Strażnicy - odc. 24

Na komisariacie
Marek Odolaniec i Karol Nowak przywitali na komisariacie szefów
NOZ-u i zaprowadzili do podziemi. Teresa, Sławomir oraz
Paweł mieli możliwość, jako
nieliczni ludzie zobaczyć, jak wygląda porządny loch dla Krajan. Po pierwsze,
nie zdawali sobie sprawy, że można było wykopać go tak głęboko w ziemi.
Ponieważ loch miał trzy kondygnacje, a na każdym piętrze znajdowało się
piętnaście cel. Jak na bajkowe więzienie przystało, nie zabrakło wilgotnych
ścian, smrodu gnijącego siana i pisków szczurów. Kiedy Teresa je usłyszała na
chwilę zatrzymała się przestraszona. Karol odezwał się do niej.
- Proszę się nie martwić, to jest nagranie, nie mamy tu
prawdziwych szczurów. Ściany też nie są wilgotne, to tylko taka substancja,
która imituję wodę. Karajanie doceniają porządne więzienia, ale nie oznaczało
to, że zrobimy autentyk.
Potem odezwał się Marek Odolaniec.
- Zaprowadzimy państwa na pierwszy poziom i proszę się nie martwić,
nie zamkniemy państwa w celach.
- A gdzie?
- Na każdym piętrze jest pokój strażników. Akurat jest pusty, bo
nie mamy na tym piętrze więźniów, także będzie państwu tam wygodnie.
- Jest też łazienka – dodał Karol.
Teresa odetchnęła z ulgą, ponieważ przez całą noc tłukła się w
łóżku myśląc o tym, czy będzie musiała siusiać do dziury w podłodze.
Karol podszedł do masywnych drzwi i włożył duży klucz do zamka.
Pomieszczenie nie było duże, ale udało się tam wsadzić trzy łóżka i stół i
nawet było trochę wolnego miejsca wokół.
- Wersal, to nie jest – powiedział Karol – ale na kilka dni musi
państwu wystarczyć.
- Masakra – burknął Sławomir – żebym musiał siedzieć w takiej
dziurze.
- Zawsze może pan wyjść- powiedział ostro komendant – nie trzymamy
to państwa siłą. Tylko proszę napisać rodzinie, żeby nas nie winiła za to, że
rozszarpały pana wilkołaki.
Sławomir prychnął.
- Wilkołaki, rzeczywiście, wielkie mi co. Dwaj siedzą u mnie w
klatce.
Karol miał dosyć tego buca i ledwo panował nad sobą. Odezwał się
lekko podnosząc głos.
- W pana klatce siedzą dzieci. Ich ojcowie są więksi, masywniejsi
i kilka razy silniejsi.
- I mądrzejsi – dokończył Marek Odolaniec, a potem dodał – proszę
się rozgościć. Klucz kładę na stole. Obiad mogą sobie państwo zamówić
telefonicznie, na tym piętrze jest jeszcze zasięg. Gdyby czegoś państwo od nas
chcieli, to tu na ścianie jest interkom. Proszę nie wychodzić z lochu.
Wilkołaki bywają na komisariacie, więc proszę niepotrzebnie nie ryzykować.
Policjanci wyszli i zamknęli za sobą drzwi.
- O ile ta babeczka i ten chudy rozumieją, że są w szambie, to ten
wielkolud nie – burknął Marek Odolaniec
– walczę z myślą, że może zeżarcie go przez wilkołaka było by nawet niegłupim
pomysłem.
Karol zaśmiał się i powiedział.
- Panie komendancie, takie myśli u pana?
- Chyba po prostu mam już dość tej całej sprawy – komendant
machnął ręką i poczłapał pierwszy na górę.
Tymczasem prezesi NOZ próbowali się dostosować do spartańskich
warunków.
- Wkurzają mnie te gliny – burknął Sławomir - nieudacznicy życiowi, bo kto normalny
wstępuje do policji. Do wojska, do najemników, to jest coś. Ale glina?,
Krawężnik, pies…
- Przestań – powiedziała ostro Teresa – przestań!
Wielkolud spojrzał na nią zdziwiony.
- O co ci chodzi?
