Strażnicy odc. - 14

 

Dzień, jak co dzień

Była sobota, było ciepło, a co najważniejsze, był to dzień wolny od pracy. Przynajmniej dla Róży i Kaliny, Malwina siedziała w sklepie zielarskich i sprzedawała kremy i maści bogatym, zagranicznym turystom. Obie siostry postanowiły spędzić ten czas z dala od domu, najlepiej na zakupach. Kalina powiedziała mężowi i dzieciom, że mają sami dzisiaj gospodarzyć, bo ona nie zamierza wracać przed wieczorem. Roża nie musiała się nikomu opowiadać, więc po prostu wyszła z domu.

Kiedy obie wsiadły do samochodu, starsza siostra powiedziała:

- Może byśmy pojechały do centrum handlowego na Tarchomin?

- Przecież tam jest tak samo, jak w centrum?

- Pewnie tak, ale ile razy możemy odwiedzać te same sklepy? Poza tym podobno, jest tam mniej ludzi.

- Niech ci będzie, mnie jest wszystko jedno, bylebyśmy się dobrze bawiły.

- Będziemy się świetnie bawić, zwłaszcza, że nie pamiętam kiedy ostatni raz sobie coś kupiłam.

- A masz jakiś plan?

- Nie mam, ale odwiedzę wszystkie butiki.

Róża parsknęła śmiechem.

W dobrych humorach dojechały na miejsce, zaparkowały na dachu i przez ogród weszły do galerii.

- A może na deser kino? – zaproponowała Róża.

- Oczywiście – zgodziła się natychmiast Kalina – też nie pamiętam, kiedy ostatni raz oglądałam film na dużym ekranie.

Rozejrzały się ciekawie po budynku i ludziach. W znacznej części, to byli ludzie, ale było też sporo Krajan. Skrzaty sprzątające stoliki, krasnoludy w restauracji przy piwie, bogate księżniczki ze służbą, a nawet jedna czarownica przeglądająca lustra, w sklepie z akcesoriami do domu.

- Od czego zaczynamy? – zapytała Róża.

- Od sklepu sportowego, moje chłopaki zdzierają trampki w ekspresowym tempie.

- Ej- powiedziała Róża – to miały być nasze zakupy.

- Matki inaczej nie umieją – zaśmiała się Kalina – odbębnimy szybko moich synków i męża, a potem obiecuję, wszystko inne dla nas.

Strażniczka uśmiechnęła się do siostry i obie ruszyły na podbój galerii. Mniej więcej w połowie zabawy i po drugim kursie zanoszenia zakupów do samochodu, postanowiły sobie zrobić przerwę na coś słodkiego i kawę.  Usiadły w części restauracyjnej i jedząc rozmawiały o czymś wesoło, gdy nagle Róża zamarła i rozejrzała się czujnie.

- Co jest? – zapytała Kalina – ktoś z Mrocznych Podziemi?

- Nie, ale coś podobnego. Poczekaj, bo muszę się skupić.

Przesunęła wzrokiem po ludziach i zatrzymała się na wysokim i szczupłym mężczyźnie, który kupował coś w Fast Foodzie dla siebie i swojej dziewczyny.

Róża wskazała Kalinie kierunek i teraz obie przyglądały się parze.

- Ona wygląda normalnie – orzekła starsza siostra – ale facet jest nie taki, jak powinien.

- No właśnie, jest niewyraźny i otoczony czarną chmurą, mimo, że jest rzeczywisty i zwykły, jak przeciętny człowiek.

 - Wygląda, jak obłok z sadzy.

- Myślę, że to jeden z tych, których spotkałam z policjantami podczas akcji z kotołakami w Parku Saskim.

- Co robimy?

- A ja wiem? – Róża wzruszyła ramionami. Nie jest z Mrocznych Podziemi, przyszedł na jedzenie z dziewczyną, raczej nie będzie tutaj popełniał przestępstwa.

- Ale to ktoś zły.

- Tak, ale mag Mozz też nie jest dobry, a siedzi sobie spokojnie i je loda z polewą karmelową. Nie mogę przecież wyciągać konsekwencji, zanim ktoś nie zrobi czegoś głupiego – powiedziała Róża.

- Ale może warto by go poobserwować?

- A co my jesteśmy? Policja? Koleś nawet nie jest poszukiwany.

- Czyli co? Zostawiamy to?

Strażniczka zastanowiła się przez chwilę i wyjęła telefon. Ukradkiem zrobiła zdjęcie podejrzanemu facetowi.

