Strażnicy - odc.15

 

Marek Odolaniec i Karol Nowak na dywaniku u komendanta

Marek Odolaniec z kapitanem weszli do gabinetu głównego komendanta Andrzeja Pazyrski i zdziwili się widząc w pomieszczeniu jeszcze dwóch mężczyzn.

- To są panowie z ministerstwa sprawiedliwości – powiedział bez wstępów szef i gestem wskazał im krzesła.

Mężczyźni usiedli i czekali na to, co będzie dalej.

- Zatrudniliście dwójkę potworów – powiedział jeden z mężczyzn z ministerstwa.

- Baśniowych Stworów – poprawił Karol.

- Jak zwał tak zwał. To są potwory. Kim są? Nadają się?

- Dostali u nas przydział – powiedział komendant.

- No tak, no tak, ale kim są?

- Damian Azjatycki jest tygrysołakiem, a Honorata Wregowicz detektywem.

- Dziwolągi – burknął drugi mężczyzna – jeśli o mnie chodzi, to wysłałbym ich na księżyc.

Marek Odolaniec i Karol Nowak nic nie powiedzieli, chociaż kilka epitetów cisnęło im się na usta.

-No i jak się sprawują?

- Pracują od dwóch dni, trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć.

- Nikogo ten tygrys nie rozszarpał? – ciągnął uprzedzony do Krajan mężczyzna.

- Dlaczego miałby to robić? Zachowuje się, jak bardzo kulturalny i dobrze wychowany młody człowiek – odezwał się Karol, który zaczął już się irytować.

- Nie powie mi pan, że ich pan lubi? Te potwory?

- Oczywiście, że da się ich lubić. Codziennie mamy z nimi do czynienia. Nie wszyscy są źli, są też prawe postaci i całkiem miłe.

- Jeżeli o mnie chodzi, to bym ich wszystkich… – zaczął znowu mężczyzna, ale drugi mu przerwał.

- Panowie, komendant Wąsik mówił nam, że będziemy mieć problem z egzekwowaniem prawa wobec tych potworów. I, że o tym powiedział mu pan Odolaniec, ale rozumiem, że pan Nowak też się z tym zgadza.

- Tak.

- Otóż mieliście rację. Wszyscy więźniowie, których nam przekazaliście uciekli. Mało tego, zdążyli jeszcze okraść strażników oraz innych więźniów. Wymalowali brzydkie graffiti w pokoju naczelnika oraz zabrali jego ulubiony kwiatek. Nie wspomnę, że wysadzili jedną ze ścian.

Karol parsknął śmiechem.

- Pana to bawi?

- Mnie? Nie. – opanował się – tylko, że nam też tak kiedyś zrobili. Teraz, kiedy wiemy, jak z nimi postępować, nie ma u nas takich wypadków.

- No właśnie. Czemu wam się udaje ich trzymać pod kluczem lub odsyłać do Baśniowej Krainy, a nam nie?

- Ponieważ my się o nich uczymy? Do każdego szukamy odpowiedniego klucza.

- A skąd nabywacie swoją wiedzę?

- Jak panu powiemy, to nam pan nie uwierzy – wtrącił się komendant.

- Czemu mam wam nie wierzyć?

- Bo część naszych lektur jest niedorzeczna.

- Proszę mówić bez owijania w bawełnę.

- Uczymy się z bajek – powiedział komendant.

Mężczyźni z ministerstwa zamarli, a potem jeden z nich rzekł.

- Jaja sobie robicie?!

- Absolutnie nie. Bajki oraz słuchanie innych istot nie z tego świata, oni zawsze coś jeden na drugiego wypaple.

Oczywiście nie wspomnieli o Róży, ale mniej więcej zmieścili się w prawdzie.

- Rozumiem, że żeby pokonać smoka, to należy wypchać owcę siarką? – parsknął ten najbardziej cięty na krajan mężczyzna.

- Jeśli chce pan go zabić? Tak. Ale nie radzę wszędzie będzie mnóstwo sprzątania – powiedział Karol.

- A dlaczego?

- Bo taki smok pęka.

- Ja bym chciał wiedzieć, po co nas panowie wezwali – przerwał temat Marek Odolaniec.

- Chcemy wam przywrócić sądownictwo nad tymi potworami. Najwidoczniej umiecie sobie z nimi radzić. I rzeczywiście, jak to wy to załatwialiście, to było tak jakby spokojniej. Ale będziemy mieć was na oku.