- O co?! O wszystko! – wykrzyknęła – wpakowaliście mnie w gówno, z
którego nie mogę się wydostać. Myślisz, że ja chcę tu siedzieć? W tym zatęchłym
lochu?! Że chce przebywać z wami przez dwadzieścia cztery godziny na dobę?!
Nie!
- Zluzuj – zaczął mówić Paweł, ale ta machnęła ręką – a na dodatek
wy macie alibi na swoje zachowanie, wam się wszystko upiecze. A ja?! Ja was nie
powstrzymałam, na dodatek to ja będę jechać uwalniać te potwory! Nie wy,
chociaż to był wasz pomysł. Ale oni wam nie ufają. Nie wezmą was.
Zaczęła płakać.
- A ja się boję! Ja nie chcę tam jechać, ja nie chcę umierać!
- Tereso – Sławomir podszedł do niej i położył ręce na ramionach –
Tereso. Ja też czuję się winny. Myślisz, że dobrze mi z myślą, że posłałem
dziesiątki ludzi na śmierć i naraziłem siebie i nas na zabicie przez wilkołaki?
Nie czuję się z tym dobrze. Dlatego tak wszystkim dokuczam. Czuję się słaby.
Czuję się słaby, bo nie mogę nic zrobić. Uwierz mi, ja chciałbym tam pojechać,
ale te gliny i ci Strażnicy mają rację. Lepiej, żeby nas tam nie było. Bo ani
ja ani Paweł nie umiemy trzymać nerwów na wodzy. A ty jesteś opanowana. Jesteś
najtwardsza z nas – zaśmiał się i ona też się lekko uśmiechnęła.
- Potwierdzam to co on powiedział – odezwał się Paweł – poza tym,
jak widzisz Sławek nie dowala ani mnie ani tobie tylko innym. A to znak, że
chyba nawet nas lubi.
Sławomir parsknął, a Teresa się zaśmiała.
- Przepraszam, miałam chwilę słabości – powiedziała – poza tym –
westchnęła – jeszcze trudno mi uwierzyć w to, że jesteście wolni od
pomorczniaka. Chociaż wiem, że tak jest. To jednak daliście mi przez te kilka
miesięcy popalić.
- Mamy czas – powiedział Paweł i położył się na łóżku – opowiedz
nam wszystko.
- Tak. To dobry czas na konfrontację z trudną prawdą – mruknął
Sławomir i podszedł do kuchennego aneksu – komuś kawy?
Niech żyje wolność
Do tajnej bazy NOZ-u, żeby uwolnić Krajan wybrało się kilka osób,
Tymon, Teresa, Róża, Karol i Damian. W podróży wszyscy oprócz Teresy byli w
dobrych humorach i w ogóle nie przejmowali się zadaniem. Tymczasem Teresa
czuła, że im bliżej są celu, tym bardziej paraliżują ją strach. W pewnym
momencie złapała się na tym, że ma problem z nabraniem powietrza. Tymon, który
już od jakiegoś czasu wyczuwał jej stan, w końcu wziął ją za rękę i uścisnął.
- Proszę się nie martwić, nic się pani nie stanie – powiedział tak
cicho, żeby inni nie słyszeli.
- Skąd…, pan… wie… - dyszała.
- Jestem przy pani i nie dam zrobić krzywdy. Poza tym – wskazał
palcem Karola – mamy jeszcze jego.
- Nie rozumiem?
- Powiernik Prawa, Krajanie muszą się go słuchać. Jest głosem ich
króla w tym świecie.
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Przecież ten policjant niczym się
nie wyróżnia. Jest – wzruszyła ramionami – taki zwyczajny i przeciętny.
Tymon zaśmiał się w duchu.
- Proszę mi wierzyć, to BOHATER. Jest wyjątkowy.
Teresa znowu wzruszyła ramionami.
- Trudno w to uwierzyć.
- Nie będę pani przekonywał – powiedział Tymon – sama pani
zobaczy.
- Wydaje się, że pani Róża jest w nim zakochana.
- O tak, po same uszy i on w niej też.
- Czy dlatego, że jest bohaterem?
- BOHATEREM? Nie. Po prostu jej się podoba.
- Dziwne – odparła Teresa.
- Czemu dziwne?
- Bo wy Strażnicy jesteście tacy, tacy inni. Silni, dominujący,
piękni i… przystojni – zająknęła się – a on…
- Pani Tereso, widzę, że musi się pani jeszcze wiele nauczyć o
życiu.
