Byłam na Flyspot
Byłam, skorzystałam i.... wystarczy. Nastawiłam się na wielkie emocje, a były średnie. Wydaje mi się, że z dwóch powodów. Po pierwsze Energylandia dała mi potężny zastrzyk adrenaliny i trudno to przebić. Po drugie, lot we Flyspot trwał dwa razy po 1,5 minuty. Zanim zrozumiałam, o co w tym chodzi, już było po wszystkim. To był lot początkującego, więc z instruktorem, który pilnował (i słusznie), żebym sobie czegoś nie zrobiła. Gdybym mogła tam być sama, nawet kosztem siniaków, to miałabym większą frajdę. Poza tym widząc tych wszystkich młodych i szczuplutkich chłopców, którzy śmigali w tubie, jak frygi, też tak chciałam. A ja? Pilnowana przez instruktora, nie mogłam poszaleć. Do tego załatwiła mnie moja nerwica. Po pierwsze, tam jest mnóstwo ludzi, którzy się gapią, a gracją, to ja raczej nie grzeszę. Jeszcze tam nie weszłam, a już czułam wlepione na mnie oczy. Po drugie, byłam sama. Nie wiem czemu sobie kogoś nie wzięłam? Zwłaszcza, że kilka osób było już po pracy. Po trzeci...