Strażnicy - odc.21

 

Karol ma przemyślenia

Karol wrócił wieczorem do mieszkania i z wielką ulgą wszedł pod prysznic. Nie wiedział, co go nie boli. Całe ciało było sztywne od wysiłku, miał na ciele mnóstwo siniaków, podbite oko i przeciętą wargę. Spojrzał w lustro i parsknął.

- Bohater w mordę jeża. Gdybym był bohaterem, to nie miałbym nawet jednego siniaczka, jak Damian Azjatycki. Tymczasem czuję się, jakby mnie walec przejechał.

Komendant dał mu jutro dzień wolny, za co był mu bardzo wdzięczny. Miał zamiar leżeć i nie wstawać. Ubrał się w piżamę i już chciał się położyć do łóżka, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Spojrzał na zegarek, była już 22:00. Kogo mogło przynieść. I miał nadzieję, że to nie będzie nikt, który będzie wymagał od niego bohaterowania – zaśmiał się w myślach.

Otworzył drzwi i zobaczył znajomego smoczego dostawcę pizzy. Ten uśmiechnął się do niego, pokazując całą klawiaturę ostrych zębów.

- Dla naszego BOHATERA, w podzięce za uratowanie nam życia – powiedział.

- Oszalałeś? – powiedział Karol – przecież nie tylko ja walczyłem.

- Ale tylko pan tak naprawdę ryzykował życiem – odparł smok bagienny i wyciągnął rękę z pudełkiem pizzy w środku – na koszt firmy.

- Nawet nie mam siły odmówić ani się złościć – powiedział Karol szczerze.

- I dobrze, bo nie ma czego – podał mu pudełko – tam są dwie pizze, na dziś i na jutro. Niech pan odpoczywa powierniku Prawa, bo to jeszcze nie koniec wojny.

I odszedł.

Karol w zamyśleniu zamknął drzwi i poszedł do salonu. Odruchowo zaczął jeść ciepły placek. To nie koniec wojny – mruknął do siebie – pewnie tak. A najgorsze jest to, że pewnie znajdę się w oku tego cyklonu.

Czy on naprawdę wziął udział w walce? I czy naprawdę ten pręt, który trzymał w ręku zamienił się w miecz? I czy naprawdę robił te wszystkie podskoki i piruety? Całe ciało przypomniało mu, że tak. I jeszcze na deser podziw w oczach kobiet. Nawet w oczach pani Róży. Czy on był prawdziwy, czy to też powiew magii rodem z bajki?

Położył się na plecach i przykrył kocem. Musiał w końcu sam przed sobą przyznać, że chciałby częściej wiedzieć podziw w oczach pani Róży.

Zasnął.

 

Róża na salonach ale tym razem u króla Ryszarda III Wielkiego Głupca

Róża, jadąc już do babci Delfiny, przez telefon referowała jej przebieg zajść na Placu Defilad oraz to, co zobaczyli w dziurze. Kiedy dojechała na miejsce, mogła jeszcze tylko przed Radą dodać.

- Moim zdaniem oni szykują się na wielkie wyjście. Tam były ich tysiące – powiedziała i wzdrygnęła się.

- Władcy Mrocznych Podziemi czują, że sojusz między nami a Krajanami uległ rozluźnieniu – powiedziała Delfina – i jak zwykle chcą wykorzystać sytuację i wyjść na powierzchnię.

- Babciu, ale zazwyczaj było tych potworów przy dziurach kilkunastu góra kilkudziesięciu. A w tej widzieliśmy nieprzebrane oddziały umarlaków. I do tego jeszcze te smoki.

- A jakiego były gatunku?

- Czerwone.

- Cholercia – odezwała się Delfina – jednorożce żyją daleko od cywilizacji, tak jak czerwone smoki. Tam Ryszard Wielki Głupiec musi mieć wielką wyrwę, o której nie wiedzieć czemu, nie wie.

- A może wie, ale nie wie, jak ją zatkać – stwierdził jeden z dziadków.

- Musimy się do niego udać. To nie czas na fochy i kłótnie – dodała inna starsza – i nie mówię tu o Ryszardzie, a o nas. Unieśliśmy się dumą, ale sytuacja każe nam ją schować w kieszeń i pomóc Ryszardowi opanować Mroczne Podziemia.

- O ile zgodzi się na współpracę.

- To, że nazywamy go Wielkim Głupcem, nie oznacza, że rzeczywiście taki jest – powiedziała Delfina, po czym spojrzała na Różę – idziemy.

