Strażnicy - odc.17

 

Dzień, jak co dzień

Jak wiadomo, zaginięcie czterech silnych Krajan nie było jedyną sprawą, którą prowadziła policja od spraw nadprzyrodzonych, a każdy kolejny dzień przynosił ich rozwiązanie lub dokładał nowych problemów.

Tego dnia Karol i Lena pojechali do zgłoszenia, które nie należało do najprostszych. W piwnicy starej kamienicy na Pradze Północ zamieszkał bazyliszek. Nikt nie wiedział kiedy się pojawił, za to dwa posągi z mieszkańców tego domu wstrząsnęły nie tylko mieszkańcami, ale i okolicą. Niestety ludzie są tylko ludźmi i ciekawość często wyprzedza rozum, więc zanim kapitan z partnerką przyjechał na miejsce, doszły jeszcze dwa posągi, u których w uniesionych rękach znajdowały się telefony.

- Głupki poszli robić zdjęcia – parsknęła Lena – oczywiście, bo to przecież ciekawe i od razu nabiłoby im lajków i dodało obserwatorów w mediach społecznościowych.

- Internet pozbawia nas mózgów – skwitował Karol. Oczywiście oglądali te ludzki posągi z daleka. Nie zaryzykowali wejścia do piwnicy. Bazyliszek na pewno tam był. A z relacji świadków, ta pechowa dwójka przemieniła się w kamień zaledwie dwadzieścia minut przed ich przyjazdem. Ludzie powiedzieli im jeszcze, że do tej piwnicy zeszło więcej ciekawskich, ale zdążyli uciec. Nie spojrzeli w oczy gadzinie.

Karol wyjął telefon i zaczął szukać informacji o bazyliszkach. Lena zrobiła to samo.

- Można zabić go dzięki lusterku. Gad spojrzy sobie w oczy i skamienieje – powiedział Karol

- To najmniejszy problem, gorzej z tymi ludzkimi posągami – odparła Lena.

- Zadzwonię do Róży, może ona ma jakiś pomysł.

- Przecież mamy rozwiązanie problemu – dziwiła się Lena.

- Niby tak, ale czy powinniśmy zabijać bazyliszka? – Karol wystukał numer do Strażniczki. Odebrała, więc przedstawił jej sprawę.

- Zabijcie go i to jak najszybciej – powiedziała – macie lustro? Albo koguta?

- Koguta? – zdziwił się Karol.

- Jedną z metod zabicia bazyliszka jest pianie koguta, ale trudno takiego zmusić żeby piał na zwołanie.

- Lustro zaraz skołuję. Ale co potem? Co z tymi ludźmi zamienionymi w kamień.

- Powinnam coś na to poradzić. Najpierw załatwcie potwora, ja niedługo przyjadę. Może mi pan podać adres?

Karol podał jej adres, a potem podszedł do grupy mieszkańców stojących przed kamienicą.

- Mogą mi państwo pożyczyć duże lustro?

- Jakieś się znajdzie – powiedział starszy mężczyzna i zwrócił się do młodego chłopaka – Antek leć no szybko na górę i przynieś z Kacprem lustro z przedpokoju.

Chłopakowi nie trzeba był dwa razy powtarzać.

- No tak – odezwał się starszy mężczyzna do Karola – bazyliszka trza podejść lustrem. A kto pójdzie?

Rozejrzał się. Karol też się rozejrzał i wyszło na to, że nikt już nie kwapił się schodzić do piwnicy. Wiedział, że to na nim spocznie ta odpowiedzialność.

- BOHATER w mordę jeża – powiedział pod nosem, a głośno dodał – oczywiście, że ja pójdę. Jestem tu po to, żeby państwa chronić.

Wziął od młodych chłopaków spore lustro w misternie rzeźbionych ramach. Spojrzał na starszego pana i powiedział.

- A jak je zbiję? Widać, że to zabytek.

- Wolę zbite lustro niż sztywność w ciele – powiedział z uśmiechem starszy pan.

