Strażnicy - odc.16

Gdzieś na Mazurach
Kieł i Kud siedzieli w wielkiej metalowej klatce, której sztachety
pomalowano srebrem. Dodatkowo wylano je na pół metra od krat, tak żeby
wilkołaki nie mogły do nich podejść. Obok nich w podobnych klatkach siedzieli
berserk oraz smok. Smok był w ludzkiej postaci, gdyż celowo wsadzono go do
małego pomieszczenia, żeby nie mógł się przemienić. A raczej nie mogła, bo jak
się okazało, to była smoczyca.
- Ale się władowaliśmy – powiedział Kud do Kła – ojcowie spiorą
nam dupy, aż będzie się kurzyło.
- Może i tak, ale najpierw załatwią tych, którzy nas tak urządzili
– odparł mu brat cioteczny.
- Jak myślicie, co oni chcą z nami zrobić? – zapytała smoczyca.
- Ja się nie boję – huknął berserk Ali Baba.
- Nikt się nie boi – powiedział Kieł – ale rzeczywiście, ciekawe o
co im chodzi.
Zaprosili nas na zawody, wygraliśmy, a potem nas tu wsadzili. Po
co?
- Ja mam w sobie jajo – przyznała się smoczyca – może chcą mi
zabrać dziecko?
- Ja nie mogę – parsknął Ali Baba – czy ty jesteś poważna?
Przecież mogłem cię zabić!
- Nie mogłeś – burknęła – nie miałeś na mnie miecza.
- Tak? A jaki miecz by cię zranił?
- Żaden.
- Taaa, na pewno.
- Przestańcie – warknął Kieł – wszyscy siedzimy tutaj i jak na
razie, to ludzie złoili nam tyłki.
- To tylko chwilowa niedogodność – burknął berserk.
- Właśnie – dodała smoczyca – o ile nie potrwa to dłużej niż dwa
tygodnie, bo wtedy będę musiała znieść jajo. Nie zrobię tego w tej postaci –
spojrzała na swoje ludzkie ciało. Na pierwszy rzut oka nie różniła się od
zwykłej ludzkiej kobiety, z tym, że miała skórę pokrytą łuską, a oczy były
żółte i z pionową źrenicą. Ci, którzy ją w to wpakowali, mieli na tyle
przyzwoitości, że dali jej jakiś rozciągnięty dres, więc nie siedziała nago.
Dla niej, to było obojętne, ale ludzie dziwnie się na nią patrzyli i czuła się
speszona. Dlatego wolała siedzieć w tym dresie.
- A gdybym tak dotknął tych krat przez materiał? Może by mnie nie
poparzył – zastanawiał się Kud.
- Nawet o tym nie myśl – powstrzymał go Kieł – wejdzie ci to
srebro pod skórę i przez miesiąc będziesz chodził, jak pokręcony. Nie
pamiętasz?
- Pamiętam.
- A co, chodziliście, jak pokręceni?
- Oczywiście, kiedy w domu próbowaliśmy się wydostawać z azylu –
powiedział Kieł - Mnie udało się wyrwać kraty, ale dalej nic już nie zrobiłem.
Srebro wbiło mi się pod skórę i mogłem tylko leżeć i skomleć o środki przeciwbólowe.
- A nie powinno was to srebro zabić?
- Nie takie ilości i nie przez ręce – zaśmiał się Kud – ale to
nieprzyjemne uczucie.
Do hali, w której ich trzymali weszło kilkoro strażników,
wymienili tych, którzy mieli wcześniejszą wachtę. Jeden z nowych podszedł do
klatek, oczywiście nie za blisko, widział, co te potwory potrafiły zrobić z ich
kolegami.
- Dostaniecie to, na co zasłużyliście – powiedział z wrednym
uśmieszkiem – pokroją was, jak żabę i sprawdzą, co macie w środku. Dobrze wam tak, dziwolągi.
Splunął na posadzkę i odszedł pod ścianę. Ale jeśli myślał, że tym
ich przestraszy, to się grubo pomylił. Po krótkiej chwili ciszy czworo Krajan
zaniosło się śmiechem.