- Ja? A ja tam po co?

- Ty to wszystko widziałaś, musisz mu to opowiedzieć.

- Ale on nie będzie mnie słuchał, jestem dla niego siusiarą.

- Dla mnie też jesteś, a jednak biorę twoje zdanie pod uwagę.

Delfina wysłała umyślnego do króla Ryszarda i wyznaczyła wyruszenie do niego na godzinę piętnastą.

Do króla wybrała się niemalże cała starszyzna z Delfiną na czele. Róża była jedynym młodym Strażnikiem, który im towarzyszył.

Król Ryszard III Wielki Głupiec przyjął ich w swoim gabinecie, bo jak stwierdził, ma już dosyć sensacji wywoływanej z każdym ich przybyciem, gdyż każdy Krajan miał nadzieję, że się z nim pogodzą i znowu wszystko będzie po staremu.

- Przyszliśmy się pogodzić – odparła Delfina.

Ryszard spojrzał na nią bystro.

- Taaaaaak? A jaki jest w tym haczyk? Mam cofnąć Krajan do domu?

- Zupełnie nie o to chodzi.

- Taaaak? Zatem, zamieniam się w słuch – Delfina miała ochotę trzasnąć go w ucho. Zachowywał się, jak rozpieszczony szczeniak.

- Chodzi o Mroczne Podziemia. Róża panu opowie.

Król spojrzał na nią, jak na nic nie znaczący pyłek. Dziewczyna zawahała się, ale babcia pchnęła do niej myśl. „To tylko pozory, on nas bardzo szanuje i ceni nasze zdanie. Tylko udaje, że jesteś dla niego mało ważna. Bo może, bo jesteś najmłodsza.”

Róża opowiedziała mu o wyrwach, o jednorożcu, o bitwie ze smokami i innymi bestiami z Mrocznych Podziemi oraz o tych tysiącach wojsk pchających się na powierzchnię.

- A teraz powiedz mi tak szczerze królu – odezwała się do niego Delfina – jak wiemy, wejście do Mrocznych Podziemi jest na twoim terenie. Kiedy ostatnio ktoś patrolował te okolice?

- No?

- Celowo trzymasz tam jednorożce, żeby alarmowały cię o złu wychodzącym z czeluści. A tymczasem one zamiast cię alarmować, same mu ulegają.

- Nooo…

- Powiedz królu, czy twoi najsilniejsi i najmężniejsi z rycerzy pilnują tego wejścia? Czy też nikogo tam nie ma i władcy Mrocznych Podziemi pozwalają sobie na robienie co raz szerszego wyjścia i dziur, gdzie im się tylko podoba?

- Nooo posłałem tam ludzi, ale wejście stale się powiększa i nie jesteśmy w stanie tego kontrolować. Dlatego w innych miejscach łatwiej im się przebić. Granica robi się co raz cieńsza. Myślałem, że sobie z tym poradzimy, ale…

- Ale do tego trzeba naszych obu ras – dokończyła Delfina – wszyscy jesteśmy winni.

Król Ryszard nie był jednak Wielkim Głupcem i nie próbował zwalić na nich winy, ani nie żądał przeprosin. Wiedział, że Delfina ma rację. Dlatego powiedział.

- Ilu dasz mi Strażników?

- Ilu się da – powiedziała poważnie.

- Ja też dam dużo moich rycerzy.

- Trzeba wyłapać i pozabijać wszystkie potwory, które wydostały się z jamy. One też robią wyrwy.

- Ale reszta zostaje po staremu – dodał.

- Oczywiście.

Strażniczka i król uścisnęli sobie ręce.

Potem babcia powiedziała do Róży.

- Wracaj do domu i pilnuj terenu. Nikt nie powiedział, że sobie z tym szybko poradzimy.

- Wiem babciu. Będę uważna i ubiję każdego potwora, którego spotkam.

- Razem z Karolem.

- Dlaczego z Karolem.

- Bo to twój BOHATER.

- Babciu, i ciebie na to wzięło? – jęknęła Róża.

- Nic mnie nie wzięło, stwierdzam fakt, a ty już przestań się tak bronić.

- Babciu, ale…

- Przestań – pocałowała wnuczkę w czoło i na tym się skończyło.

 

Wilkołak na komisariacie

Komendant siedział u siebie w biurze na piętrze, ale i tak dotarły do niego krzyki z parteru.