- Wiesz, że nieładnie jest robić fotki obcym ludziom?

- Może i nieładnie, ale potem może się nam przydać. Dam panu Karolowi, niech on zadecyduje, co z nim zrobić.

- O, wzmianka o BOHATERZE. W końcu, bo już myślałam, że dzień bez Karola dniem straconym.

- Dlaczego mam wrażenie, że wymawiasz słowo bohater dużymi literami?

- Bo tak wymawiam. A tak przy okazji, wrócił cały i zdrowy od wilkołaków?

- Tak. Teraz siedzi i skleja ślady. I powiem ci coś. On jeszcze o tym nie wie, ale staje się co raz bardziej bohaterski.

- Naprawdę?

- Ja bym na jego miejscu poszła do wilkołaków z obstawą i srebrnymi kulami w pistolecie, a on poszedł tylko z uzbrojoną w procę Lili.

- Niesamowity.

Nagle Róża wyciągnęła rękę i złapała małego kotołaka za kołnierz.

- Oddaj – powiedziała.

- Co? No co? – rzucał się młodziak.

- Oddaj.

- To nie pani własność.

- Nie moja, ale i nie twoja.

- Baba sama się prosiła.

- A ty się prosisz dostać w ucho – zagroziła mu Kalina.

Młody kotołak wiedział, że musi spasować, podał Róży telefon komórkowy.

- Mogę już iść? – spojrzał na nią błagalnie.

- Możesz – Róża puściła chłopaka, a ten uciekł szybko i więcej go nie widziały.

Strażniczka podeszła do kobiety i oddała jej telefon, potem wróciła do Kaliny.

- Kotołaki, jedyne po wilkołakach Baśniowe Stwory, które czują się w tym świecie, jak ryba w wodzie.

- Boję się tylko, że ludzie zaczną je tępić, jak szkodniki, a oni sobie na to nie zasłużyli.

- Masz rację, z naturą nie wygrasz.

- Właśnie. To, co? Dalsza część zakupów?

- Oczywiście, tylko teraz kupmy coś Malwinie, bo się na nas obrazi.

- Zgoda.

Siostry wstały od stolika i poszły na podbój kolejnych sklepów. Mag Mozz, skończył loda i poszedł po dokładkę, dziwny człowiek wręczył piękny prezent dziewczynie, za co został obsypany pocałunkami, a kotołak skrzyknął braci i postanowił, że póki są tu Strażniczki zawiesi złodziejską działalność.

 

Karol i Róża badają ślady

Strażniczka i kapitan spotkali się późnym wieczorem na komisariacie w celu omówienia danych w związku z zaginięciem wilkołaków. Karol wszystko ładnie poprzyczepiał na korkowej tablicy, łącznie ze zdjęciami i krótkimi notatkami, z jego przemyśleń. Róża obejrzała wszystko dokładnie i zapytała:

- I co pan odkrył?

- Na razie niewiele. Przejrzałem ulotki, wszystkie zostały wydane przez legalne firmy i kluby sportowe, nie ma w nich drugiego dna. Ale jeśli chodzi o strony internetowe, to tutaj już mam kilka wątpliwości.

- Mianowicie?

- Trzy adresy ładują strony o survivalach dla tak zwanych prawdziwych mężczyzn, ale firmy, które je organizują oficjalnie nie istnieją. I na razie jeszcze nie doszedłem do tego, gdzie ich szukać. A dwie strony dotyczą NOZ.

- NOZ?

- Najemnicy od Zaraz? Pamięta pani? Przyjechali pod Park Saski kiedy kotołaki przechodziły żałobę.

- I widział ich pan, jako czarne widma.

- Tak. Ale to jeszcze nie oznacza, że są zamieszani w porwanie. To jest legalna firma rekrutująca najemników do różnych zadań i piszą o tym jawnie. Może nam się to nie podobać, ale w świetle prawa są czyści.

- Nie sądzę, żeby wilkołaki interesowały się karierą wojskową – powiedziała Róża – one potrafią działać jedynie w swoim klanie, nie sądzę żeby były w stanie utrzymać dyscyplinę.

- Owszem, jeżeli założymy, że mają być szeregowcami w oddziale – powiedział Karol – ale jeśli porywacze chcą ich wyszkolić na jakiś super agentów.

Róża roześmiała się perliście i powiedziała.

