Strażnicy - odc. 13
W ciemności
Około północy w starej gazowni na Woli, coś się poruszyło. Mały
cień przebiegł przez pustą halę i wyskoczył przez dziurę w oknie na zewnątrz.
Istota stanęła w wysokiej trawie i głośno wciągnęła powietrze nosem. Potem
uśmiechnęła się paskudnie i zachichotała.
- Braciszkowie idę do was. Będziemy się razem świetnie bawić.
I wybiegł na ulicę, wprost pod samochód. Kierowca poczuł, że coś mu się przetoczyło pod kołami i
powiedział przez zęby.
- No i po kocie.
Mała istota skończyła swój krótki pobyt wśród ludzi, jako mokra
plama na jezdni. W normalnych warunkach, może i by udało jej się ożyć na nowo,
ale na ruchliwej ulicy, raz po raz ktoś po niej przejeżdżał, aż było za późno,
żeby powstać na nowo.
Karol i Lili w paszczach
wilków
Kapitan mocno się zdziwił, widząc Lili wfruwającą bez żadnej
obstawy na komisariat.
- Nikt cię nie odprowadził? – zapytał zdziwiony.
Lili bzyknęła kilka razy i wyciągnęła procę.
- Widzę, że jesteś odważna
i uzbrojona.
Elficzka puchła z dumy, a Karol napisał sms do Róży.
„Czy pani wie, że Lili przyleciała do mnie sama?”
Po chwili dostał odpowiedź.
„Tak. Postanowiła być samodzielna i pokazać nam, że nie jest
bezbronna, więc nauczyła się posługiwać procą. Później panu opowiem, jak
trzebiła populacje wron i gołębi na moim podwórku. Na moje propozycję
odprowadzenia jej na komisariat, po prostu prychnęła i poleciała bez pożegnania.
Skoro dotarła, to znaczy, że albo ma wielkie szczęście, albo mamy do czynienia
z pierwszą w historii wojowniczą elficzką. Powodzenia.”
Nie pozostało mu nic innego, jak zabrać Lili do radiowozu i ruszyć
na niechciane spotkanie. Mała kobietka stała na desce rozdzielczej i
przyciskała twarz do szyby. Co jakiś czas podskakiwała z emocji i bzyczała
wesoło podekscytowana jazdą samochodem. Karol rozumiał połowę z tego, co
mówiła. Przez te kilka tygodni współpracy nauczył się rozróżniać poszczególne
dźwięki i umiał się już z nią jako tako dogadać. Okazało się, że Elfiki nie
bzyczą bez sensu, jak komary, tylko posługują się własnym językiem, złożonym z
dziesiątków dźwięków i mowy ciała, tylko należało uważnie ich słuchać i patrzeć
na ruchy. Strażniczka mu to opowiedziała i dzięki temu łatwiej było mu
rozmawiać z malutką policjantką.
Oderwał się od miłych myśli i skupił na zadaniu. Dojechał już do
Wilanowa i znalazł ulicę, przy której mieszkał klan wilkołaków. Wjechał na
ogromną posesję, na której stała nowoczesna willa z basenem. Była otoczona drzewami iglastymi, które ukrywały
ją przed wzrokiem ciekawskich. Podjechał pod dom, zaparkował w miejscu
przeznaczonym dla gości i wysiadł z radiowozu. Poprawił mundur i czapkę, Lili
zrobiła to samo, co go lekko rozbawiło.
- No to raz kozie śmierć – powiedział i podszedł do drzwi. Zanim
jednak zapukał, te otworzyły się i stanął przed nimi wysoki, owłosiony niczym
małpa jegomość.
- Cóżeś nigdy służącego nie widział, glino? – powiedział lekko
sepleniąc.
Kapitan nic nie odpowiedział, ale Lili podleciała do dziwnego
człowieka i pogroziła mu palcem. Ten wzruszył ramionami i wpuścił ich do
środka.
Hol był olbrzymi i kończył się schodami prowadzącymi na piętro.
Wszędzie poustawiane były wygodne kanapy, a w doniczkach rosły kolejne iglaste
krzewy. Po chwili usłyszał kroki, a włosy stanęły mu dęba. Nie miał
wątpliwości, że zaraz spotka się z wilkołakiem.
- Witam pana policjanta – powiedział Wreg i wyciągnął wielką rękę.