- U nas nigdy nie może być normalnie – westchnął i poszedł zobaczyć, co się stało. Zanim doszedł do schodów, już wiedział, że ma wilkołaka na komisariacie. Wszystkie włosy stanęły mu dęba, a nogi chciały zrobić odwrót. Siłą woli zmusił się do zejścia na dół. Inni policjanci pochowali się po pokojach i zamknęli od środka.

- No oczywiście, zostawcie komendanta na pastwę wilkołaka – powiedział w powietrze.

- Może pan do nas dołączyć – zaproponowała Lena zza zamkniętych drzwi.

- Pójdę zobaczyć, o co chodzi.

Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Całe jego ciało protestowało przed tym, żeby iść do pokoju, w którym była bestia.

- Nie pozwolę, żebyś uwodził moją córkę! – słyszał dziki ryk Wrega.

- Ale tatusiu, ale tatusiu – słyszał piskliwy głosik Honoraty.

- Milcz! Nie będzie mi tu jakiś dachowiec bezcześcił dobrego imienia mojej rodziny! – ryczał wilkołak.

Komendant wiedział już o co chodzi i wiedział, że najlepiej będzie, jeśli zostawi tę sprawę Krajanom. Ale z drugiej strony to był jego komisariat, nie będzie mu tu nikt robił burdy. Nawet wilkołak.

- Niczego jej nie zrobiłem – usłyszał spokojny głos Damiana.

- Bo w porę się o tobie dowiedziałem!

- Ale tatusiu – piszczała Honorata.

- Milcz moja panno. Czy ty nie wiesz, że największymi wrogami wilkołaków są tygrysołaki.

- Dla was każdy kto ma kły i pazury jest wrogiem – mówił spokojnie Damian.

- Jak śmiesz się tak do mnie odzywać?!

- Normalnie mówię, taka prawda. Jesteście wybuchowi, mściwi i krwiożerczy.

- Odezwał się kotek domowy – parsknął Wreg – tygrysołaki są takimi samymi bestiami, jak my!

- Przecież to już mamy ustalone. I nie rozumiem czemu pan się na mnie wścieka. Moje ramiona są najlepsze dla Honoraty, zawsze ją obronię.

- Chyba jeszcze nie oszalałem! Zdradzisz ją przy pierwszej okazji! Jesteś kotem!

- A pan wilkiem, co to ma do rzeczy?

- Nie dbasz o rodzinę?!

- To pomówienie – burknął Damian – dbamy o rodzinę.

- Ale ty swoją opuściłeś?!

- O, widzę, że dotarła do pana wieść o mojej kłótni z ojcem.

- Wszyscy o tym wiedzą! Dlatego nie jesteś odpowiedni dla mojej córki!

Marek nawet nie wszedł do pomieszczenia, a znowu poczuł, że atmosfera staje się jeszcze cięższa. To Damian w końcu się zdenerwował.

- Jestem porządnym tygrysołakiem – warknął –a moja sprzeczka z ojcem nie ma tu nic do rzeczy. Byłem młody i głupi. Pan nigdy nie pokłócił się z własnym ojcem?

Wilkołak nic nie odpowiedział, tylko ryknął przeciągle.

- Ja też tak potrafię – powiedział Damian i z jego gardła wyszedł równie potężny ryk.

- Aż dziwne, że się jeszcze nie posrałem – powiedział komendant do siebie i nacisnął klamkę. Wszedł do pokoju i zobaczył następującą scenę. Damian stał przy biurku i chmurnie patrzył na Wrega, wilkołak był dwa metry od niego i dyszał ze złości. A za nim stała Honorata, która miała łzy w oczach.

Drapieżniki spojrzały na niego tak, że aż go zatkało. W głowie słyszał alarm, który wzywał go do ucieczki. I już prawie wziął nogi za pas, ale ostatkiem sił powstrzymał się i pomyślał jeszcze raz. To jest pan Wreg i mój podwładny Damian Azjatycki, po prostu na mnie spojrzeli.

- Co się tu dzieje? – zapytał, a głos tylko minimalnie mu zadrżał.

- To rodzinna sprawa – warknął Wreg.

- Ale dzieje się na moim komisariacie.

- Panie komendancie, tatuś zabrania mi się spotykać z Damianem.

- Tak? A dlaczego?

- Bo to tygrysołak. Dlatego – warknął Wreg.

- Ale tatusiu, ja go kocham.

- To się odkochasz. Wiedziałem, że puszczenie cię tutaj było błędem.