- Nie da się oswoić wilkołaka. Nawet jeśli porywacze wsadzili ich do wytrzymałych klatek, to będzie tylko kwestią czasu, aż się stamtąd wydostaną i rozszarpią wszystkim gardła.

Karol powiedział nagle:

- Niech pani na razie nic nie mówi, mam myśl.

Strażniczka cierpliwie czekała, aż kapitanowi pomysł wykluje się w głowie.

- A może ich nie porwano? Może poszli z własnej woli?

- Ma pan rację. My wciąż myślimy w kategorii porwania, ale sama przed sobą muszę przyznać, że porwanie dwóch rosłych wilkołaków graniczy z cudem. Oni musieli sami się  gdzieś zgłosić.

- Nie mniej jednak, ludzie, którzy ich zabrali zatarli ślady, tak skutecznie, że wilkołaki nie mogą niczego znaleźć.

- Nie dziwne, bo byłem na miejscu, gdzie się urywa ślad.

- Może pan je zdradzić?

- Tak. Znikli im w galerii handlowej w centrum Warszawy. Tam każdego dnia przetacza się tysiące osób, ślady chłopaków urywają się zaraz na pierwszych schodach ruchomych. Nie wątpię, że wilkołaki mają doskonały węch, ale co innego działać w warunkach naturalnych, gdzie nie ma zbyt wielu ludzi, a co innego centrum wielkiej metropolii, gdzie co chwilę ktoś sprząta i wyciera podłogi. Zapach chłopaków utrzymał się tylko na ruchomych schodach, nigdzie więcej. Nie ma go też na zewnątrz, bo cały chodnik wokół galerii został zadeptany, zlany deszczem i jeszcze raz zadeptany przez tysiące ludzi.

- Doskonałe miejsce zbiórki.

- I wie pani co? Wpadłem na jeszcze jeden pomysł?

- Widzę, że jest pan dzisiaj w bardzo dobrej formie.

- Dziękuję – uśmiechnął się skromnie Karol – ja przemyślałem sobie ostatnie wydarzenia i uważam, że zaginięcie syna Szecherezady i białego smoka może być powiązane.

- Niekoniecznie, oni mogą mieć swoje sprawki.

- Wiem, ale i tak sprawdziłem ten trop. I syn Szecherezady, Ali Baba to berserk, czyli kolejny trudny do zabicia Baśniowy Stwór znikł tego samego dnia, co młode wilki i biały smok.

- A kto zgłosił białego smoka? – zapytała z ciekawości Róża.

- Przyszły do mnie trzy panienki i powiedziały, że ich smok gdzieś zniknął.

- No tak. Dziewice.

Karol popatrzył na nią, jak na dziwowisko.

- Dziewice? Ja raczej pomyślałem o klubie go go albo agencji towarzyskiej.

- Smok nawet nie wiedziałby o czym pan mówi. A dziewczyny na bank są dziewicami, bo tylko takie smoki porywają.

- No pięknie – zaśmiał się Karol – smok porywacz sam porwany. Ale one nie wyglądały na nieszczęśliwe, raczej zatroskane.

- Pewnie już mieszkały z nim kilka lat i nie pochodzą stąd, tylko z Baśniowej Krainy. Z resztą, żadna kobieta by nie narzekała, mając za szefa smoka, to sama przyjemność.

- A co one tam u niego robią?

- Pomagają mu utrzymać porządek ze złotem.

- Żartuje pani. A nie powinien ich zjadać?

- Nie ten. To biały smok. Czerwone smoki pożerają ludzi, ale mają w nosie czy są dziewicami czy mężczyznami.

- Czy czerwone smoki też są wśród ludzi?

- Nie. One są mocno związane ze swoimi terenami, nie lubią ich opuszczać. Ale odbiegliśmy od tematu.

- Jak możemy nie odbiegać, jak co chwilę pani mnie szokuje nowymi wiadomościami o Krajanach.

Róża zaśmiała się i powiedziała.

- Niedługo nic pana już nie zdziwi. Ale wróćmy do tematu, bo powiem szczerze, że chciałabym wrócić do domu przed północą.

- Oczywiście, przepraszam – powiedział Karol – wracając do tematu, berserk, smok  i wilkołaki znikli tego samego dnia i mniej więcej o tej samej porze wyszli z domów. Wiem, że to słaby ślad, ale możliwy.

- I co dalej?

- Dalej nie za wiele, bo na razie utknąłem, ale będę szukał powiązań z tymi podejrzanymi stronami. Tylko muszę ściągnąć informatyka z innego komisariatu.