 

Tymon dzieli się wiedzą

Róża właśnie miała zamiar usiąść przed komputerem i poczytać o NOZ, kiedy zabrzęczał domofon. Podeszła do głośnika i nacisnęła guzik.

- Kto to?

-Tymon, mam ciekawe informacje.

Róża wpuściła go do środka i już po chwili siedzieli w kuchni przy stole z herbatą i ciastkami.

- Muszą być to wiadomości z ostatniej chwili – powiedziała do kuzyna.

-  A żebyś wiedziała. Jutro zwołuję naradę, ale już dzisiaj chciałem się z tobą podzielić tym, czego się dowiedziałem.

- Mów.

- Czarne chmury, które widziałaś są efektem zatrucia mózgu przez istotę zwaną pomorczniakiem.

- W życiu o nich nie słyszałam.

- Nie tylko ty – przyznał Tymon – w BIBLIOTECE znaleźli tylko kilka wzmianek o ich istnieniu. Nie wiadomo skąd pochodzą, ani jak zatruwają umysł. Wiadomo jedynie, że osoba, którą ta istota zatruje przestaje odczuwać emocje. No nie wszystkie, bo gniew, żądza posiadania czy inne negatywne zostają. Taka osoba będzie zabijać bez zmrużenia oka albo będzie podkopywać w pracy innych ludzi. Wszystko zależy kim jest. Ale jeśli zaraza weszła do NOZ, to ci będą na pewno zabijać, torturować itp., w końcu to najemnicy.

- A jakaś dobra wiadomość?

- Nie można się tym zarazić. Jeden pomorczniak, jedna ofiara.

- Jak można kogoś z tego wyleczyć?

- No i tu mamy klops. Wszystkie wzmianki, których było dokładnie trzy, mówią o tym, że tylko śmierć powoduje, że pomorczniak  opuszcza ciało i że wtedy można i jego zabić. Ale tylko w momencie, kiedy opuszcza ciało nosiciela.

- A jak się to nie uda?

- Nie napisali, więc chyba im się udało.

- Ale nie wiadomo, skąd się to wzięło?

- Podobno nigdy nie działają w pojedynkę, zawsze grupowo. Tamci naliczyli sześć pomorczniaków. Czy może być ich więcej? Nie wiem. Skąd pochodzą? Nie wiadomo. Nawet król Ryszard Wielki Głupiec nie wie. Dlatego typuję Mroczne Podziemia.

- A gdzie występują te istoty? Gdzie je łapano?

- No i mamy kolejny klops. Zawsze łapano je w innych miejscach.

- I na pewno nie da się uzdrowić chorego?

- Nie wiem. Te wzmianki pisali Krajanie, a ci jak wiesz nie zastanawiają się nad lekarstwem tylko usuwają problem ostatecznie.

Roża spojrzała na Tymona poważnie.

-Jeżeli te potworniaki zainfekowały najemników, tym bardziej musisz dostać się do NOZ, ale nie sam. Weź jeszcze kogoś ze sobą.

-  Jutro na wiecu omówimy sprawę. Poza tym, kto wie, może inni też się czegoś dowiedzieli?

- Czy mogę na spotkanie wziąć Karola i komendanta?

- Możesz.

- Dziękuję.

Tymon wstał i się pożegnał. Róża wróciła do komputera i zaczęła czytać o NOZ.

 

Marek Odolaniec się niepokoi

Komendant wyjątkowo siedział w domu, a nie na komisariacie i usiłował odpoczywać po tygodniu ciężkiej pracy. Zrobił sobie śniadanie i usiadł z gazetą w salonie, ale zamiast czytać zaczął się zastanawiać nad różnymi sprawami. Odkrył, że nie był w domu od tygodnia i że za wiele nocy spędził na komisariacie.

- Przecież dom, to dom, powinno się w nim mieszkać – burknął do siebie. Ale z drugiej strony, mieszkanie było puste i nie miał do kogo wracać. Jego żona nie żyła, synowie w innych miastach na studiach. Został sam. Ostatnio przyjaciele mówili mu, że nie jest jeszcze taki stary, że mógłby się jeszcze koło jakieś kobiety zakręcić. Ale czy jemu się chciało? Praca była jego żoną i rodziną. Tam czuł się, jak u siebie, tam czuł się potrzebny. Westchnął.

