Strażnicy - odc.18

W gabinecie NOZ-u
- Wiedzieliście ich? – podniecał się chudy Paweł Minc – co za
refleks, jakie ruchy. Przeszli przez ten tor, jakby byli na spacerze.
- No właśnie – mruknęła Teresa.
- W życiu nie widziałem takiej szybkości. Możemy z nich zrobić
niepokonanych wojowników – marzył Sławomir Kruk.
- Oni już są niepokonani – dodał Paweł Minc.
- Kim są? – zapytała Teresa Kruka.
- Krajanami.
- To wiem, ale dokładnie kim? Wojownik, to bardzo ogóle
stwierdzenie.
- A czy to ważne? Ważne, że chcą być w NOZ – mówił Minc – to
awanturnicy, szukają przygody i pieniędzy.
- I są nie do zatrzymania – warknęła Teresa.
Panowie dopiero wtedy na nią spojrzeli. Kobieta była bardzo
zdenerwowana.
- O co ci chodzi?
- O to, że to kolejne super silne osoby z Baśniowej Krainy. Tyle razy
wam mówiłam, że nie wierzę, że uda nam się ich okiełznać. Mamy tego przykład na
Mazurach. Siedzą w klatkach a my nie wiemy, co z nimi zrobić. Są niebezpieczni,
są wytrzymali i zabili nam mnóstwo żołnierzy. Czy was to nie niepokoi?
- Nie – pokręcił głową Minc.
- Ani trochę – dodał Kruk – ewolucja polega na tym, że słabsze
osobniki są usuwane przez silniejsze.
- Przestań pieprzyć – warknęła Teresa – to żadna ewolucja. Oni
żyli pod naszym nosem przez tysiąclecia.
- Ale są silniejsi i wytrzymalsi – bronił się Minc.
- No pewnie, tylko dlaczego boimy się wypuścić ich z klatek?
Panowie wzruszyli ramionami.
- Ponieważ nie udało nam się ich okiełznać.
- Ale przecież chcemy przeprowadzić na nich testy biologiczne –
bronił się Minc.
- Ja nie chcę, to wy na mnie naciskacie. A ja się na razie na to
nie zgadzam. Nie zgodziłabym się też na te dwa potwory, które przed chwilą
pokazali nam, że są w stanie pokonać naszych ludzi i to bez zadyszki.
- To czemu się na nich zgodziłaś?
- Bo oni mogą nam pomóc w sprawie naszego problemu na Mazurach.
Skoro są silniejsi i szybsi od ludzi, to może są też szybsi od wilkołaków. Albo
przynajmniej będą mieli wyrównane szanse.
- I co w związku z tym?
- Zlecę im wywiezienie wilkołaków i reszty z dala o nas. I chcę
zapomnieć o tej sprawie raz na zawsze.
Teresa zamilkła, bo poczuła się nagle bardzo nieswojo. Jej
wspólnicy patrzyli na nią z taką nienawiścią, że aż serce zaczęło jej się tłuc
ze strachu w klatce piersiowej. Po chwili wrażenie znikło, a wielkolud się
odezwał.
- Poczekaj jeszcze chwilę, zobaczymy czy ci wojownicy są w stanie
pokonać naszych niewygodnych więźniów. Jeśli tak? To na nich zrobimy testy
biologiczne. Czy tak może być?
Teresa czuła, że nie może dalej z nimi dyskutować. Jakiś
irracjonalny lęk złapał ją za gardło.
- Dobrze.
Dziwne uczucie minęło, jak ręką odjął.
Zainfekowany człowiek i
pierwsza próba pozbycia się pomorczniaka
Róża siedziała w sklepie i nudziła się, jak mops. Deszczowa
pogoda, jaka zaczęła się od pierwszych dni jesieni nie opuszczała ich od
tygodnia. To spowodowało, że na Chmielnej było mniej turystów i w ogóle mniej
ludzi. Nie przejmowała się tym, że będzie miała mniejszy zarobek, raczej
dobijała ją nuda. Kiedy byli klienci, zawsze można było porozmawiać, pośmiać
się i wymienić jakieś ciekawe informacje. Tymczasem od rana zajrzały do sklepu
jedynie cztery osoby. Z tych ponurych przemyśleń wyrwał ją dzwonek telefonu.
- Cześć Róża – powiedziała jedna z bliźniaczek – mamy człowieka
zainfekowanego. Bierz swojego BOHATERA i przyjeżdżajcie na Wolę.
- To nie jest mój BOHATER – burknęła Róża.
- Tak, oczywiście – zaśmiała się bliźniaczka – przesyłam ci
pinezkę z lokalizacją.