Karol zszedł do piwnicy. Lustro trzymał przed sobą tak, żeby zasłaniać twarz. Jak potem analizował całą sytuację, to najtrudniej było mu zapanować nad ciekawością. Bardzo chciał zobaczyć, jak ten bazyliszek wygląda. Ta ciekawość była tak silna, że o mały włos a opuściłby lustro poniżej twarzy. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że nie może dać się jej zwyciężyć, bo skamienieje. Usłyszał szelest i kątem oka zauważył ze swojej prawej strony ruch. Szybko obrócił się w tę stronę, ale bazyliszek umknął. Może wiedział, że lustro jest dla niego śmiertelne, a może chciał wciągnąć Karola w ciemniejszą część piwnicy. Policjant ruszył za nim. Szedł szybko i przez to nadepnął bazyliszkowi na ogon. Ten poderwał się z krzykiem i obrócił w stronę lustra. Spojrzał sobie w oczy i szybko skamieniał. Karol odczekał jeszcze chwilę, ale nic się nie poruszyło. Zastanawiał się czy może nie ma tu drugiego stwora. Ale z tego co zapamiętał, to bazyliszki występowały pojedynczo. Podstawił lustro i spojrzał na kamienny posąg. Stwór był już cały biały, także Karol nie dowiedział się, jakie mógł mieć wcześniej kolory. Był wysoki na mniej więcej pół metra. Ptasia głowa zastygła z otwartą paszczą, w która była naszpikowana dwoma rzędami ostrych zębów. Oczy bazyliszka były wybałuszone i ogromne. Skrzydła rozpostarł, jak do lotu, a ogon miał zwinięty pod brzuchem. Karol dla pewności wziął w do ręki walającą się w korytarzu cegłę i uderzył nią skamieniałego potwora. Ten rozpadł się w drobny mak. Potem ruszył do wyjścia. Wyszedł na światło słoneczne, gdzie przywitały go wiwaty i oklaski. Oddał zabytkowe lustro w ręce młodych chłopaków, którzy szybko znikli w drzwiach kamienicy.

- Ubił pan stwora? – zapytał starszy pan.

- Tak. I robiłem na kawałki.

W tym samym momencie, kiedy on opowiadał ludziom, co się działo w piwnicy przyjechała Róża.

- Dzień dobry – przywitała się – gdzie skamieniali ludzie?

Karol i Lena zaprowadzili Strażniczkę do piwnicy. Ta dotknęła każdego z czterech posągów i uśmiechnęła się.

- Mają jeszcze w sobie życie. Dam radę cofnąć to, co narobił bazyliszek.

Włożyła w rękę każdego posągu czerwony kamień. Potem polała je jakimś olejkiem. W wyniku tego zabiegu kamienie zaczęły świecić i czuć było od nich bijące ciepło. Ciepło to przenikało zimny kamień i po chwili na oczach wszystkich z przemienionych w posągi ludzi zaczął odpadać kamień. W środku znajdowali się żywi ludzie. Byli osłabieni i od razu poupadali na podłogę, ale Róża uspokoiła wszystkich.

- Nic im nie będzie. Proszę im tylko przynieść wody – po czym zabrała z ich rąk kamienie i schowała do woreczka.

- Dziękujemy pani za pomoc – odezwała się Lena do Róży.

- Nie ma za co. Sporządzę dla państwa podobne kamienie i olejek. W razie gdyby coś takiego się jeszcze powtórzyło, nie będą musieli mnie państwo wzywać.

Róża spojrzała na Karola.

- Bał się pan? – zapytała.

- Wie pani, że nie za bardzo? Raczej walczyłem z pokusą czy by nie spojrzeć na bazyliszka.

- On mieszał panu w głowie. Ale że twardy z pana policjant, to nie dał panu rady – zaśmiała się Strażniczka. Lena jej zawtórowała. Za to Karol czuł się dziwnie.

- Rozumiem, że to co zrobiłem i że się nie bałem i pokonałem bazyliszka łączy się z byciem bohaterem?

- BOHATEREM – poprawiła Róża – tak, normalny człowiek by się bał. A pan się skupił na pokusie. Ale to dobrze, to bardzo dobrze. Uratował pan wielu ludzi.

- Nie ma o czym mówić, taka moja rola.

- Bohater i do tego skromny, laski będą do ciebie lecieć, jak muchy – śmiała się Lena, a Karol tylko spojrzał na nią z wyrzutem. Kiedy Lena się wyśmiała zapytała Róży.