Karol uścisnął ją i z ulgą stwierdził, że wszystkie palce ma całe. Zaraz za
wilkołakiem pojawiła się niska i grubsza kobieta o nieładnej twarzy, ale
ciepłym uśmiechu.
- Tylko niech pan nie patrzy zbyt długo na moją żonę – warknął do
niego Wreg.
- Nie będę patrzył – powiedział szybko Karol, a kobieta roześmiała
się perlistym śmiechem.
- Kochanie, nie strasz pana – podeszła do policjanta i wyciągnęła
rękę – księżna Kornelia von Nabab z klanu Srebrna Tarcza - a potem poprowadziła go schodami na piętro – proszę
się nie przejmować, mój mąż już taki jest. Myśli, że ktoś się skusi na starą
kobietę.
- Nie jesteś stara – burknął wilkołak – a on niech się nie gapi.
- Nie będę się gapił – ponownie obiecał Karol.
- Na moje córki, też nie – rozkazywał dalej Wreg.
- Nawet nie mam zamiaru…
- Kochanie, sam zaprosiłeś kapitana do naszego domu, więc zachowuj
się, jak na gospodarza przystało.
- Przepraszam – burczał wilkołak – jestem bardzo terytorialny i
jak inny samiec, nienależący do klanu, wchodzi na moje włości, to tak właśnie
się zachowuję. Proszę się mną nie przejmować.
Łatwo było powiedzieć, gorzej zrobić – pomyślał Karol.
Wilkołak zauważył Lili.
- O proszę, przyjaciółka Róży przyszła nam na pomoc – parsknął.
Elficzka bzyknęła coś ze złością.
- Co ty nie powiesz? Jesteś funkcjonariuszką policji?
Przytaknęła.
- Dają tam różowe mundury?
- Sama go sobie uszyła – wtrącił się Karol – ale ona mówi prawdę,
pracuje dla nas, a komendant osobiście odebrał od niej przysięgę.
Wreg podniósł otwartą dłoń, Lili stanęła na niej i dumnie patrzyła
mu w oczy.
- A potem pewnie wszystko wypaplesz Róży, co?
Elficzka potaknęła głową.
- To dobrze, to bardzo dobrze – ucieszył się nie wiadomo czemu
wilkołak i czuć było, że dziwne napięcie grozy i niebezpieczeństwa maleje.
Karol w końcu odetchnął. W pokoju młodego wilkołaka zastali trzy młode dziewczyny
w wieku od 16 do 20 lat. Wszystkie były piękne i na pewno nie odziedziczyły
figury po matce. Były filigranowe i drobne. Karol musiał mocno się starać, żeby
się nie gapić. Ale Wreg przestał się nim interesować, rozmawiał o czymś z
elficzką, co było dla Karola dziwne, bo nie sądził, że drapieżnik może chcieć
dogadywać się z nic nie znaczącą kruszyną.
- Myślę, że mała funkcjonariusz może wlecieć w każdy kąt pokoju
państwa syna – powiedział Karol, po czym szybko dodał – o ile pan pozwoli.
- Pozwolę – zgodził się Wreg – a jedna z moich córek może pomóc
przy komputerze syna. Ja nie za bardzo się na tym znam, ledwo nauczyłem się
obsługiwać telefon komórkowy- wyjął sporej wielkości prostokąt – a i tak robili
mi go na zamówienie, żebym wiedział, co i kiedy naciskać.
- Róża mówiła mi, że baśniowe stwory mają problem z elektroniką,
więc czemu pański syn i córki nie? – zapytał Karol.
- Ja też bym nie miał z tym problemu, gdybym nie był stary, mam dziewięćdziesiąt lat i trudno mi się czegoś
nowego nauczyć – zaśmiał się Wreg. Karol był zaskoczony, a potem stwierdził, że
nie powinien. Strażnicy też wyglądali młodo. Sam wilkołak mógłby spokojnie
uchodzić za czterdziestolatka, ale jego żona najwidoczniej była człowiekiem, bo
widać było, że dobiega sześćdziesiątki. Postanowił się nad tym dłużej nie
zastanawiać.
- Za to moje dzieci – kontynuował wilkołak – są młode, chłoną
wiedzę, jak gąbka. Poza tym wilkołaki przez wieki obcowały z ludźmi z tego
świata, nie mogliśmy być zacofani. Róża na pewno o nas mówiła.
- No dobrze, a czemu królowie z Baśniowej Krainy tego nie
potrafią, przecież też stoją wysoko w drabinie społecznej Krajan.