- Przecież nie jestem jakąś nastolatką – oburzyła się – wiele wiem
o życiu.
- Pewnie tak, ale szufladkuje pani ludzi.
- Ja? – zdziwiła.
- Tak. My piękni i mądrzy, oni nijacy, my bogaci, więc powinniśmy
móc więcej…
- Nie powiedziałam tego ostatniego – znowu się oburzyła.
- Nie? A pan Karol? Przecież nie może być bohaterem ktoś zwykły,
przeciętny czyli niebogaty.
Teresa zawstydziła się i żeby ukryć zmieszanie odwróciła głowę do
okna. Ten Strażnik miał rację. Jego zakwalifikowała do swojej ligi, bo był
przystojny, silny i widząc jego samochód, którym jechali również bogaty.
Tymczasem Karol był zwykły, przeciętny i jak na jej gust za biedny.
- Proszę się sobą nie gorszyć. Po prostu pani życie zawsze było
inne niż większości ludzi. Nie może pani wiedzieć, jak to jest być zwykłym człowiekiem.
- A pan? Pan wie? – zaczęła się bronić.
- Oczywiście, jestem lekarzem mam różnych pacjentów, bywam w
różnych domach, a w moim szpitalu przyjmujemy chorych niezależnie od statutu
społecznego czy majątkowego.
- Ma pan szpital? – Teresa była zaskoczona. Do tej pory myślała,
że jest wojownikiem, najemnikiem, jakimś wojskowym u Strażników, a tymczasem on
jej powiedział, że jest lekarzem.
- Mam. Na Targówku.
- A…, a czym się pan zajmuje?
- Jestem pediatrą.
Popatrzyła się na niego z niedowierzaniem. Tymon roześmiał się w
głos i powiedział.
- Tego się pani nie spodziewała, prawda?
- Nie.
- A ja jestem chirurgiem – odezwała się z tylnego siedzenia Róża –
i mam sklep zielarski.
- Witamy wśród zwykłych ludzi pani Tereso – znowu zaśmiał się
Tymon.
Może ciągnęliby dalej tę rozmowę, ale dojechali na miejsce.
Kobietę znowu strach złapał za gardło.
- Po co się pani denerwuje, przecież przyjechała pani do swojej
firmy. Pani tu rządzi – powiedziała twardo Róża.
- Róża – powiedział z wyrzutem Tymon.
- No co? Nie ma co się teraz rozczulać. Ona nie może pokazać
słabości.
- W sumie to fakt – potwierdził Tymon i zwrócił się do kobiety –
pani Tereso jesteśmy z panią, ale musi pani wziąć się w garść.
Kobieta potaknęła głową i wzięła kilka głębokich wdechów.
- Dobrze, postaram się.
Podjechali do bramy, gdzie z budki strażniczej wyszedł najemnik.
- To teren wojskowy, nie można tu przebywać.
- Dzień dobry Teodorze, to ja twoja szefowa. Wpuść nas.
- Oczywiście. Przepraszam, nie zauważyłam pani – zasalutował i
otworzył bramę.
Zanim dojechali do budynków minęło kilka minut. Ośrodek
szkoleniowy znajdował się ukryty głęboko w lesie. W końcu zaparkowali przed
budynkiem administracji.
Do samochodu podeszło kilku uzbrojonych żołnierzy. Teresa szybko
wysiadła i dała im znak, że ci obcy ludzie są z nią.
- Dzień dobry pani prezes – powiedział jeden z oficerów – dawno
pani nie było.
W jego głosie słyszała wyrzut. I miał rację, bo odkąd wpakowali do
klatek Krajan, nikt z zarządu się tu nie pofatygował.
- Już jestem i przywiozłam ludzi, którzy zabiorą ze sobą naszych
niechcianych podopiecznych.
Żołnierz spojrzał na grupę i z powątpiewaniem pokręcił głową. Mała
laska, wymoczek z policji, dziwny koleś w skórzanych spodniach i… - tu się
zawahał, bo Damian przybrał swoją postać Krajana. Ten pewnie się nadawał - zakończył w myślach oficer.
- Bardzo proszę o zabranie stąd wszystkich ludzi – poleciła –
macie pójść do lasu i nie wychylać się dopóki się do pana nie odezwę.