- Dobrze. A skoro o informatykach mowa. To zrobiłam wczoraj zdjęcie jednemu z ludzi z NOZ w galerii handlowej, wiem że na fotografii nic nie widać, ale był czarnym widmem. Chce je pan? Może do czegoś się przyda?

- NOZ pojawiło się w tym śledztwie, więc je wezmę. Ale znając życie, ta potężna firma jest na pewno czysta, jak łza.

- Na pewno – parsknęła Róża.

 

W ciemności

Około północy w starej gazowni na Woli, coś się poruszyło. Trzy małe cienie przebiegły przez pustą halę i wyskoczyły przez dziurę w oknie na zewnątrz. Istoty stanęły w wysokiej trawie i rozejrzały się ciekawie.

- To tutaj – powiedziała jedna z nich bardzo zadowolona.

- Będziemy się bawić, jak nigdy – zachichotała druga.

- Nie gadajmy tylko dołączmy do naszych braciszków.

I pobiegły w stronę bloków mieszkalnych.

 

Róża spotyka się ze Strażnikami w mieście

Jeżeli ktoś myślał, że wiec Strażników będzie się odbywał w jakimś parku pod drzewem, to się grubo pomylił. Spotkali się w zwykłej kawiarni przy ciastku. Był Tymon i bliźniaczki oraz jeszcze czworo innych miejskich Strażników, przybyła również Róża.

- Czemu nas wezwałaś? – zapytał się jej Tymon – chyba nie w związku z zaginięciem wilkołaków. Wiesz, że my się nie bawimy w policjantów. To twoje hobby.

Wszyscy się roześmieli, nawet Róża.

- Bardzo śmieszne – parsknęła, ale bez złości w głosie – zawołałam was, bo potrzebuję pomocy w zbadaniu jednej firmy.

- Której?

- NOZ.

- Proszę cię, mamy ganiać za najemnikami?

- Nie, macie się zgłosić na ochotnika do ich firmy.

- Po co?

- Nie podoba mi się czarna chmura nad nimi.

Strażnicy przestali się śmiać i spojrzeli poważnie na Różę.

- Czarne widma? Jesteś pewna? – zapytał Tymon.

- Tak. Widziałam ich przy sprawie z kotołakami, ale wtedy po prostu myślałam, że to przez to, że są na akcji, ale kiedy spotkałam jednego w neutralnych warunkach, nadal był przez nią otoczony. Nawet Kalina ją widziała.

- Wiesz, że to może być przypadek?

- Wiem, ale czarne widmo w firmie wojskowej, to nie wróży nic dobrego.

- Mało tego, to może nie być przypadek – powiedziała jedna z bliźniaczek.

- To jest jedna sprawa – powiedziała Róża.

- A jaka jest druga?

- Skąd to przyszło. Czy mieliście kiedyś z tym do czynienia?

- Nasz ojciec o tym opowiadał – powiedziała jedna z bliźniaczek – powiedział, że trudno paskudztwo wyplenić.

- No nic. Zadzwonię do naszej BIBLIOTEKI, może oni coś znajdą  - powiedział Tymon.

- Każdy z nas poszuka jakiś wiadomości – zapewnili inni.

- Dziękuję – powiedziała Róża.

- Nie ma za co.

 

Tymczasem na Mazurach

Kobieta chodziła wściekła po gabinecie i nie wiedziała, czy ma wrzeszczeć na współpracowników, czy po prostu zlikwidować. Facet z bliznami siedział za biurkiem, a chudy i żylasty na kanapce pod ścianą.

- Mówiłam wam, żebyście nie działali bez mojej zgody. Ile razy mam wam to powtarzać?

Facet z bliznami odpowiedział.

- Posłuchaj, oni wzięli medale i dyplomy ukończenia szkolenia i powiedzieli, że już nam dziękują i że będą wracać do domów.

- Powiedzieliście o wieczornym bankiecie?

- Tak, ale oni  stwierdzili, że nie jest on im do niczego potrzebny. Przybyli tu tylko dla sportu, a nie dla zabawy.

- Niezła zabawa – fuknęła kobieta – zabili wczoraj piętnastu ludzi.

- Szkolenie dla najtwardszych – mruknął chudy i żylasty.

Kobieta spojrzała na niego ze złością.