Wreg machnął ręką.
- Ale są bardziej bajkowi niż my, nie lubią zmian, nie lubią się
uczyć.
- Czyli niektórzy Krajanie potrafią opanować elektronikę?
- Tylko ci, którzy od wieków mieli do czynienia z ludźmi. My,
smoki – ale tylko czarne i bagienne, no i może kotołaki.
- Rusałki też kontaktowały się z ludźmi – powiedział Karol.
- O tak – zaśmiał się Wreg – to były bardzo krótkie kontakty,
chlup do wody i po facecie.
Kapitan postanowił już o nic nie pytać i wrócił do najważniejszego
tematu.
- To wszystko jest bardzo ciekawe, ale chciałbym się rozejrzeć po
pokoju państwa syna.
Kornelia von Nabab odezwała się.
- Kieł ma dwa pokoje. W drugim chowa się kiedy jest pełnia. Tam też może pan zajrzeć.
- Dobrze.
- Zostawimy pana z Honoratą, ona jest z bratem najbliżej.
Najstarsza z córek skinęła mu głową.
Wszyscy prócz Lili, Karola i córki wilkołaka popuścili pokój.
- Tata trochę przesadza – powiedziała melodyjnym głosem – nie
jesteśmy tacy dobrzy, jak ludzie. Umiemy sprawdzić pocztę, porozmawiać przez
komunikatory, czasami zagrać w grę. A moje koleżanki na uczelni, tam gdzie ja
potrzebuje na znalezienie jakiś informacji kilku godzin, one robią to w pięć
minut. Za to mnie łatwiej jest szukać w książkach, czego one już prawie nie
umieją – uśmiechnęła się szeroko. To Karola prawie zwaliło z nóg, ale szybko
się opanował, bo pamiętał groźby jej ojca – techniczne sprawy też są poza nami,
ale jakoś sobie radzimy. Ale Kieł zawsze musi prosić mnie o pomoc. On ledwo co
wstukuje litery.
- Pokolenie, które tutaj się urodzi pewnie nie będzie mieć już z
tym problemu.
- Zrobię wszystko żeby moje dzieci dorównały poziomem ludziom –
powiedziała Honorata.
Karol odpalił sprzęt i czekał aż się załaduje.
- Mogę zadać niedyskretne pytanie?
- Powiernikowi prawa powiem wszystko – odparła Honorata poważnie.
- Powiedziałaś, że twoje dzieci dorównają ludziom, ty nie jesteś
człowiekiem?
- Niby jestem, ale nie do końca. Proszę pamiętać, że mój ojciec
jest wilkołakiem, więc odziedziczyłam wiele jego cech, które trudno nazwać
ludzkimi.
- A twoja mama?
- Mama jest córką króla spod Gór Skalistych, posiada wiele
nadprzyrodzonych cech, których na co dzień nie widać, ale wy, ludzie takich
rzeczy nie potraficie. Ja je również odziedziczyłam, więc jestem ludzka, ale
nie do końca.
Karol nie dopytywał, jakie to cechy, a i Honorata nie kwapiła się
wyjawiać rodzinnych tajemnic.
Tymczasem Lili przeszukiwała szafy, kufry i szuflady w biurku, ale
na razie nic nie znalazła. Za to Karol wszedł historię przeglądania i zaczął
notować, co ciekawsze strony, które mogły naprowadzić go na cel.
- Widzę, że brat lubi walki bokserskie, w klatkach i inne.
- Tak – przyznała dziewczyna – od jakiegoś czasu startuje w
zawodach, oczywiście w osobnej kategorii dla Krajan. Żaden człowiek nie
przeżyłby walki z wilkołakiem.
Dziewczyna otworzyła małą szafkę wiszącą nad biurkiem i wskazała
ręką.
- Widzi pan? Zdobył dwa puchary w walkach MMA dla Krajan.
Karol usłyszał lekką dumę w głosie siostry.
- A czy nie szukał jakiś nielegalnych walk? Albo jakiś innych
atrakcji, w których był wysoki poziom adrenaliny?
- Gdyby Kieł wziął udział w czymś nielegalnym, ojciec by mu
spuścił łomot. Tak samo nasz brat cioteczny u wujka Werga, Kud, on też by tak
nie zrobił. Nasi ojcowie mocno dbają o reputację, nie wolno nam jej niszczyć.
Nikt z nas nie chce wracać do Baśniowej Krainy.