- Czy to konieczne? – dopytywał – możemy zapewnić pani jakąś
ochronę gdyby coś poszło nie tak.
- Wszystko będzie dobrze – odezwał się do niego Tymon – proszę nam
tylko nie przeszkadzać. My wiemy, jak sobie poradzić tymi Krajanami.
- A! – przypomniała sobie Teresa – proszę przygotować jednego
Hammera, oni muszę wrócić do domu.
- Co?! Wypuszczacie ich na wolność? Chcecie żeby nas pozabijali?!
Żeby na nas polowali?! Myślałem, że ich zabijecie!
- Proszę się nie denerwować – powiedział Tymon – nikt nie będzie
na was polować. Dopilnujemy tego.
- Zgadza się – odezwał się wymoczek z policji – gwarantuje panu,
że nic panu nie zrobią.
Oficer miał już coś na końcu języka, ale jeszcze raz spojrzał na
Karola i stwierdził, że koleś nie jest wymoczkiem, a dane słowo jest pewne.
- Już znikamy – powiedział i zaczął wykrzykiwać rozkazy.
Tymczasem piątka przybyłych udała się do hali, w której
przetrzymywano Krajan. Teresa wszystkim napotkanym osobom mówiła, żeby szli do
lasu. Taki sam rozkaz dostali strażnicy pilnujący klatek. Im nie trzeba było
tego dwa razy powtarzać.
Berserk, smoczyca i dwa wilkołaki podnieśli się z prycz i
spojrzeli na przybyłych z nieskrywaną ciekawością.
- Kawaleria przybyła – zaśmiał się berserk – dobra, otwierajcie tę
klatkę. Śpieszno mi do walki.
- Za chwilę –
usłyszał głos Róży – najpierw porozmawiamy.
- O Strażniczka –
zaśmiał się i pojrzał na Tymona – nawet dwoje. No, no, zaszczyt nas kopnął.
Przecież wy się nie wtrącacie w sprawy Krajan? Po co tu przyjechaliście?
- Wasza sprawa,
jest sprawą ludzi i przez nich tu jesteśmy.
- Ta, ludzie –
burknął jeden z wilkołaków – słabiaki, które boją się nas wypuścić i stanąć do
walki.
- Dosyć –
powiedział Karol cicho, ale nagle wszyscy zamilkli. Róża puchła z dumy, jej
BOHATER znowu będzie dokonywał wielkich czynów.
Karol podszedł do
klatek i powiedział surowym tonem.
- Jak wam nie
wstyd?!
- Co?! – zaczął
berserk, ale zamilkł pod naporem spojrzenia Karola.
- To, że
wzięliście udział w konkursie, to jedno, nie wiedzieliście, że wpakujecie się w
kłopoty. Ale żeby nic o tym nie powiedzieć rodzinie? – spojrzał na berserka –
twoja matka zalewała mi się na komisariacie łzami.
- Moja mama?
Płakała? Przeze mnie? – broda Ali Baby zaczęła niepokojąco drżeć – ja mogłem
być takim niedobrym synem! – krzyknął rozdzierająco.
- A wy – spojrzał
na młode wilki – wasi ojcowie tak się o was martwią, że aż poprosili o pomoc
policję. Poza tym po powrocie dostaniecie w skórę za to, że nic im nie
powiedzieliście.
Potem przerzucił
wzrok na smoczycę, ale go ubiegła.
- Ja się z panem
zgadzam. Siedzę tu za karę i zasłużyłam na to. Byłam głupia i chciałam
zaszaleć.
- Przynajmniej
jedna rozsądna – mruknął Karol.
Róża zauważyła,
że kapitan wyprostował się dumnie i wydawał się o kilka centymetrów wyższy.
Tymon szturchnął ją pod żebra.
- Bo odfruniesz –
śmiał się z niej.
- Żebyś wiedział
– Róża nawet się z nim nie sprzeczała.
- Co zrobicie,
kiedy otworzę drzwi klatek?
- Rozszarpię tę
babę, a potem jej wspólników – powiedział berserk – a potem wrócę do mamy –
pociągnął nosem.
- My zrobimy to
samo, ale jeszcze dołożymy ich żołnierzykom. A wszystko za te srebrne pręty –
wymachiwał pięściami Kieł, a Kud przytakiwał słowom brata.