- Ale dlaczego? – zapytał spokojnie Marek Odolaniec i oderwał się od drzwi. Podszedł do Damiana, gdyż uznał, że ten w razie czego go obroni, i stanął twarzą w twarz z wilkołakiem – Honorata, to cenny nabytek naszego komisariatu, pomaga nam we wszystkim, szybko się uczy, jest mądra i odważna. Pomagała walczyć z potworami z Mrocznego Podziemia. Myślę, że rozkwitła. A pan powinien się z tego cieszyć.

- Bardzo się cieszę! – wrzasnął Wreg – ale dlaczego zaczęła spotykać się z naszym śmiertelnym wrogiem?

- Powiedziała panu, że mnie kocha – odezwał się Damian – z resztą ja ją też.

- No nie żartuj, to wy potraficie kochać?

- Oczywiście, raz i do końca życia.

- No to ty też będziesz musiał się odkochać! – wybuchnął wilkołak.

- Tatusiu, ja nie chcę się odkochiwać – podbiegła do Damiana i wtuliła się w jego szeroką klatkę piersiową – ja go chcę.

- Ja mogę ręczyć za pana Damiana, to również wspaniały policjant i… - Marek spojrzał na tygrysołaka – i Krajan.

- A pan nie powinien się wtrącać – huknął wilkołak.

- To mój komisariat, a pan wszczyna burdę. Zaraz mogę pana aresztować, czego nie chcę robić, ponieważ jest pan ojcem Honoraty.

- Grozi mi pan? – wilkołak wydał z siebie niski warkot.

- Nie. Stwierdzam fakt – odparł komendant, ale w duchu modlił się o cud.

- Tato, zostaw pana komendanta – krzyknęła Honorata – dlaczego mi to robisz?!

- Co ci robię?!

- Wszystkich straszysz. Zawsze tak jest. Co próbuję się z kimś zaprzyjaźnić, to ty go przeganiasz. A ja mam dosyć. Dobrze mi tutaj i lubię tych ludzi. Są mądrzy, odważni i dobrzy. I Damian też taki jest. Prawda panie komendancie?

- Tak – udało mu się wydukać, bo strach co raz bardziej zaciskał mu się obręczą na klatce piersiowej.

- Tato! – krzyknęła Honorata – ty mnie w ogóle nie kochasz?

- Co? – obręcz na piersi komendanta znikła. Wreg osłupiał i spojrzał na córkę – ależ, co ty za głupoty wygadujesz. Kocham cię nad życie. Dlatego tu jestem.

- To pozwól mi już samej decydować o moim życiu.

- Ale jesteś jeszcze taka młoda.

- Mam dwadzieścia lat.

- No właśnie o tym mówię.

- Jestem dorosła.

- Ale jesteś moją małą córeczką – no tego to się komendant nie spodziewał, w oczach Wrega pojawiły się łzy.

- Zawsze nią będę, ale pozwól mi być dorosłą – Honorata teraz przytuliła się do szerokiej piersi ojca – zaufaj mi.

Przez chwilę nic się nie działo, a potem wilkołak spojrzał na Damiana.

- Masz o nią dbać i pamiętaj, włos jej z głowy spadnie i nie żyjesz.

- Dobrze proszę pana, będę o nią dbał.

Wreg spojrzał na komendanta, ale już normalnie.

- Przepraszam za tą całą sytuację, już taki jestem, uczuciowy. A przy okazji, jak się ma sprawa z moim synem?

- Znaleźliśmy mocny trop, myślę że na dniach ich znajdziemy.

- My też możemy pomóc.

- Proszę nam to zostawić.

- Dobrze – uścisnął jeszcze raz córkę i wyszedł.

Pod komendantem ugięły się nogi. Na szczęście Damian go podtrzymał, a Honorata podstawiła mu krzesło.

- Szacunek szefie – powiedział Damian – właśnie został pan pierwszym człowiekiem, który postawił się wilkołakowi. A nawet ja nie wiedziałem, czy się w końcu na mnie rzuci, czy nie.

- Słabo mi – wyjąkał Marek Odolaniec. Honorata pobiegła po szklankę wody. Kiedy jej nie było Marek Odolaniec powiedział twardo do Damiana.

- Ja też ci nie radzę jej ranić, bo jeśli moje dzisiejsze przeżycia miałyby pójść na marne, to też ci spuszczę łomot.

- Tak jest panie komendancie – zaśmiał się Damian – będę grzeczny.

Honorata przyniosła wodę, którą Marek Odolanie wypił jednym haustem.