- Za długo siedziałem na komisariacie. Teraz cisza zamiast koić moje nerwy, to mnie dobija. A przecież nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło? Praca, jak praca? Tylko tysiąc dziwnych historii nie z tego świata.

Zaśmiał się do siebie, a potem spoważniał. Zupełnie zapomniał o Kirze i jej dzieciach? Wczoraj, kiedy wracał do domu, nie zaczepiła go, ani nie słyszał zwykłego gwaru z ich „domku” na lipie. Podniósł się z fotela i wyszedł z mieszkania. Podszedł do drzewa i zadarł głowę. Cisza, nic się tam nie działo.

- Kira – zawołał. Żadnej reakcji.

Stanęła przy nim jedna z sąsiadek i powiedziała.

- Chyba się wyprowadziły, od dwóch dni jest spokój.

- Przestali kraść?

Sąsiadka zrobiła dziwną minę.

- Oni tutaj nie kradli, nawet przeganiali swoich pobratymców, żeby ci nas nie obrabiali.

- Naprawdę? – zdziwił się Marek Odolaniec.

- Pewnie szły gdzie indziej. Łobuzy – ale w tym ostatnim słowie nie było złości, raczej jakaś odrobina sympatii.

- Pewnie tak – zgodził się – ale powinny tu być. Może coś im się stało?

- Ja tam nic nie wiem – sąsiadka wzruszyła ramionami i odeszła.

Za to Marek Odolaniec poszedł poszukać drabiny. Pożyczył ją od gospodarza i przystawił do drzewa. Patrzył na nią chwilę z powątpiewaniem, bo jakoś nie widział siebie na drabinie. Był ciężki i bał się, że drewniane szczebelki pękną pod jego ciężarem. Jednak zaczął wspinać się i już po kilku chwilach zajrzał na platformę, którą zrobiły sobie kotołaki. Nikogo tam nie zastał. Nie było też żadnych porzuconych rzeczy.

- Odeszły? Dlaczego?

Zszedł na ziemię.

- I dlaczego mnie to martwi? – zastanowił się – przecież wcale nie chciałem być ich alfą. Ale z drugiej strony przyzwyczaiłem się już do ich sąsiedztwa i tego, że mnie zaczepiają. Nie tylko Kira, ale i dzieciaki. Dwóch chłopców i dziewczynka. Byli według Kiry niepełnoletnie, ale kto ich tam wiedział.

Marek zastanowił się, co ma teraz zrobić.

- A miałem mieć spokojną sobotę – westchnął – no nic, samiec alfa idzie szukać stada.

Poszedł w stronę Parku Saskiego. Tam, jak zwykle roiło się od kotołaków. To niestety powodowało, że pojawiało się tam, co raz mniej ludzi. Driady, co prawda trzymały kotołaki w ryzach i nie było już tak dużo kradzieży, ale fama już poszła i tylko nieliczni ryzykowali wejście na ten teren.

Zaczepił jednego z nich.

- Hej. Nie wiesz, gdzie jest Kira i dzieciaki?

- Nie panie komendancie, nie wiem – powiedział kotołak i zmrużył oczy – nie wsadzi ich pan do kicia.

- Nie mam zamiaru wsadzać ich do kicia, szukam ich. Opuścili drzewo obok mojego mieszkania.

- Nie dziwne, kto by chciał mieszkać koło kogoś, kto nie bywa w domu.

Marek Odolaniec zdziwił się tym, co powiedział kotołak, ale nie skomentował.

- Czyli wiesz, gdzie jest Kira?

- Wiem, ale nie powiem-  i odbiegł.

Pewnie wszystkie wiedziały, gdzie ona jest, ale był pewien, że mu nie powiedzą. Dlaczego? Bo nie bywa w domu? Co to ma ogóle do rzeczy?

Podszedł do drzewa, na którym wcześniej mieszkała Kira i dzieci. I pod którym rozegrała się walka z wampirami.

- Kira? Jesteś tam? – zapytał.

W odpowiedzi tylko usłyszał zwiększony szelest liści.

- Kira, dlaczego się nie odzywasz?