- Taki bazyliszek, to skąd się bierze.

- Z jaja zniesionego przez koguta – powiedziała Róża – to tak w skrócie i w legendach. A tak na serio, to gatunek gada, który lubi mieszkać w piwnicach i tam polować na myszy i szczury. Gdyby nie to, że jego wzrok zabija, można było by go trzymać jako domowe zwierzątko. Bazyliszki są samotnikami, więc jest ich mało, ale raz na jakiś czas pojawia się ich więcej, gdy jakiś samiec i samica na siebie przez przypadek wpadają. Ten musiał się tutaj wykluć, te stwory raczej nie przemieszczają się na jakieś wielkie odległości. Jego rodzice pewnie się już rozstali i poszli w swoją stronę. Dorosłe i doświadczone bazyliszki raczej nie wchodzą ludziom w drogę. Ale każdego, jak się spotka trzeba zabić.

- Sugeruje pani, że w Warszawie żyją sobie bazyliszki, a my nic o nich nie wiemy? – zapytał Karol.

- Tak. I to od bardzo dawna. Myślę, że w tej waszej legendzie było dużo prawdy. Pewnie tamten bazyliszek też był głodny i młody i dlatego podszedł blisko ludzi.

- Myśli pani, że on nie przyszedł z Baśniowej Krainy? – zapytała Lena.

- Nie. One od zawsze tu mieszkały. Tylko, jak mówię, dojrzałe osobniki nie pokazują się ludziom na oczy.

- Już nigdy więcej nie zejdę do piwnicy – obiecała sobie Lena.

- Da się z nimi jakoś dogadać? – zapytał Karol.

- Nie, to są zwierzęta, gady. A pani, pani Leno niech się tak nie denerwuje. One często mieszkają w opuszczonych domostwach, kanałach. Gdzieś, gdzie jest dużo jedzenia, ale niekoniecznie ludzi.

Lena uspokoiła się trochę, ale dodała.

- Proszę nam szybko zrobić ten specyfik i te kamienie.

- Znając życie Lena weźmie je sobie do domu – zaśmiał się Karol. Tym razem to jego koleżanka była zirytowana żartami.

 

Efekty pracy Krajan na stole u komendanta

Marek Odolaniec patrzył i nie wierzył własnym oczom. Honorata zamiast wydrukować informacje, które znalazła w komputerze, przepisała je i przerysowała wszystkie ikonki oraz rysunki, łącznie z reklamami, które na tych stronach się pojawiły. Uczciwie jednak przyznał, że miała talent i wiernie oddała każdy szczegół. Kiedy zapytał się jej, czy nie mogła tego po prostu skopiować i wydrukować zauważył, że w ogóle nie wie, o czym on do niej mówi. Dziewczyna była tak ludzka, że zupełnie zapomniał, że jest Krajanką i ma ograniczone zdolności w sprawach elektroniki. Karol wcześniej już mu mówił, że ona coś tam umie, bo jest z klanu wilkołaków, które przez wieki ocierały się o nasz świat, ale okazało się, że nie jest tego wiele.

- Czy gdyby, ktoś ci pokazał, jak to zrobić, to byś się nauczyła? – zapytał się jej.

- Czy coś źle zrobiłam? – odparła pytaniem.

- Nie, zrobiłaś bardzo dobrą robotę, znalazłaś to co chcieliśmy znaleźć, tylko że straciłaś czas na przepisywanie i przerysowywanie, a mogłaś całą sprawę załatwić w kilkanaście minut.

- Nie umiem wielu rzeczy – bąknęła zawstydzona.

- Niech ci nie będzie głupio, dziewczyno – powiedział do niej – ty nie znasz się do końca na komputerach i innych urządzeniach, a my stąpamy po omacku  w świecie Baśniowej Krainy. My się uczymy od was, a ty możesz się czegoś od nas nauczyć.

- Jeśli ktoś mi pokaże to, o czym pan mówi, a potem poćwiczę, to powinnam się nauczyć. Na wszelki wypadek nawet mogę to sobie zapisać.

- Dobrze Honorato, powiem komuś żeby cię nauczył.