Róża zamknęła sklep i zadzwoniła do Karola.
- Mamy zainfekowanego, chce pan być przy uzdrawianiu? – zapytała
bez wstępów.
- Oczywiście, zaraz u pani będę. Mogę wziąć Honoratę? Mam ją na
razie pod skrzydłami.
- Nie ma problemu.
- Przy okazji powiem pani co odkryliśmy.
- Dobrze, ale proszę się pospieszyć, nie chcemy zgubić „pacjenta.”
Po kilku minutach cała trójka jechała już na Wolę w okolice Ronda
Daszyńskiego.
- Co dla mnie macie?
- To Honorata ma, ona to znalazła.
- Tak, podobno – powiedziała dziewczyna.
- No to mów.
-Trop, którym poszedł Damian był ślepy. Nikt nic nie organizował
ani nie zatrudniał Krajan. Za to ja znalazłam w NOZ-ie, kilka informacji o
naborze i konkursach dla Krajan.
- Okazuje się, że nasze zguby nie są pierwszymi – wtrącił się
Karol.
- Tak. NOZ, od roku, co jakiś czas organizuje konkursy lub nabór
tylko dla baśniowych stworów. Ten ostatni pokrywa się ze zniknięciem moich braci
i innych.
- A skąd to wzięłaś?
- Znalazłam w Internecie – powiedziała z dumą Honorata – i wiesz
co jeszcze?
- Co jeszcze?
- Nauczyłam się kopiować tekst i go drukować. Pani Lena mnie
nauczyła.
Honorata puchła z dumy. Róży chciało się trochę śmiać, ale nic po
sobie nie pokazała.
- Gratuluję, cywilizujesz się.
- Raczej uczłowieczam – zaśmiała się Honorata.
- I co znalazłaś w Internecie? – Róża powróciła do przerwanego
wątku.
-Znalazłam zaproszenie na „Wielki Konkurs Siły i Wytrzymałości.”
Tak tam napisali. Obiecywali, że przeciwnicy będą godni, że będą to zawody z
najwyższej półki i że bez żadnych barier. Tylko nie napisali, czy chodzi o
bariery rasowe czy o zasady. Zapraszali samych najgroźniejszych przedstawicieli
Krajan. Z tym, że zapisy były tylko na telefon i przez telefon podawali, gdzie
należy się udać, żeby wziąć udział w nim udział.
Dziewczyna umilkła.
- Czyli wiemy, że to NOZ, ale nie wiemy gdzie ich wywieźli –
podsumował Karol – ale to już coś.
- Ja też mam dla was informację. Tymon z Konstantym przeszli
rekrutację, bez barier, czyli zasad i poznali szefostwo. Dwóch facetów jest
zainfekowanych. Jednego widział pan wtedy pod Parkiem Saskim, a drugiego
zdjęcie ma pan ode mnie. Kobieta jest zdrowa.
- I co dalej będziemy robić? – zapytał Karol.
- Myślę, że któryś ze Strażników zaprosi pana do współpracy.
Dzisiaj wieczorem ma być wiec. Dam panu znać, co na nim ustalimy.
- A ja mogę też wziąć w tym udział? – zapytała Honorata.
- Nie wiem, zapytam – powiedziała Róża – chociaż wolałabym, żebyś
trzymała się z daleka. To twoi bracia i możesz za wcześnie ojcu wszystko
wypaplać.
- Nic nie powiem, obiecałam to panu kapitanowi.
Nie było już więcej czasu na omawianie sprawy, bo dojechali na
miejsce.
Przy budynku jakiejś firmy zastała bliźniaczki, Tymona i Konstantego.
- Wszystko mamy? – zapytała Róża.
- Tak – odparł Tymon i spojrzał na towarzyszy Róży – panie Karolu
proszę mieć broń pod ręką. Być może trzeba będzie zastrzelić tego człowieka.
Karolowi szczęka opadła.
- Czy ja dobrze słyszałem? Mam zabić człowieka?!
Róża spojrzała na niego i powiedziała cicho.
- A pamięta pan czarnego jednorożca?
- Jednorożec a człowiek, to jest jednak różnica.
- Jeśli został już całkiem zajęty przez pomorczniaka, to nic mu
nie pomoże – powiedział twardo Tymon – ale jeśli to dla pana za dużo, to proszę
poczekać na nas tu przed drzwiami.
- Nie, rozumiem. Idę z wami.
Honorata dostała niezapaloną pochodnię.