- A teraz macie moje błogosławieństwo i żyjcie długo i szczęśliwie – zanim wyszedł, odwrócił się jeszcze do nich – ale mnie już do tego nie mieszajcie.

- Dziękujemy panie komendancie – powiedziała Honorata tuląc się do Damiana.

 

Babskie rozmowy

Róża rozłożyła się na poduchach w swoim salonie i postanowiła przez jakiś czas się nie ruszać. Mimo, że była bardziej wytrzymała niż Karol, to też odczuwała skutki starcia ze smokiem. Do okna zapukała Lili, ale Róża tylko machnęła jej ręką i zasnęła. Po jakimś czasie obudziły ją głosy. W salonie ulokowały się jej siostry, a w otwartych drzwiach balkonowych wisiała w powietrzu Lili.

- Lili pyta, czy może wejść?

- A niech wchodzi – bąknęła Róża i odwróciła się na drugi bok.

- Ale wiesz, że to będzie złamanie…

- Żadne złamanie zasad. Lili jest naszą przyjaciółką, nikt nie powiedział, że przyjaciele nie mogą wchodzić do naszych domów – Róża usiadła – chodź Lili. I tak już świat stanął na głowie.

Lili wleciała do środka i nieśmiało przycupnęła na stole.

- Robie się co raz zimniej – powiedziała Kalina – trzeba znaleźć Lili jakieś lokum na jesień i zimę.

Elficzka bzyknęła.

- Wiem, że jeszcze jest ci ciepło, ale za kilka tygodni, może nawet dni pogoda zupełnie się załamie i nie wystarczy, że otulisz się kolejną warstwą kocyka.

- Wstawcie jej domek do tego salonu. Będzie miała swoje małe M, ale w pomieszczeniu.

Kalina wyszła na chwilę na balkon i po chwili wróciła z domkiem Lili w ręku. Postawiła go na komodzie.

Lili uradowana fiknęła koziołka. Nie chciała nic mówić dużym ludziom, ale już od kilku nocy było jej bardzo zimno. No i co raz bardziej chciało jej się spać. Elfiki nie zapadały może w typowy sen zimowy, ale stawały się powolniejsze i częściej leżały niż fruwały.

- Będziesz mogła snuć się po całym domu – zapewniła ją Róża.

Lili podleciała do niej i pocałowała w policzek. Potem znowu wróciła na stolik.

- Ty też się dzisiaj snujesz – powiedziała Malwina.

- Rąk nie czuję. Jestem zmęczona walką, skupianiem się i wizytą u Ryszarda Wielkiego Głupca. I w ogóle czuję się wypompowana z sił.

- Tak, jak i pan Karol.

- A co on ma do rzeczy? – zapytała Róża.

- On też się zmachał przy tej walce. Widziałaś go w akcji?

- Widziałam.

- Co tak bezpłciowo? – zdziwiła się Kalina – przecież to było coś tak spektakularnego, że aż się dziwię, że nie robi to na tobie żadnego wrażenia.

- Robi, ale nie mam siły się zachwycać.

- Czyli jednak się zachwycasz? – zaśmiała się Malwina.

- Tak, a wy przyszłyście się pewnie ze mnie nabijać i z pana Karola też.

- Moim zdaniem on walczył tyko dla ciebie – Malwina nie mogła powstrzymać głupiej miny.

- Palnę cię – odezwała się Róża.

- Przecież nie masz siły.

Lili zaczęła nerwowo bzyczeć.

- Opowiedzcie jej wszystko, ja odpadam.

Kobiety streściły elficzce zdarzenia z przed dwóch dni, a tej było przykro, że nie brała w tym udziału.

- I dobrze, bo było niebezpiecznie – bąkała Róża z pod koca.

Lili znowu zabzyczała.

- Tak pan Karol to BOHATER.

Bzyknięcie.

- Wiedziałaś?

Dłuższe bzyczenie i wskazanie na Różę palcem.

- Też uważasz, że to BOHATER naszej siostry?

Przytaknięcie. Róża wynurzyła się spod koca i spojrzała na małą istotkę.

- I nie jesteś zazdrosna? Przecież ty jesteś w nim zakochana?

Elficzka bzyknęła coś krótko, do tego machnęła ręką i nogą.

- Oddajesz mi go? – zaśmiała się Róża.

Lili zrobiła taką minę, że od razu wiedziały, że ona doskonale zdawała sobie sprawę, że z tego nic by nie było.

- Acha – powiedziały we trzy mocno zdziwione.