Usłyszał prychnięcie. Nie wierzył własnym uszom, to było prychnięcie obrażonej kobiety. Spojrzał na drzewo i stwierdził, że teoretycznie powinien na nie wejść. Ale praktycznie on tego nie widział. Był za gruby. Dlatego przysunął ciężką ławkę do pnia i stanął na jej oparciu. To wystarczyło, żeby zajrzał na „pierwsze” piętro mieszkania kotołaków. Widział, jak siedzi skulona w kącie, a wokół niej siedzą dzieciaki. Kiedy go zobaczyły, nic nie powiedziały. Marek Odolaniec nie wiedział, że gdyby nie był alfą, to by się na niego rzuciły z pazurami. Nadal jednak uznawały go za przywódcę, mimo, że Kira była na niego śmiertelnie obrażona i do tego smutna.

- Kira? Czemu… -urwał i stwierdził, że musi to strasznie głupio wyglądać. Jego tułów pod gałęziami, a głowa w liściach. Może był gruby, ale sił mu jeszcze nie brakowało. Z trudem, bo z trudem, ale wgramolił się na platformę.

- Kira – powiedział – czy ty się na mnie gniewasz? – potem się poprawił – czy wy się na mnie gniewacie?

- Porzucił nas pan – pisnęła Klarcia, najmłodsza z rodu.

- Ja was porzuciłem?

- Tak. Nie było pana w domu, byliśmy samotni, więc wróciliśmy tutaj – dodała.

- Przecież wiecie, że pracuję na komisariacie, mogliście przyjść…

Spojrzał w ich przerażone miny.

- Nie, żaden komisariat – wykrzyknął jeden z chłopców – nie damy się zamknąć.

Marek nie próbował nawet im tłumaczyć, że nie chodzi mu o ich zamknięcie, ale o przyjście do niego w odwiedziny. To było dla nich zbyt skomplikowane.

- Kira – popatrzył na ich matkę. Ta siedziała odwrócona do niego bokiem i nawet na niego nie chciała spojrzeć – przecież was nie porzuciłem. Dużo pracowałem, nie mogłem wrócić do mieszkania, nie miałem czasu!

- Nie miałeś dla nas czasu! Porzuciłeś nas! – wykrzyknęła i spojrzała na niego z wyrzutem.

Marek wziął kilka głębokich oddechów i przez chwilę zastanawiał się, co on właściwie robi? Zamiast się cieszyć, że ma ich z głowy, siedzi jak głupi na drzewie i próbuje ich przeprosić oraz namówić do powrotu na lipę.

Zwariowałem.

- Kira – powiedział miękko – ja nie wiedziałem, że aż tak się do mnie przywiązaliście.

- Jesteś alfą! Alfa nie opuszcza stada! – krzyczała.

Nie chciał znowu się powtarzać, że ich nie opuścił, bo i tak by gadali swoje. Zamiast tego zrobił coś, co go zaskoczyło. Nie wiedział, że jest jeszcze zdolny do czegoś takiego.

- Kira, chodź tu do mnie – mówił niskim i miękkim głosem. Wyciągnął do niej rękę.

Fuknęła na niego, ale on cierpliwie czekał. W końcu chwyciła jego dłoń, a on przyciągnął ją do siebie. Otoczył ją ramieniem i pozwolił wtulić jej się w ramię. Kira płakała. Było to bardzo ludzkie i kobiece.

- Już nie płacz. Jestem – mówił do niej- wracajcie na lipę.

- Znowu znikniesz – mówiła.

- Nie zniknę, będę wracał po pracy do domu.

- Zawsze? – spojrzała mu w oczy.

Zastanowił się, co ma powiedzieć i odparł.

- No, nie zawsze, ale coś wymyślę, żebyście nie czuli się porzuceni.

Kira pomyślała przez chwilę i powiedziała.

- Dobrze.

I wtedy Marek Odolaniec musiał się pogodzić z tym, że oprócz Kiry ma na swoich, kolanach, plecach i ramionach, dodatkową trójkę kotołaków. Wszyscy się do niego przytulili. A on zupełnie nie wiedział, co ma z tym zrobić?