Potem spojrzał na Damiana. Miał minę kota, który wypił miskę mleka. Uśmiechnięty od ucha do ucha, zadowolony i gotowy na pochwałę. Z tym, że raczej zasłużył na porządną burę. Przed Markiem Odolańcem leżały trzy zapisane drobnym pismem sprawozdania. Na każdej z nich znajdowały się odciski palców z krwi. Damian przyniósł również dwa złote zęby, trzy kastety, jeden pistolet oraz nóż. Natomiast w lochach siedziało piętnastu pracowników i kilku właścicieli klubów, które Damian odwiedził. Tygrosołak zauważył, że jednak pochwały nie będzie, więc się zapytał.

- Czy zrobiłem coś nie tak?

- Sam nie wiem od czego zacząć – powiedział komendant.

- Nikogo nie zabiłem.

- Wiem, ale nie powinieneś ich też bić.

- Tego pan mi nie mówił – bronił się Damian – ale w zasadach postępowania było napisane, że jeżeli podejrzany stawia opór, to można wobec niego użyć siły. Nie miałem pistoletu, żeby ich postraszyć, więc musiały mi wystarczyć ręce.

Kotołak był potężnym mężczyzną z potężnymi i wielkimi łapami. Komendant współczuł tym, którym spuścił łomot.

- Po pierwsze miałeś się tylko pytać. Po drugie, ci ludzie nie byli podejrzani o żadne przestępstwo. Po trzecie – komendant odetchnął – opowiedz jak to było.

- Wszedłem do pierwszego klubu z listy i od razu poprosiłem o spotkanie z właścicielem. Na to pracownicy zaczęli mnie pytać, po co chcę się widzieć z właścicielem. Odparłem, że jestem z policji i muszę z nim porozmawiać. Na co oni zaczęli się śmiać i nie przestawali nawet, kiedy pokazałem odznakę. Wtedy ostrzegłem ich, że jak nie będą współpracować, to użyję siły. Na co oni odparli – i co nam zrobisz kiciu.

- I pewnie palnąłeś tego człowieka w łeb – przerwał mu komendant.

- Nie, chociaż chciałem, bo nie jestem kiciusiem – warknął Damian – podniosłem go za kołnierz i oparłem o ścianę. Chciałem jeszcze raz zapytać o szefa, ale jego koledzy rzucili się na mnie. Więc ich spacyfikowałem i zamknąłem do paki pod zarzutami napaści na funkcjonariusza.

- A w innych miejscach?

- Było podobnie, nikt mnie nie wziął na poważnie – oburzył się Damian – ale kiedy wsadziłem ich wszystkich do lochu, to od razu zaczęli śpiewać, że oni nic nie wiedzą, że nie było u nich żadnych wilkołaków, ani smoka, ani berserka. Że nie oni prowadzą zawody dla Krajan. Chociaż oni użyli wobec nas słowa – potwory.

- Dobrze. A ta broń?

- Próbowali mnie powstrzymać, więc im ją zabrałem. Nikogo nie zabiłem – dodał na koniec.

Marek Odolaniec przez chwilę siedział  ciszy i zastanawiał się, co ma teraz z tym bałaganem zrobić. Miał w lochu ludzi, którzy prowadzili swoje firmy, ludzi, którzy pewnie mieli kontakt ze światem przestępczym, ale do dziś nikt o niczym nie wiedział. Co on miał z nimi zrobić? Co miał zrobić z tygrysołakiem? Normalny policjant gdyby tak nabałaganił dostałby odprawę w trybie natychmiastowym, ale na tym komisariacie nikt nie był normalny, nawet ludzie, którzy tu pracowali. Komendant uznał, że to był jego błąd, nie powinien puszczać Damiana samego. Odezwał się w końcu do niego.

- Jesteś młody i musisz się jeszcze wiele nauczyć. Dlatego przydzielę ci człowieka, który będzie ci towarzyszył.

- Byłem w szkole wzorowy – odparł Damian.

- Wiem, ale szkoła szkołą, a życie życiem. Rozumiesz?

Damian zrozumiał.

- Będę miał kłopoty? – zapytał ze skruchą.

- Nie. Tym razem ci się upiecze.