Karol Nowak się nie zgadza
Siedział po spotkaniu w swoim mieszkaniu i po raz kolejny analizował
to, co mu powiedzieli Strażnicy, że jest bohaterem, a raczej BOHATEREM.
Nie zgadzał się na to. Był policjantem, robił swoje. Nie był
bardziej odważny niż inni ludzie. Po prostu robił swoje. Przecież tego wymagano
od policjantów, żeby umieli narażać swoje własne życie, w obronie innych.
No tak, ale do wilkołaków pojechał sam. No z Lili, ale trudno ją
było uznać za wsparcie siłowe. Nie uciekł przed wampirem, władował w niego cały
magazynek i to zanim jeszcze został powiernikiem Prawa. Działał instynktownie.
Nie zgadzał się na to, żeby bez jego woli miał zostać jakimś BOHATEREM. Róża
mówiła, żeby się tym nie przejmował i w ogóle o tym nie myślał. Ale nie mógł
przestać. Czuł się tym przygnieciony, wyróżniony, potem znowu przygnieciony. On
chciał po prostu robić swoje. Był przeciętnym facetem, który nastawił się na
przeciętne życie, a tymczasem, to życie wciągnęło go w jakąś przygodę, nad
którą w żaden sposób nie panował.
- Nie zgadzam się na bycie BOHATEREM!
Powiedział to na głos. A w duszy odpowiedziało mu jego ja – trochę
na to za późno. I dobrze o tym wiedział, ale nie zmieniało to faktu, że się na
to nie zgadzał.
Na komisariacie
Damian siedział za biurkiem i spisywał skargę od jakiejś
staruszki, że w mieszkaniu obok zamieszkały trzy gadające niedźwiedzie. Nie
przeszkadzało jej to, że mieszkają, ale że strasznie głośno chrapią.
W tym czasie Honorata stała przed tablicą z informacjami
dotyczącymi porwania smoka, Ali Baby i dwóch wilkołaków i szukała jakiś
powiązań. Ojciec powiedział jej, że jak na coś wpadnie, to żeby mu powiedziała,
a wtedy oni załatwią to we własnym zakresie. Z jednej strony popierała to, co
jej ojciec powiedział, ale z drugiej, była policjantką, która złożyła
przysięgę, no i była podwładną powiernika Prawa. Czuła się rozdarta między
lojalnością wobec rodziny, a lojalnością wobec Karola. Ostatecznie doszła do
wniosku, że i tak niczego nowego nie odkryła, a jak odkryje, to wtedy zastanowi
się, co dalej.
Odwróciła się i stanęła oko w oko z Damianem.
- Znowu nie dałaś się złapać – powiedział wibrującym, niskim
głosem.
- Musisz się bardziej postarać. Wilkołaki też chodzą bezszelestnie
– zaśmiała się.
- No wiem, ale kiedyś cię zaskoczę – uśmiechnął się do niej
szeroko.
- Wyglądasz, jakbyś zjadł śmietanę.
- Wypraszam sobie te żarty – prychnął –nie jestem kotem.
- A ja przestraszoną dziewuszką. Nie działają na mnie te sztuczki.
- Wiem, ale w końcu znajdę na ciebie sposób.
- Nie przestraszysz mnie. Nawet się nie staraj.
- Jeszcze się zdziwisz.
Ich małą sprzeczkę przerwało wejście komendanta oraz Karola
Nowaka.
- Mamy coś – powiedział Marek Odolaniec – a dokładniej mówiąc
Strażnicy dali nam trop.
- Nie wiemy, czy zrobili to nieświadomie, nie wiemy, czy to
prawda, ale podpowiedzieli nam kierunek – dodał Karol Nowak i przyczepił na
środku tablicy kartkę z napisem NOZ - Strażnicy uważają, że wilkołaki są w tej
organizacji.
- Ale nie mają pewności? – zapytała Honorata.
- Nie mają pewności, ale to może być to – powiedział Marek
Odolaniec – Honorato, siadaj do komputera i szukaj informacji z ostatniego
miesiąca, czy NOZ nie organizował jakiś konkursów albo spotkań rekrutacyjnych.