 

Na wiecu

Tym razem spotkanie nie odbyło się w kawiarni, a w wynajętej sali konferencyjnej. Było ich za dużo, żeby publicznie omawiać tak ważne sprawy. Bo oprócz miejskich Strażników, przybyło kilkoro z obrzeży Warszawy oraz trzy osoby ze starszyzny z Międzyświata. Dodatkowo Róża wzięła ze sobą kapitana i komendanta. W sumie w spotkaniu brało udział dwadzieścia jeden osób. A że to było spotkanie Strażników oczywiście nie zabrakło jedzenia i picia. Nie siedziano sztywno przy stole, tylko każdy usiadł gdzie mu było wygodnie. Za to na środku postawili mównicę i podłączyli mikrofon.

Karol Nowak i Marek Odolaniec usiedli razem z Różą przy stole blisko mównicy. Kiedy wszyscy zebrani byli na miejscu, do pulpitu podszedł Tymon.

Po formalnych powitaniach i przedstawieniu kto jest kim, od razu przeszedł do rzeczy.

- Jak wiecie, przyszedł czas, w którym musimy wtrącić się w bieg wydarzeń, ponieważ w tym świecie pojawiło się wielkie niebezpieczeństwo w postaci pomorczniaków. Istot zatruwających mózgi i wysysających z ludzi i Krajan wszystkie siły witalne i doprowadzających ich do śmierci. Na razie mamy na pewno dwa potwierdzone zatrucia, ale nie wiemy, kto jeszcze padł ich ofiarą.

- A o co chodzi z tymi pomorczniakami? – dopytywał jeden z podmiejskich Strażników.

- No tak, nie wytłumaczyłem – Tymon odchrząknął – kilkoro z nas zebrało informacje na ich temat. Istoty te zatruwają nosicielom mózg, tak że te robią wszystko, co im się każe. Ale najgorsze jest to, że te złe potwory zmuszają ludzi do złych rzeczy z morderstwami włącznie.

- Da się temu zapobiec? – zapytał Marek Odolaniec.

- Ja znalazłem informację, że tylko w momencie śmierci nosiciela, w trakcie gdy pomorczniak opuszcza ofiarę można go zabić przez spalenie lub rozwałkowanie na placek.

Uczestnicy lekko się skrzywili.

- Wiem, ten drugi sposób jest mocno krwisty. Ale inni też mieli poszukać o nich informacji i sposobów likwidacji. Czy ktoś, coś znalazł?

Jedna z bliźniaczek podniosła rękę. Tymon zrobił jej miejsce przy mównicy.

- Jak mówiłyśmy z siostrą na wcześniejszym spotkaniu, nasz tata nam o nich opowiadał. Dlatego udałyśmy się do niego. On skierował nas do Strażnika – Pustelnika. Wiecie, naszego pra przodka, który według wielu osób ma ponad 350 lat i nadal dobrze się trzyma. I to mówię serio, dobrze się trzyma i nie jest żadnym zgrzybiałym starcem.

- Kto to jest Strażnik – Pustelnik? – cicho zapytał Karol Róży.

- Niektórzy strażnicy, to samotnicy. To ci, którzy mieli już dosyć powinności, o których opowiem panu przy innej okazji. Te osoby idą mieszkać w odosobnieniu i zajmują się różnymi rzeczami. Spisują księgi, odkrywają nowe formy leczenia  albo po prostu odpoczywają. To jest na razie nasz jedyny Pustelnik, ale kiedyś było ich więcej. Ale teraz słuchajmy.

Karol przytaknął i o nic już nie pytał.

- Spotkałyśmy się z nim. Przyjął nas życzliwie i chętnie udzielił nam informacji, a co najważniejsze dał nam odpowiedź, jak zabić pomorczniaka bez zabijania nosiciela. Z tym, że dla tych tu może być za późno. I słuchajcie teraz uważnie i trzeba to będzie potem gdzieś zapisać. Ale dopiero, jak sprawdzimy, czy to co powiedział Strażnik – Pustelnik było skuteczne.

- Słuchamy – powiedział Tymon.

- Osoba zatruta jest owiana czarnym lub fioletowym niby dymem, który jednak nie ma ani smaku ani zapachu. Normalne osoby czy istoty tego nie zobaczą, ale my i osoby wyjątkowo wrażliwe na nadprzyrodzoność, tak jak tutaj obecny pan kapitan Nowak…

Karol zawstydził się lekko, nie chciał być wymieniany.

- …jako powiernik Prawa i wrażliwa dusza, również to widział.

- Czy ona może przestać mnie zawstydzać? – szepnął Karol do Róży.

- Proszę się nie wstydzić, rzadko ludzie dostają od nas takie pochwały – odparła.

