razy.
- Dam, byłam szkolona – po czym lekko oklapła – ale nie w walce z
nadprzyrodzonymi mocami.
- To nie nadprzyrodzone moce, a pasożyt, który trzeba wyplenić.
Proszę tak o tym myśleć.
- Dobrze – spojrzała na zegarek i powiedziała do Tymona – niech
pan już znika. On lubi być przed czasem.
Sama stanęła przed lustrem zawieszonym z boku na ścianie i
poprawiła fryzurę. Spojrzała sobie w oczy i nakazała skupienie.
- Dam radę. Ten gorszy przypadek mam już za sobą.
- Cześć – w progu stał Paweł Minc i rozglądał się ciekawie.
- Cześć – odparła i nawet się do niego uśmiechnęła – co tak się
rozglądasz. Sławek wyszedł, ale za pół godziny wróci.
- Myślałem, że z tymi spotkaniami sam na sam, to żartujesz.
- Nie – powiedziała i usiadła na kanapie – to jest zbyt poważna
sprawa, żebym sobie żartowała.
Paweł Minc usiadł tak, jak Sławomir Kruk naprzeciw kobiety. Ale w
odróżnieniu do kolegi nie był wyczulony na jakiekolwiek nieprawidłowości w
głosie czy otoczeniu. Dlatego bardzo szybko
przyszpilili go do fotela i związali mocno pasami.
- Co jest? Teresa?! – wykrzyknął – chcesz mnie zabić?! Sławka też
zabiłaś?! – krzyczał.
- Nie – powiedziała spokojnie i wstała. Po czym, jak wcześniej
położyła się za biurkiem i zatkała uszy.
- Kim jesteście?! – krzyczał Paweł szarpiąc się w fotelu.
- Jest pan zainfekowany, przyszliśmy pana wyleczyć – powiedział
Tymon – dziewczyny, do dzieła.
Kobiety zaczęły rozrywać na nim ubrania, a on mocno protestował
kopiąc je gdzie popadnie. Ale one nie przestawały. Jak tylko pojawił się
kawałek gołego ciała, od razu smarowały go maścią. A Tymon stał z tyłu i dociskał pasy. Chochlik w ciele
Pawła zaczął formować się na jego
twarzy.
- Szybko, dajcie mu tę maść na twarz. Inaczej stracimy człowieka –
krzyknął Tymon. Dziewczyny szybko wysmarowały go po gębie, chochlik znowu ukrył
się w głębi ciała mężczyzny.
- Trzeba mu otworzyć usta – powiedziała bliźniaczka i mocno go
ścisnęła za szczękę. Facet pisnął, ale nadal zaciskał wargi.
- Taki jesteś. No to proszę, dostaniesz więcej maści – w końcu
facet wydarł się głośno, a one napakowały mu do ust specyfiku. Próbował go
wypluwać, ale one zacisnęły mu szczękę. I po raz trzeci zobaczyli, jak
pomorczniak wychodzi z człowieka. Honorata pierwsza podbiegła i jak tylko ten
wyszedł w całości od razu go podpaliła. Tymon z bliźniaczkami przewrócili fotem
z Pawłem Mincem chroniąc go przez poparzeniem. Chochlik po chwili stał się
kupką popiołu. Wspólnik Teresy, tak jak i jego poprzednik stracił przytomność.
Kobieta wstała, otrzepała ubranie i zapytała.
- Co teraz z nami będzie?
- Teraz zadzwonię po komendanta. Czeka na naszą wiadomość.
Przyjedzie tutaj wraz z kilkoma policjantami i wszystkich was poprosimy o
rozmowę.
- Będziecie nas przesłuchiwać? -
przestraszyła się Teresa.
- Nie. Porozmawiamy – odparł Karol – bo jest o czym. Potem
komendant zadecyduje, co z wami zrobić.
- Pójdziemy do więzienia? – spojrzała błagalnie na Tymona.
- Nie wiem. To oceni komendant i powiernik Prawa – wskazał ręką na
Karola mówiłem pani o nim, kiedy wpadłem z wizytą.
- To pan?
- Do usług – Karol ukłonił się grzecznie.
- Nie wygląda pan jakoś potężnie.
- Nie musi – wtrąciła się Róża i podeszła do mężczyzny – wystarczy
mu męskości, żeby być BOHATEREM.
Karol uśmiechnął się do niej szeroko. A Róża zawstydziła się,
kiedy zdała sobie sprawę, że jak głupia dzierlatka stanęła w jego obronie.
- Oczywiście nasz BOHATER sam o tym najlepiej wie – bąknęła i
odsunęła się od niego.
Karol złapał ją za rękę i się zaśmiał.
- No tego, to się nie spodziewałem.
- Czego? – nie wiedziała, o co chodzi Róża.
- Że jest coś, co może panią zmieszać i to tak, że straci pani
rezon. I to publicznie.
Róża zmrużyła oczy.
- Czy to zemsta za niewygody, jakie pan ponosi dzięki znajomości
ze mną?
- Taka malutka – Karol pokazał małą przerwę między palcami.
Róża nie odpowiedziała, tylko lekko się zaczerwieniła.
- Ej, BOHATERZE – przywołał go do rzeczywistości Tymon – ja wiem,
że główna rola w tej bajce należy do ciebie, a skoro tak, to masz swoje
powinności. Randka musi zaczekać.
- Tymon! – wykrzyknęła oburzona Róża. Ale ten tylko się roześmiał.
Potem wziął Teresę pod rękę i zaprowadził do kanapy.
- Myślę, że wszyscy chętnie napijemy się kawy – powiedział.
Honorata od razy poszła poszukać ekspresu i kubków. Natomiast
Strażnicy przynieśli nieprzytomnych mężczyzn i usadowili w fotelach. Żeby ci
nie krępowali się tym, że są prawie nadzy, nakryto ich kocami, które znaleźli w
jakiś szafkach. Tymon usiadł koło Teresy. Dziewczyny usiadły, gdzie się dało.
Karol również, ale blisko Róży, żeby móc ją denerwować swoim uśmiechem. Zdziwił
się tym, ale potem stwierdził, że skoro bycie powiernikiem Prawa oraz BOHATEREM
powoduje również taką zmianę, że staje się bardziej pewny siebie i już nie
obawia się patrzeć Róży w oczy, to jemu to pasuje. Zwłaszcza, że mógł po raz
pierwszy i to na żywo widzieć, że Strażniczka jest lekko speszona.
Komentarze
Prześlij komentarz