- Rozumiem, ale spisałem sobie kilka adresów, które wydają mi się
podejrzane. Sprawdzę je.
Lili grzebała właśnie w koszu na szpargały, gdy trafiła na plik
ulotek.
Podleciała do dużych ludzi i zaczęła bzyczeć.
- Mów powoli – upomniał ją Karol. Ta posłusznie zwolniła, a
kapitan zrozumiał, że ma przejrzeć ulotki. Plik przedstawiał ciekawe
informacje. Większość z nich dotyczyła walk w znanych klubach sportowych,
wejściówki na galę boksu czy MMA, ale i kilka nic nie znaczących broszur, z
których treści nie za wiele wynikało.
- Wezmę to i sprawdzę – powiedział do Honoraty, ta przytaknęła i
zaprowadziła funkcjonariuszy do drugiego pokoju. Tam stało żelazne łóżko,
umywalka oraz ubikacja i nic więcej. Za to drzwi były pancerne z małą klapką,
jak się Karol domyślił, podawano nią jedzenie. Ściany były podrapane pazurami,
w niektórych miejscach prześwitywały cegły. Okno było zakratowane potężnymi
sztabami.
- Powlekane srebrem, żeby ich nie wyrwał – powiedziała Honorata
wyjaśniającym tonem – młode wilkołaki nie umieją trzymać natury na wodzy, ale
Kieł już prawie dorósł, ma trzydzieści lat, jeszcze dziesięć i będzie dojrzałym
mężczyzną.
Wskazała na obdrapane ściany i dodała.
- Te najgłębsze dziury są najstarsze, dzisiaj już raczej się nie
rzuca. Raczej leży i gapi się w sufit i czeka aż minie pełnia.
- Może mi pani to zdradzać?
- Powiernikowi prawa, wszystko, ale to pan zadecyduje, czy puści
tę informację dalej – uśmiechnęła się do niego.
Karol zajrzał do muszli klozetowej, do spłuczki oraz za umywalkę.
Odsunął łóżko, obmacał podłogę i znalazł skrytkę.
- Skąd pan wiedział? – dziwiła się dziewczyna.
- Nie wiedziałem, tylko domyślałem się, że jeśli coś chciał
schować, to tylko tu. Na pewno nie za wiele ludzi tu przebywa.
- Nikt tu nie wchodzi – przyznała Honorata – to by było
niestosowne, to jego azyl.
- A jednak zrobił skrytkę – powiedział Karol – pewnie przed ojcem.
Włożył rękę między klepki i wyciągnął plik kartek. To były kolejne
ulotki. Niektóre leżały tam długo i dotyczyły zupełnie innej tematyki niż
walki, raczej imprez, alkoholu i najlepszych miejscówek do zabawy w mieście.
Pewnie chował je tu, jak był nastolatkiem. Ale były też podobne, do tych, które
Lili wyciągnęła z kosza i jeszcze kilka innych.
- Mogę je wziąć?
- Myślę, że tak. Jeśli ma to pomóc w znalezieniu mojego brata.
Po przeszukaniu cała trójka udała się do Wrega i zdała relację z
poszukiwań. Wilkołak zgodził się, żeby Karol wziął wszystko, co znalazł na
komisariat, ale najpierw obwąchał każdą kartkę.
- Robię to – wytłumaczył – żeby zapamiętać zapachy, zanim
wymieszają się za bardzo z pańskim i innych ludzi.
- Bardzo proszę nie działać na własną rękę – powiedział Karol – w
tych ulotkach i moich zapiskach może być trop, ale może być też wielkie nic.
Wreg pokiwał głową na znak, że rozumie.
- Teraz ja i moi ludzie musimy to jakoś poukładać, popytać ludzi,
z którymi spotykał się pański syn, poszperać, a to trochę potrwa.
- Ile?
- Nie wiem, ale na pewno kilka dni.
- Kochanie, tutaj policja szuka powoli, ale skutecznie.
- Wiem, wiem – machnął ręką wilkołak – będę cierpliwy, ale nie
przeciągajcie sprawy, bo dla syna jestem w stanie rozszarpać każde gardło.
