Pochwała codzienności - nocna codzienność

 


W nocy z czwartku na piątek nie mogłam zasnąć. Nie, żebym się wtedy nudziła, ale wiecie, leżę, leżę i nic. Jeden bok, drugi bok, plecy, jeden bok, drugi bok, plecy. Było mi gorąco, bolało mnie kolano i bałam się otworzyć okno, żeby żaden komar mnie nie pogryzł. W końcu stwierdziłam, że dalej tak być nie może. Otworzyłam okna, żeby się przewietrzyło, wyszłam z pokoju i pokuśtykałam na taras na huśtawkę ogrodową, żeby się ochłodzić. I gdzie tu pochwała codzienności?

No już.

Usiadłam na tej huśtawce, odetchnęłam lżejszym powietrzem, wiatr owiewał mi twarz, a ja zamarłam w zachwycie. Zachwycie codzienności nocy.

Spojrzałam w niebo, zza chmur wyszło kilka gwiazd, a ja zastanowiłam się, kiedy ostatnio po prostu siedziałam i patrzyłam się w kosmos (oglądanie Star Treka się nie liczy). Nie znam się na konstelacjach, układach ani galaktykach, ale znam niebo nad moim domem. Chmury też były piękne, przypominały mi czoło…. Klingona (tak, znowu tłukę Star Treka, więc wszystko mi się z nim kojarzy). Ale one odeszły gnane wiatrem i mogłam spojrzeć w gwiazdy. Wielki Wóz, Mały Wóz, o kurcze radiowóz. Tak, w tym momencie zachwytu naprawdę przypomniał się ten stary suchar. Potem spojrzałam na Kasjopeję, która nie wiedzieć czemu zawsze mnie przyciągała. Może dlatego, że wygląda jak nieidealna litera „W”, a może dlatego, że letnią nocą mam ją zawsze nad głową? Westchnęłam i zastanowiłam się, kiedy ostatni raz miałam czas na gapienie się w gwiazdy. Zawsze, kiedy patrzę w niebo i widzę dwie gwiazdy blisko siebie, to wyobrażam sobie, że to jakiś wielki kosmita patrzy na ziemię. Że jesteśmy podglądani przez jakiś byt. I nie, nie denerwuje mnie ta myśl, uważam, że na pewno jacyś kosmici istnieją. Widziałam też poruszające się obiekty satelitarne i lecący samolot. I było mi dobrze, tak po prostu. Na oświetlonej ulicy mignęło jakieś zwierze, pewnie lis, trochę ich mieszka w Jabłonnie. Dziki też, ale te kulturalnie zaczęły przychodzić w dzień. I tak sobie siedziałam w tej ciszy nocnej i patrzyłam na podwórko. Zobaczyłam białego kota, który regularnie nas odwiedza. Położył się na betonie, a ja lekko klapnęłam klapkiem o taras. Kot natychmiast odwrócił się w moją stronę i zastygł w bezruchu. Klap, klap, powtórzyłam. Myślałam, że się przestraszy i ucieknie, ale on zaczął się do mnie skradać. Chciał sprawdzić, co to za odgłosy. Powiem Wam, że poczułam szacunek dla tego zwierzaka. W dzień jest bardziej płochliwy, ale nocą? Noc była jego. Przyszedł sprawdzić, czy to nie coś żywego na ząb mu się trafiło. Kiedy klasnęłam w dłonie, uciekł. Patrzyłam za nim i podziwiałam nocnego łowcę. Nie siedziałam długo, ale ta krótka chwila wystarczyła, żebym odpoczęła w nocnej codzienności. Wystarczyła, żebym zauważyła cuda tego świata, czy to na niebie, czy to na ziemi. Potem wróciłam do pokoju, zostawiłam otwarte okna, ponieważ stwierdziłam, że wolę być gryziona przez komary niż ugotowana na miękko. Nie, nie zasnęłam od razu, musiałam jeszcze wziąć długi, zimny prysznic, bo myślę, że zbliżałam się już do temperatury wrzenia. Dopiero, kiedy zrobiło mi się zimno, mogłam okryć się kołdrą i zapaść w sen. Ktoś by powiedział, że to była stracona noc. Nie była, wszystko było dobre i piękne. No może nie komar, który mnie gryzł, ale reszta owszem.

Warto czasami zatrzymać się na chwilę i zadumać nad codziennością.

 

Zdjęcie: noc w Jastarni

 

Podobne wpisy:

https://zprzymruzeniemoczu.blogspot.com/2021/08/pochwaa-codziennosci.html

https://zprzymruzeniemoczu.blogspot.com/2021/02/pochwaa-codziennosci.html

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cypr cz.1

W siłowni

Co tam słychać w Nowym Roku?