Pożegnał Honoratę i Damiana, ale nie ruszył ich notatek tylko wstał i poszedł do lochu. Przywitały go oburzone głosy osadzonych.

- Nie ujdzie wam to na sucho – pieklił się jeden z właścicieli klubu sportowego.

- Zatrzymanie było bezprawne – powiedział ktoś inny.

- Dobrze, dobrze – odezwał się Marek Odolaniec – powiem wam, jak będzie. Ja was wypuszczę, a wy pójdziecie do swoich spraw. Nie napiszecie ani skargi ani nie pozwiecie nikogo do sądu. A wiecie dlaczego?

- Ciekawe – parsknął ktoś

– Bo po pierwsze, nie posłuchaliście policjanta, kiedy grzecznie prosił. Po drugie, stawialiście opór.

- A widział pan, co zrobił z naszymi ludźmi?! – wykrzyknął inny właściciel kolejnego klubu. Osadzenie zgodnie mu przytaknęli.

- Trupów nie widzę, nikt nie ma nic złamanego, dostaliście od niego kilka klapsów.

- Bardzo śmieszne – burknął facet z obitą twarzą.

- Nie będziecie na nas skarżyć – ciągnął komendant – ponieważ w czasie waszej ożywionej dyskusji z tygrysołakiem ten zarekwirował wam sporo broni, na którą nie macie pozwolenia. Sprawdziłem to. Myślę również, że gdybym chciał bardziej pogrzebać, to mógłbym znaleźć coś, czego nie chcecie żebym znalazł. A wiedzcie, że nie tylko tygrysołak dla mnie pracuje, ale i córka wilkołaka, która jest naprawdę dobra w tropieniu niezgodności w papierach. Jest bardzo szczegółowa i ma czas – zamilkł na chwilę, po czym zapytał – to jak będzie?

- Wypuść nas pan i daj nam spokój – powiedział jeden z osadzonych.

Wyszli szybko rozglądając się, czy czasem gdzieś nie ma Damiana. A ten wyrósł przed nimi, jak góra i uśmiechnął się do nich promiennie, ukazując swoje zęby.

- A widzicie? Jak się współpracuje, to się wszystko układa, jak trzeba.

Uciekli.

Marek Odolaniec wiedział, że Damian nie starał się wyglądać na groźnego, on był groźny. Ale chyba w ogóle nie zdawał sobie z tego sprawy, że ludzie się go boją, nawet takie zakapiory, jak te z klubów bokserskich i MMA.

 

Tymon i Konstanty walczą o przydział w NOZ

Strażnicy dostali dresy, kamizelki kuloodporne, dwa pistolety i duży nóż. To miało być ich wyposażenie na czas próby. Wcześniej rozmawiali o tym sposobie selekcji i wydał im się dosyć dziwny. Myśleli raczej, że jak ktoś się chce zaciągnąć do prywatnego wojska, to musi przejść testy psychologiczne, sprawnościowe i pojechać na obóz przetrwania, a dopiero potem dowiadywał się, czy dostał się do oddziału czy nie. Ostatecznie doszli do wniosku, że tak brutalna rekrutacja mogła dotyczyć tylko Krajan, albo że zarząd NOZ- był już tak zainfekowany pomorczniakami, że nie wiedzieli, co robią. I że to było bardzo złe.

- Gotowy? – Zapytał Tymon Konstantego.

- Tak.

- Tylko nikogo nie zabij.

- Dobrze.

Weszli do hali, która była przekształcona w wielki tor przeszkód, była tam symulacja walki w mieście, na pustyni i w dżungli.

Z głośnika dobiegł ich głos wielkiego łysola.

- Jesteście gotowi?

- Tak – odparli.

- Wchodzicie pojedynczo – zaznaczył mężczyzna – jeden teraz, a drugi za dziesięć minut.

- Dobrze – odpowiedział mu Tymon – chcesz iść pierwszy?

- Niekoniecznie. Idź ty.

- No to idę.