Policjant wiedział, że facet mówi poważnie, więc nic nie
powiedział, tylko poprosił o wskazanie domu drugiej rodziny z klanu. Okazało
się, że znajduje się na tyłach tej posesji, ukryta między drzewami liściastymi
i gęstymi krzewami. W tym domu było podobnie, z tym że Werg zamiast córek miał
drugiego syna, ale ten miał piętnaście lat i aktualnie siedział zamknięty w
lochu, bo przechodził przemianę. Karol postanowił nie dociekać, w końcu oni
lepiej wiedzieli, jak wychowywać młodego wilkołaka. Kud, tak, jak i Kieł
interesował się walkami, więc znalazł podobne ulotki i informacje, co w
pierwszym domu. Ale znalazło się też kilka nowych informacji ze stron
internetowych i Karol również je zapisał.
Potem wrócili z Lili do samochodu.
Opadł na siedzenie i zamknął oczy. Elficzka pytała się go o coś.
- Tak. Jestem wyczerpany. Cały się tam trzęsłem ze strachu. Ale ty
byłaś bardzo dzielna i pomocna. Dziękuję – Karol uśmiechnął się do Lili, a ta
fikała w powietrzu koziołki, po czym podleciała do niego i obsypała jego twarz
mini pocałunkami.
- Ej, Lili, tak nie wolno. Jesteś funkcjonariuszem na służbie –
śmiał się Karol – wystarczy powiedzieć dziękuję.
Ale to jej nie powstrzymało.
Gdzieś na Mazurach…
Facet z bliznami siedział w biurze i porównywał wyniki rywalizacji
między najsilniejszymi krajanami. Berserk, smok i dwa wilkołaki przeszli
wszystkie próby i zwyciężyli w rywalizacji. Inne baśniowe stwory odpadły i
zgodnie z umową, zajęła się nimi jego współpracowniczka. Co z nimi zrobiła, nie
wnikał.
Do pomieszczenia wszedł drugi wspólnik, ten chudy i żylasty i
zatarł ręce.
- No to mamy zwycięzców. I co dalej? – zapytał.
- Czekamy na Teresę i zastanawiamy się, co z nimi dalej zrobić –
odparł mężczyzna.
- Ja jestem za przeprowadzeniem eksperymentów genetycznych.
Czasochłonne i będzie trwało latami, ale wiesz, co możemy uzyskać z takich
hybryd?
- Nie wiem i nie chce wiedzieć – odparł wspólnik – prawda jest
taka, że pewnie berserk i wilkołak mogą mieć dzieci z ludźmi, więc nie ma sensu
robić genetycznych eksperymentów, a założyć obóz rozrodczy dla ochotniczek. A smok,
to gad, więc i tak nic z tego. Kobieta jaj znosić nie będzie.
- A ja uważam, że trzeba zrobić genetyczną selekcje, bo nie chodzi
o to, żeby rodziły się nowe wilkołaki, a ludzie o ich sile i wytrzymałości.
- Teresa przyjedzie, to będziemy radzić. Na razie chodźmy wręczyć
nagrody i puchary, w końcu chłopaki myśleli, że biorą udział w zawodach.
- No tak, masz rację, nie chcemy ich spłoszyć.
Marek Odolaniec na dywaniku
u szefa
Mężczyzna pojechał do głównej siedzimy policji w Warszawie na
spotkanie z szefem, który jak powiedział, chce go widzieć niezwłocznie.
Mężczyzna zastanawiał się, czy coś przeskrobali, ale wydawało się, że odkąd
mają nowy komisariat i co raz więcej uczą się o Krajanach wszystko idzie ku dobremu.
A spotkanie z szefem w trybie natychmiastowym, raczej nie zwiastowało miłej
rozmowy.
Został wezwany do gabinetu, Komendant Główny siedział za biurkiem
i wstukiwał coś w laptopie. Gestem wskazał Markowi krzesło i jeszcze przez
kilka chwil wpatrywał się w monitor. Potem zwrócił się do podwładnego:
- Cieszę się, że pan tak szybko przybył.
- Starałem się, jak mogłem. Czy coś się stało?
- Nic się nie stało. Widzę, że nowy komisariat prosperuje, chociaż
wciąż jest dla mnie niejasne, skąd się wzięły na to pieniądze, ale skoro były,
to nie będę wnikał. Dziwne czasy, więc dziwne rzeczy są na porządku dziennym.
Widzę też, że sobie jakoś radzicie, chociaż nie podoba mi się, że jeszcze
nikogo nie postawiliście przed sądem. Za to w raportach mam zapisane same sukcesy,
w walce z przestępczością postaci z bajek.