Damian, ty się przejdź po tych klubach sportowych i melinach, które chcą
uchodzić za kluby i popytaj o naszych zaginionych Krajan i o NOZ. Tutaj masz
adresy i informacje, czym zajmują się poszczególne firmy. W większości są
prowadzone przez ludzi, więc nie będziesz miał problemów z wyciągnięciem z nich
prawdy.
- Tak jest – odparł Damian i zaczął zbierać się do wyjścia.
- I nikogo nie zabij – dodał Karol Nowak.
- Nikogo nie zabijać, jasne – tygrysołak wyszedł.
Karol i Marek spojrzeli na Honoratę.
- On nie zrozumiał ironii?
- Nie – odparła Honorata – ale to dobrze, nikogo nie zabije.
Karol spojrzał na dziewczynę i nie wiedział dlaczego, powiedział
do niej.
- Masz na razie nic nie mówić ojcu. Nie mamy nic na tych z NOZ-u.
Honorata poczuła, że jej wcześniejsze wątpliwości rozwiewają się i
miała już pewność, że:
- Nic nie powiem. To pan decyduje.
- Dziękuję – odparł Karol.
- No to do roboty – zakomenderował Marek Odolaniec, który nadal
był komendantem tego komisariatu, chociaż czasami wydawało mu się, że nikt o
tym nie pamięta.
Każdy rozszedł się do swoich obowiązków. Sam komendant wszedł do
siebie do gabinetu, zamknął szczelnie drzwi, usiadł za biurkiem i sięgnął po
telefon. Dał podobny Kirze. Ona szybko nauczyła się go obsługiwać, ale Marek
Odolaniec pamiętał, żeby nie dawać jej dostępu do Internetu. Wiedział, że albo
on poszedł by z torbami, albo ona puściłaby z torbami innych użytkowników.
Odebrała po dwóch sygnałach.
- Wszystko w porządku? – zapytał ciepłym głosem.
- Tak alfo – powiedziała Kira – siedzimy na drzewie i szykujemy
domek na jesień. Tak, jak mówiłeś, jest co raz chłodniej.
- Dałem ci pieniądze, kupiłaś dzieciom cieplejsze buty i swetry?
Kira zamilkła.
- Kiro?
- Prrraaaawieee – zamruczała ze skruchą.
Marek Odolaniec poznał już na tyle kotołaki, że wiedział, że nikt
nie jest w stanie zmienić ich natury.
- Co znaczy, że prawie?
- Wyganiali nas ze sklepu. Mówiłam, że mam pieniądze. Nie wierzyli
– powiedziała smutnym głosem.
- I co wtedy zrobiłaś?
- Buchnęłam towar – powiedziała szybko i się rozłączyła.
Markowi Odolańcowi trudno było uwierzyć, że Kira ma czterdzieści
lat, bo zachowywała się, jak nastolatka. Ale musiał ją pochwalić za to, że
próbowała coś kupić, a nie ukraść. Ponownie do niej zadzwonił.
- No co?! – burknęła, ale on zignorował ten ton.
- W których sklepach byłaś?
- A ja wieeeem?
- Wiesz i podasz mi nazwę.
- I co zrobisz? Pójdziesz do nich i nas wydasz?!
- Nie, pójdę tam i za was zapłacę! – wykrzyknął, bo stracił
cierpliwość.
- Przecieeeż się staaarałaaaam! – miauknęła rozdzierająco.
No i co on miał z nią zrobić?
- Wiem, uspokój się i przypomnij sobie nazwy sklepów. Napisz mi je
w sms. Umiesz przecież pisać.
- Umieeem – bąknęła łzawo.
- Byłaś dzielna, doceniam to – powiedział i czuł, że ona po
drugiej stronie słuchawki uśmiecha się od ucha do ucha – do zobaczenia.
- Do zobaczenia alfo.
Tymon się zaciąga
Tymon razem z Konstantym stanęli przed dużym budynkiem z czerwonej
cegły.
- Koszarowy styl – mruknął Konstanty.
- Masz rację, ale w końcu to firma militarna, spodziewałeś się
szklanych domów?
- No, nie – wzruszył ramionami.