Tymon wszedł za linię startu. Pierwsza symulacja była w mieście. Ledwie wszedł tam wszedł, a już wokół głowy świstały mu kule. Omijał je obojętnie, tak jakby w ogóle ich nie zauważał. W rzeczywistości był po prostu bardzo szybki i uchylał się przed tymi, które na niego leciały. I nie miało to znaczenia, czy było to z przodu czy z tyłu. Czasami musiał zrobić obrót, czasami przykucnąć, ale generalnie szedł naprzód. Dodatkowo wyskakiwali na niego zamaskowani „wrogowie”, których powalał jednym ciosem na ziemię. Nie pofatygował się nawet, żeby wyciągnąć broń.

Wielkolud siedział ponad halą i nie wierzył własnym oczom. W głowie mu się nie mieściło, że w ogóle coś takiego jest możliwe. Zadzwonił po wspólników i kazał im jak najszybciej zjawić się w ich głównej siedzibie. Jeśli szukali idealnego wojownika, to ten pierwszy na pewno był spełnieniem ich marzeń. Chociaż czekała go jeszcze przeprawa w dżungli i na piaskach. Tymczasem drugi kandydat rozpoczął swój egzamin i co jeszcze bardziej zaskoczyło wielkoluda, był równie szybki i równie obojętny na ostrzał. Do pomieszczenia wszedł chudy wspólnik oraz kobieta. Skinęli sobie głowami i obserwowali Strażników w akcji.

Tymczasem Tymon wszedł do dżungli i od razu rzucił się na niego jakiś jadowity wąż. Tymon złapał go za ogon i odrzucił spory kawałek od siebie. Usłyszał krzyk, to pewnie jeden z ukrytych „wrogów” dostał wężem. Tymon ruszył w jego stronę. I odkrył, że facet został ugryziony, a wąż już znikł w krzakach. Tymon skupił się, żeby odciąć wszystkich od tego, co się dzieje.

- Co się stało? – zapytał Konstantyn, walcząc w mieście.

- Wąż ukąsił jednego z najemników, muszę mu pomóc.

- Byle szybko, bo cię zaraz dogonię.

Tymon nie miał przy sobie żadnych ziół, ale rozejrzał się po otoczeniu. Dżungla była zrobiona z prawdziwych roślin, żadnych atrap. Szybko znalazł kilka kwiatów i utarł je w dłoniach. Potem złapał kostkę człowieka w konwulsjach i przytknął papkę do nogi. Drugą część władował człowiekowi w usta, zmuszając do przełknięcia. Facet po chwili się uspokoił i zasnął.

- Masz szczęście człowieku, że twoi pracodawcy zadbali o realizm miejsca. Inaczej byłbyś trup.

Tymon przestał się skupiać i ruszył dalej walczyć.

Trójka siedzących ponad halą ludzi, w ogóle nie zwróciła uwagi na to, że gdzieś zgubili minutę czy dwie. Widzieli przedzierającego się przez krzaki Tymona i Konstantego pokonującego ostatnich „wrogów” z miasta. Tymczasem pierwszy strażnik napotkał kilku uzbrojonych w maczety mężczyzn. Westchnął.

- No to do roboty panowie – i bardzo szybko ich obezwładnił. Nie wiedzieli nawet kiedy zostali pozbawieni broni oraz kiedy wylądowali na ziemi. Ale nie mogli się nad tym za bardzo zastanawiać, gdyż wszystko ich bolało. Po dżungli pojawiły się piaski pustyni i od razu wyskoczyło na Tymona pięciu uzbrojonych w pistolety mężczyzn, ukrytych w dołkach. Dwóm udało się nawet oddać strzały, ale nie mieli szans z Tymonem, który w błyskawiczny sposób ich obezwładnił. Wyszedł z próby bez szwanku. Zobaczył drzwi i po prostu przez nie wszedł. Była to szatnia, w której leżały jego i Konstantego rzeczy. Ten dołączył do niego po kilkunastu minutach.

- Panowie – powiedział łysy wielkolud – zapraszam do biura.

Drzwi się otworzyły i zobaczyli jakaś kobietę, która powiedziała im, żeby szli za nią. Plątaniną korytarzy zaprowadziła ich do dużego pokoju. Pod oknem stały trzy duże biurka, były zawalone papierami i na każdym stał nowoczesny komputer. Przed biurkami znajdowały się krzesła, a pod ścianami fotele.

Na krzesłach siedziało troje ludzi. Wielkolud, chudy i żylasty, oraz kobieta.