Marek Odolaniec wiedział, że wcześniej czy później będzie się
musiał z tego wytłumaczyć. Od dawna miał przygotowane wyjaśnienie, które teraz
miał zamiar podać komendantowi na tacy:
- Chodzi o to, że Krajanie są inni od ludzi i w zasadzie nie mają
nic przeciwko ucinaniu głów za błahe przestępstwa, a darowanie win osobom,
które w ich oczach są bohaterami, mimo, że w naszych oczach, to zwykli
przestępcy. Ale nie nadają się do naszych sądów, ponieważ nie rozumieją naszego
prawa. Znudzą się w połowie przemowy prokuratora i zaczną dłubać w nosie.
- Dostaną karę za obrazę sądu.
- Oczywiście. Tylko, czy sąd wie, że nie zapłacą ani złotówki, bo
często ich nie mają? Za to mają szafiry, szmaragdy i wielki zamek pod Warszawą,
bimbają na nasze prawo. Będą gotowi rozpętać wojnę z nami? Ich rycerze kontra
miejska policja?
- Pan raczy żartować.
- Nie panie komendancie, ja nie żartuję, ponieważ oni są inni niż
my. Codziennie poznajemy nowe istoty, każda ma inny kodeks moralny albo w ogóle
go nie ma. Są istoty tak złe, że nie ma szans na resocjalizację.
- Zawsze jest nadzieja.
- Tak. A czytał pan kiedyś bajki? Tam bohaterowie są jednoznaczni,
dobry to dobry, zły, to zły.
- Nie miej jednak uważam, że nie powinniście wydawać swoich
wyroków.
- Nie dajemy wyroków, tylko trzymamy w areszcie i zastanawiamy
się, co dalej. Czasami dajemy pouczenie i wypuszczamy, ale tych naprawdę złych
trzymamy pod kluczem.
- To dobrze, ale czemu nie dajecie ich do ludzkich więzień? Czemu
nie zgłaszacie do prokuratury.
- Panie komendancie, mogę to zrobić w każdej chwili, ale to nie ma
sensu. Myśli pan, dlaczego nasz komisariat wygląda, jak warowna twierdza? Żeby
nie uciekli. Z ludzkiego więzienia uciekną w pół godziny, a sąd, jeśli przed
nim staną mogą zmanipulować w pięć.
- Rozumiem, ale coś trzeba z nimi zrobić.
Marek Odolaniec nie mógł powiedzieć szefowi o tym, że Karol Nowak
jest powiernikiem Prawa i on wydaje wyroki. Nie mógł powiedzieć, że wielu
niereformowalnych Krajan odesłali do domu z wyrokiem zakazu wstępu na ludzką
stronę. Komendant wiedział tylko o kilku poważnych przestępcach oraz
wykroczeniach. Ale był przygotowany i na taką sytuację.
- Proponuję zorganizować osobny sąd dla Krajan. Złożony z ich
przedstawicieli i nas, ale nie prawników i sędziów, bo tam prawo jest proste,
często oparte na zasadzie „oko za oko, ząb za ząb.”
- To, co mówisz jest nie do przyjęcia.
- Panie komendancie, ja tylko proponuję. Chcecie? Dobrze, oddam
wam wszystkich przestępców do ludzkich aresztów i więzień, jeśli uda wam się
ich okiełznać, proszę bardzo, będziemy ich stawiać przed ludzkimi sądami, ale
jeśli nie, to co wtedy?
Komendant Główny zamyślił się nad tym tematem, po czym powiedział.
- Jeśli chodzi o mnie, to jest mi wszystko jedno, ale mam nad sobą
ministerstwo, sądy i parlament. Musisz nam oddać tych więźniów. A jeśli jest,
tak jak mówisz, jeśli narobią bałaganu, to wtedy wrócimy do rozmowy.
- Rozumiem – Marek Odolaniec wstał, ale zanim wyszedł szef jeszcze
powiedział:
- Niezależnie od wszystkiego, uważam, że robicie dobrą robotę.
Gratuluję.
- Dziękuję.
Marek Odolaniec wyszedł na powietrze i odetchnął głęboko. Mogło
być gorzej, a tak to bardzo szybko powstaną sądy dla Krajan. I o to im
chodziło. Powiernik Prawa działał póki co w tajemnicy, ale wiadomo, że w końcu prawda
wyjdzie na jaw. A jak powstaną sądy, to wsadzi do nich Karola, jako eksperta.
Komentarze
Prześlij komentarz