Weszli do środka i od razu skierowali się do biura rekrutacji.
Kiedy powiedzieli z czym przychodzą, kazano im czekać, a panienka z okienka na chwilę
wyszła.
Po kilku minutach wyszedł do nich wysoki i potężny facet. Na
twarzy miał wiele blizn, ale nie to zaniepokoiło Strażników. Na własne oczy
zobaczyli fioletowy dym otaczający tego człowieka. Po chwili dym zniknął. Obaj
porozumieli się bez słów.
- Jest jeszcze dla niego nadzieja.
- Panowie chcą się zaciągnąć? – przywitał ich olbrzym pytaniem – z
tym, że my nie prowadzimy w tej chwili rekrutacji.
- Szkoda, bo my chętnie byśmy się do was dołączyli – powiedział
Tymon.
Olbrzym popatrzył na nich. Byli normalnie ubrani, wyglądali
normalnie. Ale coś mu nie pasowało.
- Jesteście kimś z tej Baśniowej Krainy.
- Można tak powiedzieć – odezwał się Konstanty.
- A kim jesteście? Bo dla mnie to raczej wyglądacie na modeli,
którzy urwali się z wybiegu.
- Jesteśmy wojownikami – odezwał się Tymon – potrafimy walczyć,
jak to się u was mówi, białą bronią. Miecze, szable, kordelasy, niech pan sam
wybierze.
- Strzelamy też z broni palnej – dodał Konstanty i jak na
zawołanie wyjął pukawkę, której nie powstydziłby się żaden rozbójnik z bajki.
Wielkolud aż się cofnął, ale Strażnik nie wycelował w niego, tylko
pokazał broń, zaraz potem ją schował.
- I dlaczego chcecie się do nas zaciągnąć?
- Wędrowaliśmy tu i tam szukając zajęcia i zarobku, aż trafiliśmy
na waszą ulotkę – Tymon wyjął z kieszeni mały świstek – wiemy, że to rekrutacja
z przed roku, ale pomyśleliśmy sobie, że może nam się uda do was dostać. Lubimy
się bić i lubimy rozróby.
- Panowie poczekają, zaraz wracam – wielkolud wyszedł, a została z
nimi tylko panienka z okienka. Panowie od razu zaczęli ją czarować, a ta
wypaplała im wszystko, co wiedziała o swoich pracodawcach.
Po kilkunastu minutach wrócił wielkolud.
- Musicie przejść test, z tym że dopiero za dwa dni. Rozebraliśmy
już pole zaliczeń, ale raz dwa je ustawimy z powrotem.
- Dobrze.
-Tylko musicie pamiętać jedną zasadę. To będzie walka na śmierć i
życie.
- Nie ma sprawy – machnął ręką Tymon. Strażnicy wyszli z budynku.
- I co o tym sądzisz? – zapytał Konstanty.
- Sądzę, że nie chcę nikogo zabijać – odparł Tymon.
- Ja też.
- Będziemy ich pozbawiać przytomności.
- Dobry pomysł. A co do ciemnej chmury, to mam nadzieję, że mamy
jeszcze czas i że za dwa dni nie będzie za późno.
Róża opowiada Karolowi o
Strażnikach
Karol poprosił Różę o spotkanie. Wiedział, że Strażniczka lubi
jeść, więc zaprosił ją do restauracji. Oczywiście Kalina i Malwina nie
omieszkały z niej żartować i życzyć powodzenia na randce. A przecież, to nie
była randka. Karol przez telefon brzmiał raczej, jak zbity pies, niż Fircyk w
zalotach.
Zostawiła rozbawione siostry i pojechała pod wskazany adres. Była
to mała restauracja, w której podawano potrawy z polskiej kuchni. Róża nawet
się ucieszyła, bo pizza już jej się przejadła. Kiedy weszła do środka, Karol
już na nią czekał. Wstał od stolika i przywitał się z nią podając rękę.
- Cieszę się, że pani przyszła.
- Ja też się cieszę, że pana widzę. Chociaż minęła dopiero doba od
naszego ostatniego spotkania.
- Znowu sobie pani ze mnie żartuje.