A potem się zaczęło.

- Widzisz – zaczęła Kalina – nawet Lili wie, że pan Karol jest twój, tylko ty się jeszcze upierasz.

- O nie, znowu zaczynacie – Róża ponownie nakryła się kocem.

- Nie zaprzeczaj, zachwyciłaś się jego brawurową walką.

- Wszystkie baby na placu to zrobiły.

- Ale on patrzył tylko na ciebie – powiedziała Malwina.

- A skąd wiesz?

- Bo tam byłam? – śmiała się młodsza siostra – daj spokój Róża, to przeznaczenie, tego nie przeskoczysz.

- Pozwalam wam wyjść.

- Ale my nie chcemy.

- To zmieńcie temat.

- Też nie chcemy – śmiały się dziewczyny.

Róża miała ich serdecznie dosyć. Z dalszej bezsensownej paplaniny uratował ją telefon. Od Karola.

- Ochocho – powiedziała Kalina wstając – twój BOHATER właśnie przybył cię przed nami uratować.

Róża rzuciła w nią poduszką. Siostry wyszły, a Lili zamknęła się w swoim domku. Była radosna, bo w końcu było jej ciepło.

- Tak? – odebrała telefon.

- Dzień dobry pani Różo – powiedział rześkim tonem Karol Nowak.

- Dobry, dobry – odparła.

- Coś się pani stało? – zaniepokoił się – ma pani taki słaby głos?

- Nic się nie dzieje, jest zmęczona. Nie spałam ponad dobę. Kiedy pan odpoczywał, ja załatwiałam z królem Ryszardem zatkanie dziur od strony Baśniowej Krainy.

- Boi się pani, że wyroją się te monstra do naszego świata i pokonają? – zapytał poważnie.

- O mnie się nie boję, boję się o ludzi, o pana – zamilkła.

- Miło mi to słyszeć – ucieszył się nie wiedzieć czemu Karol. Ale Róża była zbyt zmęczona, żeby się nad tym zastanawiać.

- Dzwonię do pani, bo nie wiem czy i kiedy mam jechać ze strażnikami na Mazury?

Karol zamilkł na chwilę, bo wiedział, że Róża pyta się telepatycznie.

- Tymon powiedział, że nie jedzie pan na Mazury. Przez te przedwczorajsze walki wszystko nam się posypało.

- To co mam robić?

Róża uśmiechnęła się do siebie.

- Widzę, że rwie się pan do walki.

- Nie rwę się, czekam na wytyczne – przyznał Karol – szczerze mówiąc chciałbym pójść na urlop. Długi urlop.

- Spokojnie, niedługo będzie pan mógł wziąć wolne. Myślę, że sprawa z porwanymi wilkołakami oraz pomorczniakami, to kwestia dwóch tygodni. A potem…

- A potem wyskoczy coś nowego.

- Pewnie tak, ale pan będzie się wtedy opalał na Karaibach. Albo wiem, zabiorę pana nad Spokojne Jezioro w Pradawnym Lesie, tam wieje nudą i tylko nudą – zaśmiała się.

- Chce pani ze mną pojechać na urlop – Karol wypowiadał każde słowo bardzo powoli.

Róża pacnęła się ręką w czoło. Co też ona wygaduje.

- No tak mi się wyrwało, ale jeżeli dla pana to problem…

- Al…

- to ja się wycofuję.

- Al…

- Z resztą wcale się nie dziwię, ile można z nami wytrzymać, sama bym od siebie odpoczęła.

- Pani Różo – powiedział głośniej.

- Tak – Róża była zawstydzona.

- Proszę się wyspać. A na wakacje chętnie z panią pojadę.

Różą wyłączyła się z rozmowy.

- Ale ja jestem głupia – powiedziała głośno. A potem wrzasnęła sobie porządnie, bo stwierdziła, że po takich emocjach, to na pewno nie zaśnie. Pięć minut później spała, jak zabita.

Karol patrzył w ciemny telefon.

- Rozłączyła się, a to ciekawe – zaśmiał się, a potem spoważniał – a ja nadal nie wiem, co mam dalej robić?

I w tym momencie zadzwonił telefon. To był Tymon.

- Biorąc pod uwagę, że Róża jest strasznie zmęczona – zaczął dyplomatycznie – to ja panu powiem, co będziemy robić. Zostanie pan ze mną i będzie wyganiał pomorczniaki z prezesów NOZ.

 

Kolejny odcinek 05 maja 

Komentarze