- Pamiętajcie, jeśli jest cień szansy, to trzeba tego człowieka
obezwładnić, rozebrać i natrzeć paćką i
dać też do zjedzenia. Pomorczniak będzie się bronił. Kto wie, może nawet
spowoduje, że zainfekowany człowiek będzie silniejszy niżby był w
rzeczywistości. Tego nie wiemy, ale trzeba być przygotowanym na najgorsze.
Bliźniaczki miały maść, Honorata i Róża pochodnie, a panowie mieli
obezwładnić człowieka. Weszli do środka. Był to budynek usługowy. Na wielu
piętrach i w pomieszczeniach prosperowały różne firmy. Ale bliźniaczki już
wiedziały, gdzie szukać poszkodowanego. Był pracownikiem biurowym jednej z
korporacji. Wrócił właśnie z lunchu i siedział za biurkiem wpatrzony w monitor.
Wszyscy zauważyli, że kłębi się nad nim czarny dym.
- Może być za późno – orzekł Tymon.
- Wcześniej widziałyśmy, że dym znika – powiedziała jedna z
bliźniaczek.
- No nic. Panie Karolu, jest pan policjantem, proszę wywołać tego
człowieka do nas. Będziemy czekać w pomieszczeniu naprzeciwko tych drzwi.
Sprawdziliśmy, że to jest sala konferencyjna, w tej chwili pusta.
- Honorato, idziesz ze mną. Zobaczysz, jak się takie sprawy
załatwia. Ale oddaj na razie pochodnię pani Róży.
Policjanci podeszli do stanowiska zainfekowanej osoby. Byli ubrani
po cywilnemu, więc inni pracownicy poza zwykłą ciekawością, nie zainteresowali
się nimi na dłużej.
- Pan Bartosz Ujecki? – zapytał Karol.
- Tak, a kto pyta? – burknął mężczyzna.
- Jesteśmy z policji – Karol i Honorata pokazali odznaki –
chcielibyśmy zamienić z panem kilka słów.
- Ja nic nie zrobiłem – zaperzył się mężczyzna.
- Nic takiego nie powiedzieliśmy – powiedział spokojnie Karol –
ale czy woli pan rozmawiać tutaj, przy wszystkich, czy woli pan na osobności.
Naprawdę sprawa jest ważna i zajmie nam kilka chwil.
Pan Ujecki nie chciał zbędnej sensacji, więc wstał i ruszył za
policjantami poza biuro. Karol zauważył, że chmura czarnego dymu znikła. Czyli
była szansa, że facet przeżyje. Policjanci zaprowadzili go do pustej sali
konferencyjnej. Kiedy tylko przestąpili próg, Tymon zamknął drzwi na zatrzask i
stanął blokując wyjście.
- Co jest?! Kim jesteście?! – wykrzyknął mężczyzna.
- Chcemy panu pomóc – powiedziała Róża – został pan zarażony
niezbyt miłą chorobą.
- Co?! Pogięło was?! Jestem zdrów, jak ryba – odwrócił się w
stronę drzwi i zauważył Tymona.
- Nigdzie pan nie wyjdzie – powiedział ten – proszę się rozebrać
do majtek. Musimy pana wysmarować pewnym specyfikiem.
Zauważyli, że czarna chmura znowu pojawiła się nad tym
człowiekiem. A potem objęła go w całości.
- Nie mam zamiaru się rozbierać, zboczeńcy! – wykrzyknął i
próbował odsunąć Tymona od drzwi. Ten zerknął na Konstantego. Strażnik podniósł
bez trudu Ujeckiego i zaniósł na środek pokoju. Dołączył do niego Tymon.
Musieli go na chwilę zakneblować, bo darł się na całe gardło. Ale ich czułe
ucho wychwyciło, że nie tylko on krzyczał. Pomorczniak chyba wyczuł, co się
święci i też protestował. Miał wysoki i piskliwy głosik. Dziewczyny rozpinały
mu koszulę, spodnie. Facet szarpał się, jak oszalały.
- Panie Karolu, broń – zadecydował Tymon. Karol wycelował w
faceta, ale ten już nie był sobą. To pomorczniak przejął kontrolę. Oczy stały
się całe fioletowe. Nie było widać białka, nos zrobił się haczykowaty, usta
trójkątne, a broda zaczęła przypominać szpic.
- Jak złośliwy chochlik – zauważyła Róża. Odpaliła pochodnię, to
samo zrobiła Honorata. Bliźniaczki tym czasem smarowały faceta, gdzie tylko
znalazły gołe miejsce. Zainfekowany skrzeczał i krzyczał coś, ale nie
wiedzieli, co bo wciąż kneblowali mu usta. Jego ciało zaczęło nienaturalnie
falować, zrobiło się mokre i śliskie. Zauważyli, że to co w niego wsmarowali
zostawiało ślady, jak po poparzeniu. Nie wątpili, że ten człowiek cierpi, ale
wiedzieli, że to jest jedyna szansa na jego uzdrowienie.