- Oczywiście panie Karolu. Gdyby nie ja, już dawno popadłby pan w
depresję.
Usiedli i zamówili potrawy.
- Dlaczego chciał mnie pan widzieć? Z tego, co wiem, wszystko jest
pod kontrolą. Damian na tropie, Honorata też? Coś nowego?
- Właściwie, to nie. Po prostu chciałem porozmawiać o pani i
Strażnikach.
- Tak? – zdziwiła się – a dlaczego?
- Bo mnie się wydaję, że jakbyście chcieli, to byście znaleźli i
te pomorczniaki i zaginionych niebezpiecznych Krajan w pięć minut.
- Myli się pan. Nie jesteśmy cudotwórcami. Gdybyśmy byli, już
byśmy to zrobili.
- Ale wczoraj mówiliście z taką pewnością, że wilkołaki są w NOZ,
że o mały włos a bym wsiadł w samochód i tam pojechał.
- Nie mamy pewności, ale wydaje nam się, że ten trop jest
najbardziej prawdopodobny. A z tego, co widziałam u pana w komisariacie na
tablicy, to też kilka tropów szło do NOZ. Zrobiłam nawet panu zdjęcie jednego z
zainfekowanych. Zapomniał pan?
- Nie zapomniałem.
- Proszę nie podważać swoich kompetencji. Jest pan mądrym
człowiekiem.
- Zawstydza mnie pani – Karol rzeczywiście czuł się speszony.
- Proszę się nie wstydzić, kiedy mówię prawdę.
- Dobrze, przyjmuję – przez chwilę siedzieli w ciszy, po czym
Karol zapytał – opowie mi pani więcej o Strażnikach?
- Po co panu ta wiedza?
- Sama pani mi powiedziała, że później mi opowie o Strażniku –
Pustelniku i o waszych powinnościach. A ja jestem ciekawy. Tak, jak Krajan, ale
z nimi trudniej się dogadać.
Oboje się zaśmieli.
- To prawda, Krajanie bywają ciężcy, do każdego trzeba się
dostroić.
- A Strażnicy?
- My jesteśmy bardziej podobni do was, bardziej racjonalni, zasadniczy,
lubimy działać w pewnych ramach. Z drugiej strony mniej w nas tej sztywności,
którą narzucacie sobie w kontaktach z drugim człowiekiem. Te proszę pani, albo
szanowny prezesie. Albo to, że szufladkujecie osoby ze względu na wykształcenie
czy status materialny. U nas tego nie ma. Babcia jest babcią, nawet jeśli stoi
na czele Rady Starszych. A babcia Delfina, to tak naprawdę moja pra pra babka,
ale wszyscy do niej mówimy babciu. Nawet moja babcia – Róża się roześmiała, a
potem dodała – ale nie ma w nas złości i nienawiści, jaka występuje i u was i u
Krajan. My nie potrafimy nienawidzić. Możemy kogoś nie lubić, ale nigdy nie
podnosimy na taką osobę ręki. A jak jest w potrzebie, to jej nawet pomagamy.
- A wojna, którą toczyliście? Nie powodowała w was złości na
Krajan?
- Nie, raczej smutek z powodu zabijania innych istot. Strażnicy
nie powinni zabijać, my ratujemy życie. Z drugiej strony potrafimy zabijać i
zrobimy to, żeby bronić zasad, swojego świata czy rodziny. Ale nigdy nie my
występujemy jako agresor.
- A jednak macie coś takiego w sobie, że czuje się przed wami
respekt – powiedział Karol.
- Tak? - zdziwiła się Róża – naprawdę? Czuje pan przede mną
respekt?
- No tak szczerze, to przed panią nie, ale przed panem Tymonem już
tak.
- No tak – zaśmiała się Róża – bo ja jestem jeszcze małolatą, a on
ma już czterdziestkę na karku. Jest od pana starszy, to pewnie dlatego.
- No nie wiem, a nie umiem tego uczucia wytłumaczyć. Jeszcze nie.
- To jak dojdzie pan do ładu z uczuciami, to proszę mi o tym
powiedzieć – Róża znowu się z niego lekko nabijała. Z jednej strony go to
wkurzało, a z drugiej strony, ona miała rację, był za sztywny i za bardzo
oficjalny.