- Jeżeli postać jest na stałe owiana tym dymem, nie ma dla niej ratunku i najlepiej jest ją zabić, a potem zabić pomorczniaka. Jeśli jednak ten dym pojawia się i znika, to znaczy, że ta zła istota nie przejęła jeszcze całkowitej kontroli nad nosicielem. Wtedy trzeba wziąć tę osobę, rozebrać do naga i natrzeć pastą z orzechów włoskich, olejku z czarnuszki, pestek z dyni, czosnku, lebiodki i bylicy piołunu. Można to też zalać spirytusem. Oprócz natarcia należy dać to też tej osobie do zjedzenia. Łyżkę albo dwie.

- Czy mi się wydaję, czy ty właśnie wymieniłaś produkty, które podaje się na odrobaczanie organizmu? – zapytał jeden z członków starszyzny.

- Tak, co ciekawe, tak. W końcu pomorczniak, to pasożyt.

- To wydaje się za proste.

- Też to powiedziałyśmy Pustelnikowi, ale on odparł, że on i jeszcze dwóch braci doszli do wniosku, że nie zaszkodzi potraktować zakażonych, tak jak pacjentów z robakami w jelitach. I co dziwne, pomogło tym, którzy nie do końca byli jeszcze zainfekowani. Niestety dwóch zakażonych musieli zabić, bo dla nich nie było już ratunku.

- No dobrze, ale ci wyleczeni nie mieli potem nawrotów, czy byli normalni? – zapytał ktoś.

- Byli wyleczeni, tylko nie pamiętali, co się z nimi działo odkąd tamta istota w nie weszła.

- Jaki jest haczyk? – zapytał Tymon.

- Haczyk, a raczej trudność polega na tym, że pomorczniak doskonale wie, co go czeka i będzie się bronił, więc nie jest łatwo takiego zainfekowanego człowieka czy Krajana okiełznać i zmusić do przełknięcia papki. Ponad to pomorczniaki infekują tylko i wyłącznie istoty, które są otwarte na zło. Nawet jeśli taki człowiek nic nie robi, ale marzy żeby zrobić coś złego, to wtedy pomorczniak może w niego wniknąć. Wystarczy jedna myśl.

- A skąd to Pustelnik wiedział?

- Uratowani Krajanie mówili, że zanim stracili pamięć, to myśleli o czymś złym i powiedzieli na głos: chciałbym to zrobić lub coś w ten deseń.

Bliźniaczka odeszła od mównicy, a jej miejsce ponownie zajął Tymon.

- Dobra wiadomość, że zło dobrego nie ruszy, ale zła i to bardzo zła wiadomość jest taka, że dwie osoby zainfekowane to prezesi NOZ-u.

- A co to jest NOZ? – zapytał członek starszyzny.

- Najemnicy od Zaraz – powiedziała Róża i wstała. Podeszła do mównicy i zajęła miejsce Tymona.

- Jest to organizacja, która wynajmuje żołnierzy do różnych akcji, nie tylko wojskowych, ale też odbijania więźniów, tajnych misji w dżungli itp. Działa od ponad dwudziestu lat i jest czysta jeżeli chodzi o prawo. Działają legalnie, nigdy nie wynajmują ludzi do działań, które mogłyby zaszkodzić Polsce. Poza tym dwaj prezesi zajmują ważne stanowiska w innych firmach. A główna prezeska Teresa Karbowska, przejęła tę funkcje kilka lat temu po śmierci ojca. Jej głównym źródłem dochodów nie jest NOZ, a duża firma, którą prowadzi. To nie jest oczywiście ważne, ale mówię o tym, żebyście wiedzieli, że ludzie którzy prowadzą NOZ, to cywile. Z tego, co wyczytałam, po pojawieniu się Krajan w tym świecie NOZ, zaczął szukać wśród nich rekrutów, co wiadomo nic im nie dało, bo wszyscy wiemy, jak to z naszymi Baśniowymi Sworami jest. Wiem, że nadal próbują to robić. Mamy podejrzenie, że w swoje szeregi chcą wsadzić białego smoka, berserka oraz dwa wilkołaki. Póki co nigdzie nie znaleziono rozszarpanych ani zwęglonych ciał ludzi, więc pewnie proces rekrutacji nadal trwa, a nasze Baśniowe Stwory jeszcze się nie znudziły. Chociaż myślę, że to jest tylko kwestia czasu.