- Znając życie, to był twój pomysł, bo już się nie możesz doczekać eksperymentów, na które jeszcze nie masz naszej zgody. Mogliście do mnie chociaż zadzwonić.

Facet z bliznami podniósł się z krzesła i podszedł do kobiety.

- Tereso, musieliśmy działać bardzo szybko. Oni wyczuli, że coś się kroi.

- Jak? W jaki sposób?

- Wywąchali – dodał żylasty i zaczęła się jatka.

- Trzeba było ich puścić, złapalibyśmy ich po drodze.

- Co się stało, to się nie odstanie – powiedział duży facet z bliznami – teraz musimy się zastanowić, co dalej.

Kobieta usiadła na krześle i powiedziała.

- Na pewno nie wolno nam ich wypuszczać.

- Może ich zabijmy? – zaproponował chudy i żylasty.

- Ty zaraz zginiesz – warknęła kobieta – twoje głupie pomysły zaprowadziły nas w ślepy zaułek. Mówiłam wam, że nie ma co eksperymentować z tymi potworami. Powinniśmy zostać przy tym, co jest pewne.

- Postęp potrzebuje ofiar – odezwał się chudy i żylasty.

- Może jesteś chętny zostać jedną z nich? – zapytała kobieta i uśmiechnęła się wrednie.

- Nie, dziękuję.

- To się lepiej zamknij i daj mi pomyśleć.

 

Na komisariacie pojawia się nowy pracownik i niespodzianka

- Kto chce zostać policjantem? – komendant zakrztusił się kawą.

- Damian Azjatycki, mówi że jest tygrysołakiem – powiedział spokojnie kapitan.

- Krajan? Chce zostać policjantem?

- Tak.

- A co na to Róża?

- Nie pytałem.

- No to na co czekasz, dzwoń do niej.

Kiedy kobieta odebrała Karol szybko wytłumaczył jej w czym rzecz.

- Tygrysołak chce być policjantem? – Róża zdziwiła się nie mniej niż oni – muszę go zobaczyć? Za chwilę będę. Zaproście go na kawę, czy coś.

Do sali konferencyjnej wszedł wysoki i muskularny mężczyzna. Miał rude, kręcone włosy i wypielęgnowaną brodę. Jego oczy błyszczały na zielono, a kiedy mówił widać było lekko wystające kły. Ale Karol zwrócił uwagę również na jego ręce. Były duże i owłosione rudym futrem, a na końcu znajdowały się czarne paznokcie zakończone ostro, jak pazury.

- Proszę niech pan usiądzie i napije się kawy.

Głos, jakim się mężczyzna odezwał brzmiał jak pomruk przyczajonego drapieżnika.

- Dziękuję, chętnie.

Od tego  głosu Karolowi i komendantowi włosy stanęły ze strachu na karku.

Marek Odolaniec pierwszy odzyskał fason.

- Czemu chce pan zostać policjantem?

- Mam zdane wszystkie egzaminy – powiedział tygrysołak – nadaję się.

- Wiem – przejrzał wcześniej jego teczkę ze szkoły policyjnej gdzie w każdej dziedzinie zdobył najwyższe noty. Jednak znajdował się tam dopisek:

„Wszystkiego się wyuczył, jest sprawny i zwinny, jak kot, ale nie rozumie ludzi. Najlepiej dać go do tych wariatów od potworów nie z tego świata.”

- Wiem – jeszcze raz zaczął komendant – ale chce wiedzieć dlaczego, chciał pan zostać policjantem.

- Trzeba jakoś żyć. Miałem do wyboru zostać żołnierzem, ale nie nadaję się do pracy pod dyktando, a w policji wydaje mi się, że jest więcej swobody. No i można sobie pobiegać za przestępcami.

- Jak kot za myszą – wyrwało się Karolowi.

- Słyszałem – burknął tygrysołak – może was to śmieszy, ale ja jestem w stanie dogonić każdego, wy nie – i uśmiechnął się pokazując w całej okazałości swoje dolne i górne kły. – a i w odróżnieniu do was, ja nie boję się wilkołaków ani smoków, ani innych niebezpiecznych stworzeń.

- Bo sam jest pan niebezpieczny – powiedział komendant.

- Ale trzymam swoją naturę na wodzy.

- Zawsze?

- Zawsze.

W drzwiach pojawiła się Róża i panowie wyraźnie odetchnęli. Za nią wleciała Lili w swym różowym mundurze. Też była ciekawa nowego kolegi „z pracy.”

Tygrysołak od razu wstał i pokłonił się Strażniczce.