- Dobra, teraz trzeba go tym nakarmić – powiedziała jedna z
bliźniaczek.
Konstanty, który do tej pory kneblował facetowi usta odsunął
szmatę. Pomorczniak zawył nieludzko i darł się, że ich wszystkich pozabija. A
potem śmiał się szalonym śmiechem, że nic mu nie są w stanie zrobić, a potem
znowu groził. Wsadzenie łyżki specyfiku w jego rozgadane wargi było bardzo
trudne. Panowie musieli przytrzymać mu głowę i na siłę rozewrzeć szczęki. W
końcu specyfik wylądował w gardle zainfekowanego. Rzucił się i szarpnął, ale
Strażnicy mocno go trzymali. W końcu doszło do rozdwojenia postaci i z boku
człowieka zaczęła wysuwać się mała, kudłata, czarna i śmierdząca postać. Miała
wykrzywioną złością twarz, ale widać było, że chce uciec, bo rozglądała się
nerwowo na bok. Kiedy w końcu wyskoczyła z człowieka, Róża i Honorata podpaliły
pomorczniaka zanim ten dotknął stopami podłogi. Płomienie szybko objęły małą
postać i ta po chwili stała się tylko kupką popiołu.
- Na pewno są z Mrocznych Podziemi, nawet nie zaskrzeczał, że go
coś boli – powiedziała Róża rozgrzebując popiół.
- Masz rację.
Karol był blady. Wszystko, co widział było po prostu okropne i
straszne. Bał się, że zaraz puści pawia.
- Pan oddycha – powiedziała Honorata.
- Panie Karolu, proszę pomyśleć, że to stworzenie to pasożyt, jak
tamten wampir – podpowiedziała Róża.
Karol trochę się uspokoił. Tymczasem pan Bartosz Ujecki klapnął na
podłogę i leżał, jak bez ducha. Jednak klatka piersiowa podnosiła mu się miarowo,
czyli jednak żył.
- Panie Ujecki, proszę otworzyć oczy – powiedział Tymon i ukucnął
koło niego.
Mężczyzna podnosił powieki, jakby budził się z długiego snu.
- Gdzie ja jestem? – wychrypiał, a kiedy wzrok nabrał ostrości –
kim jesteście?
Tymon pomógł mężczyźnie usiąść.
- Dlaczego jestem rozebrany! – wykrzyknął – zboczeńcy!
- Proszę się uspokoić – powiedział Tymon – właśnie uratowaliśmy
panu życie.
I opowiedział mu całą historię, która mu się przytrafiła, łącznie
z tym, jak został uratowany.
- Ja tego nie pamiętam – powiedział – ostatnie, co pamiętam, to że
wysiadłem wściekły z samochodu i powiedziałem na głos, że bym tych wszystkich
niedzielnych kierowców powystrzelał. Bo akurat jeden z nich przytarł mi
błotnik. A potem już nic.
Spojrzał przerażony na zgromadzonych.
- Czy ja… - zająknął się – czy ja mogłem zabić tego człowieka,
który mi przytarł błotnik?
- Nie – odezwała się Róża – po pierwsze, trąbili by o tym w
mediach. Po drugie, to tak nie działa. Żył pan normalnie, tylko stawał się pan
co raz bardziej nerwowy i zły na świat. Może obraził pan kogoś, może uderzył,
może był pan bardziej kłótliwy, ale pomorczniak nie zainfekował pana na tyle,
żeby zmusić pana do zabójstwa.
- I co ja mam teraz zrobić? – pytał.
- Jak dla mnie, proszę wziąć kilka dni urlopu i wszystko sobie
poukładać – powiedział Tymon.
- I na przyszłość proszę
uważać na to, co pan mówi. Nie jesteście już w tym świecie sami – powiedziała
Róża.
- A kim wy jesteście?
- Może pan o nas myśleć, jak o wybawicielach. To wystarczy.
- Mamy jeszcze jedno pytanie – odezwał się Tymon.
- Tak?
- W którym miejscu został pan obtarty przez tamtego kierowcę?
Albo, gdzie pan się zatrzymał, żeby zobaczyć uszkodzenia?
- Niedaleko szpitala wolskiego, a co?
- Nic takiego. Po prostu pytam.
Po kilkunastu minutach, kiedy już pomogli panu Bartoszowi
doprowadzić się do porządku wyszli przed budynek i po kilku zdaniach pożegnali
się i rozjechali, każde w swoją stronę.