- A co to ma do pomorczniaków? – zapytał jeden ze Strażników.

- Ma – powiedział Tymon i ponownie zajął mównicę. Róża usiadła – ma ponieważ dwóch prezesów jest zainfekowanych, nie wiemy czy kobieta też. Ale dwóch mężczyzn na pewno. Skoro pomorczniaki wchodzą tylko w ludzi ze skłonnościami do złego, to ci już coś złego mogą robić. Poza tym, wilkołaki, smoki i berserkowie, to też postaci negatywne, więc kolejne pomorczniaki mogą wejść właśnie w nich, a z nimi sobie tak łatwo, jak z ludźmi nie poradzimy.

Musimy znaleźć tych ludzi i naszych Krajan. Poza tym dwa klany wilkołaków są wściekłe i żądne krwi za porwanie ich dzieci.

- Wilkołak porwany? – śmiał się jeden ze Strażników – to niedorzeczne.

- Wiem – zgodził się Tymon – ale zgłosili sprawę na policję, więc w świetle tutejszego prawa są porwani. Od dwóch tygodni nie dają znaku życia, a to jest nienormalne.

- To fakt – zgodzili się zebrani.

- Jakie zatem podejmujcie decyzję? – zapytał członek starszyzny.

- Decyzje są trzy – powiedział Tymon.

- Jedna ekipa będzie szukała miejsca skąd wychodzą pomorczniaki. Najprawdopodobniej są to istoty z Mrocznych Podziemi, więc trzeba szukać  dziur.  Na razie nie wiemy gdzie i nie wiemy ilu ich już jest. Ta sama ekipa, ale i my wszyscy reagujemy, jeśli zobaczymy kogoś z czarną lub fioletową chmurą wokół siebie. Druga ekipa robi tyle pasty od pasożytów ile się da, a trzecia czyli ja i Konstanty idziemy zapisać się do NOZ-u i będziemy szukać zaginionych Krajan.

- A my? Co mamy robić? – zapytał Marek Odolaniec.

- Was wezwiemy na pomoc, kiedy zlokalizujemy zguby lub znajdziemy osoby skażone. Dobrze, żebyście wiedzieli, jak sobie radzić w razie spotkania osoby zakażonej.

- Dobrze, będziemy gotowi do pomocy – odparł Marek Odolaniec.

Spotkanie dobiegło końca. Każdy wiedział, co ma robić i po krótkiej herbacie i ciastku na deser rozeszli się do swoich spraw.

W sali została Róża, policjanci i Tymon.

- Panowie jeszcze nie idą – powiedział Tymon – jeszcze mam do panów dwa słowa.

Karol Nowak i Marek Odolaniec usiedli z powrotem na krzesłach.

- Prośba do was jest taka, żeby pod żadnym pozorem nie pozwolić wilkołakom wymierzyć swojej sprawiedliwości. Dlatego, kiedy znajdę ich synów, tego berserka i smoka, zawiadomię was, ale nie wolno wciągać w to wilkołaków. Ci prezesi, to zbyt wysokie szychy, żeby można było ich bezkarnie zabić.

- A jak nas nie posłuchają?

- Powiernika Prawa posłuchają – powiedziała Róża poważnie.

- Niech pani nie żartuje – prychnął Karol – ja się ich boję i oni doskonale o tym wiedzą.

- Wiedzą również, że jest pan powiernikiem Prawa, więc uznają, że pan wie lepiej – dodała Róża.

Tymon patrzył na Karola, a potem zwrócił się do Róży.

- Powiedziałaś mu kim jest?

- Nie, nie było na razie takiej potrzeby.

- Kim niby jestem? – zapytał zaniepokojony Karol.

- Jest pan BOHATEREM – powiedział Tymon.

-  Co? Że niby kim? Bohaterem? – Karol był zaskoczony.

- Nie bohaterem, a BOHATEREM – powiedziała Róża – z dużych liter.

- No dobrze, ale co to znaczy?! – kapitan zaczął się irytować.

- To znaczy, że w tej bajce będzie pan dokonywał niemożliwego – kontynuował Tymon – już tak jest. Ja na pana miejscu nie poszedłbym do domu wilkołaków, nie zabijałbym zombie i nie wsiadłbym do samochodu z Różą, przecież ona jeździ jak wariatka.