- Witam pani.

- A, to ty Damianie – ucieszyła się Róża i odetchnęła.

- Zna go pani? – zdziwił się Karol.

- Oczywiście, od dziecka. Mieszkał niedaleko mojego rodzinnego domu. Jego ojciec jest potężnym przywódcą klanu.

- A ja wyrzutkiem – dodał z uśmiechem Damian.

- Nie przesadzaj. Już dawno ci wybaczył, a ty plączesz się po świecie zamiast wrócić do domu i z nim porozmawiać.

- Nie będę z nim rozmawiał – obruszył się Damian – z resztą nie po to tu przyszedłem.

- Naprawdę chcesz pracować w policji? – nawet Róża była zdziwiona.

- A dlaczego nie?

-Bo jesteś tygrysołakiem? Bo jesteś odludkiem? Bo nie znasz kodeksu ludzkiego?

- Znam – pochwalił się – dostałem z tego celujący na egzaminach.

- Na komputerze się znasz? – wtrącił komendant.

- Nie. Ale umiem pisać i czytać. Czy to problem? Na egzaminach nic mi nie mówili.

„Nie dziwne. Pomyślała Alicja, kto by chciał zmierzyć się z gniewem tygrysołaka. Pewnie w jego obecności robili ze strachu w majtki. Komendant z Karolem, też się boją, ale mniej. Już się przyzwyczaili do niecodziennych stworzeń.” Nie powiedziała tego na głos. Tymczasem usłyszała Karola.

- Nie, to nie problem. Będziesz pisał raporty ręcznie.

- Czyli mogę u was pracować?

- Taki dostałeś przydział. Tylko musimy ci uszyć, jakiś wygodny mundur, bo w tym, co masz na sobie nie wyglądasz najlepiej – powiedział komendant.

I w tym momencie do sali konferencyjnej weszła jeszcze jedna osoba. Honorata, córka Wrega.

- Dzień dobry. Tatuś mnie przysłał do pomocy.

Komendant spojrzał na nią, a potem na Różę.

- I co ja mam teraz zrobić?

- Każda pomoc się przyda.

- Ale ja nie mogę jej płacić? Nie jest policjantką, a wydaje mi się, że w tym wypadku bakalie i sok, to by było trochę za mało.

- Halo, ja tu jestem – powiedziała Honorata i zatupała niecierpliwie nóżką. Ale kiedy Róża na nią spojrzała, od razu przestała i powiedziała grzecznie – przepraszam, ale myślałam, że mogę pomóc.

- Czyli tata cię nie przysłał? – zapytał Karol.

- Nie – bąknęła Honorata – ale pomyślałam sobie, że to wszystko jest takie ekscytujące i  że w końcu mogłabym wyjść do ludzi, poznać inne zwyczaje i… - urwała, chociaż Róża wiedziała, że chciała dokończyć, zdanie „poszukać sobie męża.” – chciałabym pomóc – dokończyła.

- Ja ci nie zapłacę – powiedział poważnie komendant – w zasadzie w ogóle nie mogę cię w to wciągać, jesteś cywilem.

- Ja mam dużo pieniędzy.

- Praca tutaj, to nie przygoda – oponował komendant.

- A dlaczego nie?

Marek Odolaniec i Karol Nowak spojrzeli na nią, jak na wariatkę.

- To poważna praca – wydukał Karol – ciężka. Często nie udaje się nic zrobić.

- Ale na pewno jest ciekawsza niż siedzenie w willi i czekanie na to, że coś się wydarzy.

- I co ja mam zrobić? – komendant znowu zapytał się Róży.

- Za dwa dni zatrudni ją pan jako detektywa – odparła.

- Ale jak to?

- Niech pan nie pyta. Po prostu przyjedzie tu z listem poleconym od bardzo ważnej osoby.

- Ale jak to?

- Proszę pomyśleć, że to wszystko dobrze się składa. Damian i Honorata, to Krajanie, będą was uczyć o nich na miejscu.

- A pani? – wtrącił się Karol. Wyczuła, że boi się, że ona się wycofa.

- Ja?  – zaśmiała się – ja też się dałam wkręcić w tę historię, więc nie opuszczę posterunku.

- A ja straciłem panowanie nad własnym komisariatem – poskarżył się komendant, ale w gruncie rzeczy był zadowolony, że przyszła dodatkowa para rąk do pracy.

 

Kolejny odcinek 12 marca

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"