Małe społeczności - plusy
Wiele osób ucieka z małych miejscowości do dużych miast, nie tylko z powodu braku pracy czy lepszych zarobków, ale też dlatego, że chcą się wyrwać ze świata, gdzie wszyscy się znają i każdy wie wszystko o każdym. O tym, że małe społeczności są hermetyczne, toksyczne, nieprzychylne zmianom i nowym mieszkańcom napisano już wiele, ale ja oczywiście napiszę o plusach, jakie wynikają z mieszkania na prowincji. Wiem, wiem, Jabłonna przylega do Warszawy i to raczej sypialnia stolicy niż mała wioska, ale i tu wielu ludzi mieszka od pokoleń i wszystko o sobie wie. Poza tym ja nie ograniczę się tylko do Jabłonny. A drugie poza tym, ja jeszcze pamiętam moją wieś, kiedy była zamieszkana w 90% przez ludzi, którzy się w niej urodzili.
Jakie są plusy mieszkania w małej miejscowości?
Jest ich bardzo dużo.
Sąsiedzi pilnują nie tylko swojego podwórka, ale zerkną też na dobytek sąsiada. Dzięki temu można zapobiec np. wielkim pożarom. To przypadek z autopsji.
Ludzie pożyczają sobie sprzęty, pomagają w robocie i to często bezinteresownie i tylko dlatego, że sąsiad potrzebuje. Gospodynie wymieniają się przepisami na ciasto i markami środków czystości do mycia okien, podłóg czy łazienki. Wiadomo, do kogo można się zgłosić po radę, po koparkę albo grabie. Kiedyś w mojej wsi, to jeszcze dotyczyło kwiatów ze szklarni, ogórków czy rzodkiewki. Często można dostać coś za darmo albo za przysłowiowe piwo. Istnieje też handel wymienny, ty mi dajesz skrzynkę pomidorów, a ja tobie skrzynkę dyni.
Kiedy idziesz przeprowadzić wykład do UIIIW większość ludzi Cię zna, więc panuje bardziej rodzinna atmosfera, niż podczas mówienia do osób zupełnie nieznanych.
Kiedy zakopie się autokar w piachu, miejscowi pomogą go wyciągnąć i jeszcze zadbają o żołądek podróżnych.( to też znam z autopsji).
W małych miejscowościach, gdy na festynach występują miejscowe zespoły lub soliści, to nie tylko człowiek puchnie z dumy, że swojak tak pięknie śpiewa lub tańczy, ale też kibicuje się wszystkim, żeby dobrze wypadli.
Przy organizacji zabaw, festynów czy uroczystości, biorą udział mieszkańcy. Chociażby opisana przeze mnie jakiś czas temu Sobótka. Ktoś ma kogoś w rodzinie lub wśród znajomych, kto może coś opowiedzieć, pokazać czy poczęstować wyrobem własnym. Albo go sprzedać. Są też inne aktywności, na przykład, organizacja śniadanka dla dzieci po roratach. Rodzice sami to organizują.
Zna się swojego sołtysa, radnego czy wójta. Nie są to ludzie tylko z plakatów i dużych wieców wyborczych. Są oni z konkretnej rodziny, mają konkretnych przyjaciół i znajomych. A niektórzy nawet ich pamiętają, jak latali z gilem do pasa i w umorusanych rajstopach.
Wszędzie jest blisko. Żeby spotkać się z przyjaciółmi nie trzeba jechać przez pół Warszawy metrem, można pójść pieszo lub pojechać na rowerze. Sklepy też są blisko i kościół i urzędy. A w czasie takich spacerów czy stania w kolejce do okienka na poczcie, można sobie pogadać o tym, jakie to dzisiaj są straszne czasy i jak ta Malinowska się wygłupiła na ostatnim spotkaniu Koła Emerytów.
Rodzice mniej więcej wiedzą, gdzie tułają się ich dzieci i w razie czego, mogą szybko je ściągnąć do domu. Ja zawsze byłam na Kortach:). Ale rodzice też wiedzą, z kim te dzieci się tułają, kim są ich rodzice i dziadkowie. Oczywiście młodym to się nie podoba, ale z perspektywy czasu uważam to za plus.
Dzisiaj na takich "miejskich" wsiach, jak moja już się raczej takich rzeczy nie spotyka, ale na takich wsiowych wsiach, często małe dzieciaki biegają po polach czy gospodarstwach, a za nimi ciągną psy. Wiadomo, od dzieci zawsze coś dostaną do jedzenia, a po drugie, te psy ich pilnują. I co najlepsze, nikt ich do tego nie szkoli. Chociaż ja miałam psa, który był takim tchórzem, że jak widział większego brytana od siebie, to się za mnie chował. No, ale ja byłam już wtedy nastolatką, a nie dzieckiem. Mogłam go obronić.
Zazwyczaj ludzie, jako jedną z największych wad małych społeczności, wymieniają, że wkurza ich, że wszyscy o wszystkim i wszystko wiedzą. Ale, że jesteśmy żądni wiedzy o celebrytach na pudelku, to już nikomu nie przeszkadza. A przecież, to jest to samo, tylko na miejscu. No i miejscowego celebrytę można, gdy za bardzo odleci, przywrócić do pionu. Oczywiście, nikt nie lubi, jak się o nim mówi. Ale tak szczerze, kto z nas tego nie robi? Spotykamy się w Biedrze i zaczyna się: a co u Kazika słychać? A Dorota, to się podobno rozwiodła? Zbychu jak był baranem, tak i jest, nic się nie zmienia. To jest normalne i ludzie. Ale nie, my byśmy chcieli wiedzieć wszystko o innych, ale o nas to lepiej niech nikt nic nie wie. No tak?
Ale dzięki takim nieformalnym znajomościom i informacjom możemy współczuć rodzinie w nieszczęściu, możemy pomóc, możemy też zniszczyć, ale ja tu o plusach piszę. Minusów macie wystarczająco na pierwszym lepszym portalu internetowym albo w gazecie.
No i w czasie ostatecznym czyli pogrzeb. Na pogrzeb przychodzi dużo ludzi. Może Wy na nie chodzicie, może w waszych rodzinach było ich mało, może nie macie takiego doświadczenia, jak ja. a ja byłam na wielu pogrzebach i wiem jedno. Nawet jeśli człowiek jest w żałobie i ma ochotę zamknąć się w domu i wyć ze smutku, to zawsze jest mu ciepło na sercu, kiedy przychodzi do kościoła dużo ludzi. To nie tylko wyraz szacunku czy współczucie, ale i więzi, jaką miało się ze zmarłym lub jego rodziną. A po pogrzebie, jak ważne są odwiedziny, nawet jeśli ich nie chcemy, one są ważne, one nas trzymają przy życiu. Wszelkie przejawy współczucia od znajomych w sklepie czy na ulicach, tak z czasem są męczące, ale z drugiej, bez nich było by gorzej. Kilka tygodni później się skończą i każdy wróci do swojego życia, a żałobnik pozostanie z uczuciem, że jest kochany i zaopiekowany.
I tym optymistycznym akcentem zakończę:)
.

Komentarze
Prześlij komentarz