- Na spotkaniu była mowa też o jakiś powinnościach – zmienił
temat.
Róża była lekko zawiedzona, bo miała nadzieję, że dłużej się z nim
podroczy. Westchnęła i zaczęła opowiadać.
- Każdy strażnik mniej więcej między osiemnastym a dwudziestym
rokiem życia przechodzi tak zwaną przemianę. Ale o tym, kiedy to będzie
decydują rodzice. Przed przemianą nie mamy pełnej skali naszych umiejętności i
zdolności, są one jeszcze w zalążkach i tylko czasami coś tam się pojawia na
powierzchni. Często niekontrolowane, przez co jest niebezpieczne. Dlatego
dzieci Strażników uczą się w domach. Jeszcze do 12 roku życia jest spokój, ale
potem hormony strzelają na oślep i nasze umiejętności również. Ale potem
nadchodzi przemiana. Każdy z nas od dziecka mniej więcej wie, co chciałby robić
w życiu. Oczywiście oprócz leczenia, bo od dziecka uczymy się leczyć ludzi i
znać wszystkie rośliny i specyfiki działające na różne choroby. U każdego dosyć
wcześnie pojawiają się cechy i zainteresowania zgodne z tym, gdzie wylądują w
przyszłości. A potem następuje uroczyste przyjęcie Strażnika w poczet
dorosłych. Ja spotkałam się z moim tatą w specjalnej altanie, gdzie on długo mi
opowiadał o swojej przemianie, o swoich obawach i nadziejach. Potem postawił na
stole małą komódkę z wieloma szufladkami i powiedział, że mogę wybrać tylko
raz. Sięgnęłam bez wahania i wyciągnęłam z jednej z szuflad prostokątne pudełko
z masy perłowej. Otworzyłam jej, a tam był wisiorek z zawieszką.
Róża wyjęła spod bluzki mały przedmiot na skórzanym rzemieniu.
Przedstawiał budynki, które Karolowi do złudzenia przypominały bloki.
- To znak, że jestem Strażnikiem miejskim i tu czuję się
najlepiej.
- Wyjaśni mi to pani?
- Można wylosować różne miejsca, pola, las, jeziora. Każdy z nas w
tym właśnie miejscu czuje, że powinien być i wtedy najlepiej korzysta ze swoich
predyspozycji.
- Na przykład?
- Pamięta pan, jak mnie puknął w czoło, żeby sprawdzić czy nie
skamieniałam?
- No, tak.
- No to ja wcielam się mówiąc wprost w płytę chodnikową i słucham
ulicy.
Róża wyciągnęła rękę i powiedziała do niego.
- Proszę dotknąć.
Karol niepewnie dotknął palcami jej przedramienia i zdziwił się,
że jest twarde, jak kamień, ale z drugiej strony ciepłe, jak skóra.
- To jest też część przemiany – powiedziała i zabrała rękę – kiedy
dostałam tę zawieszkę poszłam do ogrodu za domem rodziców, gdzie znajdował się
i znajduje krąg z bardzo jasnego piasku. To nawet nie jest krąg, to jest
spirala. I w nią wskoczyłam. Zapadłam się i zniknęłam z powierzchni ziemi.
Tego, gdzie byłam i co się wydarzyło nie mogę panu opowiedzieć, każdy zachowuje
to dla siebie i nikomu się o tym nie mówi. To, co mogę powiedzieć, że inni Strażnicy
wrzucili za mną….
- To jakaś magia? – przerwał jej Karol.
- Nie. To nie magia, to po prostu inny wymiar, chyba to jest
najbliższe temu, czym jest ta spirala i dokąd mnie zabrała.
- Przerwałem pani, i co Strażnicy wrzucili za panią?
- Różne rzeczy, cegły, kamienie, gałęzie, wszystko to, co miałoby
się mi w przyszłości przydać. Po jakimś czasie piaskowa spirala wypuściła mnie
ze swoich objęć i byłam już Strażniczką. Dostałam swój kij, bo każdy Strażnik
ma swój kij, którym się posługuje do końca życia.