- Tymon! – wykrzyknęła oburzona Róża.

- No co, przecież to prawda.

Marek Odolaniec zaczął się śmiać.

- A pana, co tak śmieszy? – zapytał naburmuszony Karol.

- Nie wiem, ale chyba już nie mam siły się dziwić, więc się śmieję – powiedział komendant – ja zostałem samcem alfa, a ty BOHAREREM, więc albo nam się to wszystko śni albo naprawdę jesteśmy w jakiejś pokręconej bajce.

Róża odparła.

- Nie jesteśmy w bajce, ale nie zmienia to faktu, że pan Karol stał się powiernikiem Prawa, a ono zaczęło go zmieniać. Nie spodziewaliśmy się tego, ale tak jest.

- Czego się nie spodziewaliście? – dziwił się Karol.

- Że zacznie pan dokonywać BOHATERSKICH czynów. Musiał mieć pan do tego predyspozycje, a Prawo tylko je wyzwoliło.

- I co teraz ze mną będzie? Wskoczę w zbroi na konia i będę wymachiwać mieczem?

- Jeśli będzie to potrzebne – odpowiedział mu Tymon.

Karol Nowak popatrzył na dwójkę Strażników, oni się nie śmiali. Byli całkowicie poważni.

- Czy mogę zrezygnować z funkcji powiernika Prawa?

- Może pan – powiedział Tymon – tylko czy pan tego chce?

Karol na samą myśl o utracie tego przywileju poczuł chłód wokół serca.

- Nie – to była szczera odpowiedź.

- No właśnie, dlatego jest pan BOHATEREM -  dodała Róża – Krajanie to wiedzą, wyczuwają to i będą się liczyć z pana zdaniem. Nawet wilkołaki.

  - A czy kiedyś nastąpi koniec tej historii? – zapytał niby żartobliwie, ale jednak serio.

- Oczywiście – zaśmiała się Róża – i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

- Naprawdę?

- Nie – odparła poważnie – ta historia będzie miała jakieś zakończenie, ale życie, to nie jest bajka, po tej przygodzie będzie inna, albo nawet w trakcie tej będzie coś nowego. Proszę w ogóle nie myśleć, że to bajka. To rzeczywistość. Dziwna dla pana i komendanta, ale jednak rzeczywistość.

- A dla mnie też mają państwo jakąś niesamowitą wiadomość? – zapytał Marek Odolaniec.

Tymon popatrzył na komendanta i powiedział.

- Proszę zacząć pić te zioła, które przepisała panu Róża. Proszę częściej odpoczywać i wracać do domu. I proszę pamiętać alfo, że ta funkcja to nie żart, Kira i dzieciaki oparły się na panu i jest pan za nich odpowiedzialny.

- Wiem – powiedział komendant, nawet nie pytał skąd Tymon to wie – już to załatwiłem. Rodzina wróciła na lipę, ale do cholery jasnej, ja nie zmienię się w kotołaka i nie zamieszkam z nimi na drzewie!

- Nie musi pan, tylko proszę ich na zimę wziąć do domu – podpowiedziała Róża.

- I co jeszcze? Może mam się z Kirą ożenić?

Tymon i Róża spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami.

- Jeśli pan chce?

- Co?! Przecież ona jest kotołaczką?!

- I człowiekiem, więc jaki jest problem? – zdziwił się jego wybuchem Tymon.

- Mi nie rosną na zawołanie pazury i sierść!

- Za to jak na zwołanie poleciał pan jej szukać – zaśmiał się Tymon - ona jest człowiekiem tylko z dodatkowymi predyspozycjami. Tak, jak wy macie do matematyki czy elektroniki. Oni tego nie mają, też może im się pan wydać nieludzki.

- Nigdy w ten sposób nie pomyślałem.

- Ale nie musi się pan z nią żenić. Proszę tylko zadbać o ich bezpieczeństwo i żeby zimą mieli ciepło – powiedział uspokajająco Tymon.

- Kira też od pana tego nie wymaga, przecież wie, że nie jest pan kotołakiem.

- A czy kiedykolwiek takie mezalianse się zdarzały?

- Oczywiście. Nieczęsto, ale tak.

- Proszę się nie martwić, wszystko się ułoży – dodała Róża i na tym skończyło się spotkanie.


kolejny odcinek 20 marca

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"