Wielkolud wstał i wyciągnął do nich rękę. Uścisnęli ją.

Tymon zauważył, że wokół wielkoluda i chudego zbierają się ciemne chmury, za to kobieta była czysta. Jeszcze – dodał w myślach.

- Nazywam się Sławomir Kruk, a to moi współpracownicy Paweł Minc oraz Teresa Karbowska. Jesteśmy właścicielami firmy NOZ i witamy serdecznie w naszych szeregach.

Tymon i Konstanty przedstawili się również i podziękowali za przyjęcie.

- Nigdy nie spotkaliśmy takich umiejętności – powiedział chudy Paweł Minc – ta szybkość, gracja, kim wy jesteście?

- Jak mówiliśmy pana koledze, jesteśmy wojownikami – powiedział Konstanty – szukamy w tym świecie dla siebie miejsca.

- Dlaczego nie zabiliście wrogów? – zapytał nagle Sławomir Kruk. Słyszeli w jego głosie, że był tym zawiedzony.

- Nie stanowili dla nas zagrożenia – odparł Tymon – nie zabijamy kogo popadnie. Poza tym, to była próba, czyż nie?

- No tak, ale walka miała być na śmierć i życie.

-Myśleliśmy, że tylko dla nas – dodał Konstanty – nie wiedzieliśmy, że podstawiliście nam ludzi, których chcieliście się pozbyć.

Wielkolud poczerwieniał ze złości.

- Nikt nie chciał się nikogo pozbywać. Nasi ludzie wiedzą, że zawsze walczą na śmierć i życie.

- Uspokój się – usłyszeli cichy głos kobiety. Wielkolud od razu jej posłuchał. Kobieta spojrzała na Tymona i na Konstantego.

- Panowie, rzeczywiście w naszej pracy panują surowe zasady, ale dobrze zrobiliście nie zabijając tych ludzi. Zastanawia mnie jednak to, czy to wy byliście tak dobrzy, czy oni słabi. Bo jeśli byli słabi, to nie nadają się do NOZ-u.

- Wasi ludzie byli dobrzy. Po prostu nie spotkała pani jeszcze prawdziwych wojowników z Baśniowej Krainy – Tymon uśmiechnął się do niej tak, że aż Teresie zmiękły kolana. Konstanty o mało nie parsknął śmiechem, widząc Tymona czarującego kobietę.

- Acha – odparła, po czym odchrząknęła nerwowo – dobrze. Zatem witamy w naszej drużynie. I myślę, że będę miała dla panów pierwsze zadanie.

Sławomir Kruk i Paweł Minc spojrzeli na nią nic nie rozumiejąc.

- Na razie proszę wracać do swoich spraw. Zadzwonimy do panów, kiedy będziemy was potrzebować.

Strażnicy ukłonili się szarmancko i wyszli.

Kiedy byli na zewnątrz zaczęli wymieniać się przemyśleniami.

- Dobra, mamy całą trójkę. Z facetów dymi się, jak z komina, ale babeczka jest wolna od zarazy. Co robimy? – pytał Konstanty.

- Myślę, że teraz złożę prywatną wizytę tej kobiecie i poważnie z nią porozmawiam.

- A to zlecenie? Jeśli to by miało nas zaprowadzić do zaginionych Krajan? To co robimy?

- Myślę, że naszym groźnym Krajanom na razie nic nie grozi, a sprawa pomorczniaków jest raczej paląca. To nie są byle jacy kolesie spod podwórkowego sklepu. Ci faceci zarządzają wielką wojskową firmą. I nie wiem czy zauważyłeś, ale posyłają bez zastanowienia na śmierć swoich ludzi. To nie jest normalne.

- Masz rację.

- Zadzwonię po kilku naszych i poproszę żeby mieli oko na tych facetów. Ty też możesz.

- Dobrze – Konstanty uśmiechnął się od ucha do ucha – a sam zostawiasz dla siebie panienkę, no no, fiu fiu.

- Nie bądź zazdrosny, masz żonę – zaśmiał się Tymon.

- A ty w końcu się ustatkujesz. Gratuluję.

- Palant z ciebie bracie – odparł Tymon i wsiadł do swojego samochodu.


Po Świętach Wielkanocnych

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"