- Jak się posługuje?
- A różnie, raz jako bronią, raz jako laską. Ale nie to jest najważniejsze
w przemianie. Tylko to, że dostałam wtedy wiedzę wszystkich przodków oraz
weszłam w nieustanny szum rozmów telepatycznych.
- Jesteście telepatami?
- Tak żeby pogadać, to muszę być z kimś blisko, ale mogę też kogoś
wywołać na odległość. Ale to, co nie ustaje to szum w głowie. Jest on przyjemny
i nie wiem, jakbym sobie bez niego poradziła.
- Czyli?
- Pyta pan mnie, jak na przesłuchaniu – zaśmiała się Róża. Karol lekko
się zaczerwienił.
- Przepraszam, ale to jest tak interesujące, że zapomniałem o
grzeczności. W czym pomaga ten szum?
- W leczeniu ludzi. Zarówno pan, jak i komendant byliście
zdziwieni, kiedy podałam wam diagnozę nawet was nie badając. Przez moją głowę
przechodzi wiedza całych tysiącleci doświadczeń Strażników i ja po prostu wiem,
co komuś jest. Tylko muszę udawać, że kogoś badam i sprawdzam objawy, żeby to
nie wyglądało dziwnie. Ale tylko z ludźmi tak postępuję, Krajanie przyjmują
wszystko bez zastanowienia. Ale przechodzą mi przez głowę też rozmowy, prośby o
pomoc, zawsze wiem, gdzie kto jest.
- A nie boi się pani, że ktoś może się dowiedzieć czegoś, czego
pani nie chce powiedzieć.
- Nie boję się, bo po prostu tego nie puszczam w obieg.
- Trochę mnie to przerasta.
- Proszę sobie tego nie próbować tłumaczyć, ja też nie umiem tego
dobrze wyjaśnić. Po prostu tak mam i już.
- A co się dzieje po przemianie?
- Każdy idzie za swoją powinnością, czyli ja, Tymon, bliźniaczki
do miasta, a inni gdzie indziej. I tam zaznaczmy swój rewir i zakres
działalności. Na naszym terenie nie mają prawa wydarzyć się złe rzeczy.
- To skoro waszym rewirem jest Warszawa, to czemu dzieją się złe
rzeczy? – zapytał Karol.
- Nigdzie nie powiedziałam, że moim rewirem jest Warszawa. Moim
rewirem jest moja kamienica i teren do dwóch metrów od niej. Kiedyś, kiedy
pilnowaliśmy Krajan, ten rewir byłby większy, ale ja już niczego nie chronię,
więc nie muszę mieć rozległych terenów. Inaczej jest w Międzyświecie. To jest
granica rozdzielająca wasz świat od Krajan. Tam nasze rewiry dochodzą do
kilkuset kilometrów.
- I tutaj tego nie robicie ze względu na Krajan?
- Nie tylko. Nie chcemy też ograniczać waszej wolności. Szybko by
się nam nasz rewir wyludnił, bo odkrylibyście, że nie możecie pewnych rzeczy
robić, bo coś was blokuje. Więc byście uciekli. A tak to mam kamienicę, a
patroluję Warszawę już bez zaznaczenia granic. Jestem – poprawiła się –
jesteśmy na miejscu.
- Możecie opuścić albo zmienić swój rewir? Swoją powinność?
- Możemy, ale zazwyczaj nie czujemy takiej potrzeby. Czasami
trafiają się Strażnicy, którzy się zmęczyli i chcą odpocząć, ci idą do Pustelni
albo do Rady Starszych, gdzie część zamieszkuje nasze centrum Międzyświata, bez
rewirów. Moja babcia Delfina jest jednym z wyjątków. Nadal lubi swoje miejsce i
nie chce go nikomu przekazać.
- I pani naprawdę lubi tu być? W Warszawie?
- Oczywiście, to mój dom.
Nawet nie zauważyli, że już dawno wszystko zjedli i wypili, a
kelner niecierpliwie czeka na prośbę o rachunek. Po tej miłej kolacji, każdy
rozjechał się do swoich domów.
kolejny odcinek 27 marca
Komentarze
Prześlij komentarz