- Przynajmniej wiemy, że ten sposób działa – powiedziała Róża
radośnie do Karola i Honoraty.
- Myślę, że pan Karol potrzebuje czegoś mocniejszego – stwierdziła
Honorata.
- Nic mi nie jest – powiedział słabo Karol – poza tym jestem na
służbie.
- Jest pan blady, jak ściana.
- Bo wy wszyscy byliście czymś zajęci, a ja to rozszczepienie
widziałem na własne oczy i nie wiem, czy chce to jeszcze raz oglądać.
- Przyzwyczai się pan – powiedziała Róża – poza tym, być może
będzie pan musiał kiedyś sam dać sobie z tym radę. Pierwsze koty za płoty, jak
to się u was mówi.
Sprawozdania i inne takie
Raz na jakiś czas Marek Odolaniec wzywał wszystkich swoich
pracowników, żeby porozmawiać z nimi o ich śledztwach, problemach, rozwiązanych
sprawach i o tych w toku też. Spotkali się oczywiście w dużej sali, w której
pośrodku stał okrągły stół. Wszyscy zajęli swoje miejsca, na blacie położyli
swoje notatki i sprawozdania. Brakowało jedynie komendanta. Ten wszedł
punktualnie o 10:00 z kawą w ręku.
- Są już wszyscy, wspaniale.
Zajął miejsce za stołem i od razu przeszedł do rzeczy.
- Proszę zaczynamy od mojej lewej strony. Pani Leno, proszę zdać
relację z ostatnich działań i problemów.
Lena zaczęła opowiadać, a kiedy skończyła kolejne osoby
przedstawiały swoje raporty i spostrzeżenia. Kiedy wszyscy już się wygadali
komendant przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedziami i zaczął mówić.
- Nie będzie dodatkowych przydziałów, bo nikt się do nas nie pcha.
Cud, że mamy Honoratę i Damiana, bo inaczej byłoby jeszcze ciężej. Oczywiście
poprosiłem naszych zwierzchników o dodatkowe pięć osób, ale na razie nikogo nam
nie przysłali. Za to mam dobrą
wiadomość, w grudniu będzie premia. Jaka? Nie wiem, ale będzie.
- Honorato, robisz postępy z komputerem, gratuluję i dziękuję za
pomoc w rozwiązywaniu kilku spraw. Ja wiem, że jesteś u nas tylko na chwilę, aż
rozwikłamy sprawę zaginięcia twoich braci, ale cieszę się, że zajmujesz się też
innymi sprawami.
- Tak właściwie, to ja bym chciała zostać z wami dłużej –
powiedziała Honorata – podoba mi się ta praca. W końcu coś się dzieje.
- To miło, ale wiesz, że to będzie zależało od twojego ojca.
- Już go urabiam – pochwaliła się Honorata.
- Damianie, ty też robisz postępy, twoi koledzy mówią, że co raz
lepiej idzie ci panowanie nad sobą, ale mógłbyś się powstrzymać od
sarkastycznych i obraźliwych wypowiedzi.
- Przepraszam, ale taką mam naturę. Nie umiem zamknąć gęby –
powiedział ze skruchą Damian. Marek Odolaniec doskonale wiedział, że to żadna
skrucha, ale nie komentował. Za to zauważył, że niezależnie od tego czy był to
tygrysołak czy kotołak, pewne cechy mieli wspólne, tak jak koty dachowce. Kombinują
i jeszcze raz kombinują.
- Bieżące sprawy mamy ogarnięte, a co do dwóch najważniejszych.
Dobrze, że sposób na pomorczniaka okazał się skuteczny, ale mam nadzieję że my
nie będziemy musieli się z tym sami stykać, że zawsze będą z nami Strażnicy –
spojrzał na Karola – pan kapitan powiedział, że to nie jest łatwe, a widok
koszmarny – mężczyzna przytaknął.
- Natomiast w końcu mamy pewniejszy trop co do NOZ i zaginięcia
kilku Krajan. Dlatego pan kapitan i Damian będą towarzyszyć strażnikom w
podróży na Mazury. Bo z tego, co wiem, Strażnicy odkryli, że wszystkie drogi
prowadzą pod Augustów. – ostatnie zdanie było skierowane do Karola.
- Tak. Mamy jutro wyruszyć.
- Ja też chcę jechać – bąknęła Honorata.
- Niestety, nie możesz. To twoja rodzina, nie chcemy żebyś zrobiła
coś, co zaszkodzi tej operacji.
- Szkoda, ale rozumiem.
- A teraz wszyscy możemy wrócić do naszej kolorowej
rzeczywistości.
Komentarze
Prześlij komentarz