- A ja chcę stąd
wyjść i urodzić jajo – powiedziała smoczyca – ludzie mnie nie interesują. Chcę
wrócić do mojego leża, do moich dziewic i wychować dziecko.
Karol spojrzał
jej uważnie w oczy.
- Jestem powiernikiem
Prawa, wiesz że mam moc oddalić się do Baśniowej Krainy, wsadzić do więzienia,
a nawet skazać na śmierć?
- Wiem –
powiedziała – ale Strażnicy mogą potwierdzić, że mówię prawdę.
Róża z Tymonem
przytaknęli.
- Zgadza się. Ona
jest głodna i zmęczona. Chce wrócić do domu.
- Przecież was
karmiliśmy – odezwała się Teresa, ale zamilkła pod naporem nieludzkich oczu
smoka.
- Tak,
karmiliście, ale ja jestem smokiem, nie człowiekiem. Ja jem dwadzieścia razy
więcej niż, to co mi dawaliście. Mówiąc wprost, musze zeżreć jakąś krowę, żeby
zapomnieć o tym głodzie.
Teresa cofnęła
się aż za Tymona, ten jednak ją zatrzymał i zmusił, żeby stanęła przed
uwięzionymi.
- Ma być pani
twarda – przypomniał.
Teresa podniosła
wzrok na smoczycę i powiedziała.
- Chciałam panią
przeprosić, za to, co panią spotkało. Z resztą nie tylko panią, ale i pani
towarzyszy. To wszystko stało się przez to, że moi koledzy zostali zatruci
pomorczniakiem.
- Czym? –
dopytywali uwięzieni.
Róża w skrócie im
to wytłumaczyła.
- Moi koledzy nie
panowali nad sobą. Z resztą zawiedliśmy nie tylko państwa, ale i własnych
ludzi. Wielu zginęło.
- I to z naszych
rąk – burknął Kud – mam nadzieję, że nie zwali pani winy na nas.
- Winę ponoszę ja
i moi koledzy. Z resztą staniemy przed sądem.
- I bardzo dobrze
– burknął berserk – i niech wam utną głowy. Z resztą sam mogę to zrobić.
- Nie – głos
Karola był cichy, ale znowu wszyscy zamilkli.
- Winę za zabicie
ludzi ponosicie wy. Już sam fakt, że zgodziliście się wziąć udział w konkursie,
w którym brali udział ludzie powoduje, że jesteście winni. Wiecie doskonale, że
nie wolno wam stawać do walki przeciw ludziom, bo jesteśmy słabsi.
Wiedzieliście to i wiedzieliście, że wasi ojcowie – spojrzał na wilkołaki – by
tego nie pochwalali. Dlatego wymknęliście się ukradkiem z domu i uciekliście.
Myśleliście, że jak was dwa czy trzy dni nie będzie, nikt nie będzie was
szukał. Tymczasem siedzicie tu już kilka tygodni. A ty – popatrzył na berserka
– ty też o tym wiedziałeś, po co tu przyjechałeś.
- Obiecali złoto.
Smoczyca
przytaknęła.
- A nam
wejściówki na wszystkie walki MMA w Europie – powiedzieli młodzi.
- Acha – Karol
spojrzał na Teresę – każdy miał dostać, to co go najbardziej kręci? Tak?
- Tak – przyznała
się Teresa - i nie mam nic na swoje wytłumaczenie. Nam chodziło o wyłonienie
super żołnierzy. A potem chłopaki zaczęli mówić o tych eksperymentach
genetycznych.
- Nie jestem
królikiem doświadczalnym – Ali Baba rzucił się na kraty i zaczął się z nimi
siłować.
- Odpuść –
powiedział do niego Karol, a mężczyzna od razu się uspokoił.
Potem przez kilka
chwil chodził wzdłuż klatek i
zastanawiał się, co zrobić.
- Pani Tereso,
czy mają państwo przygotowane te nagrody?
- Oni je dostali.
- Tak?
- Tak – odezwała
się smoczyca- dostaliśmy, ale potem nas zamknęli i zabrali nam i medal i puchar
i moje złoto – zakończyła smutno.
- Proszę
powiedzieć, gdzie są te nagrody? – zapytał Tymon.
- Są w tym
budynku w magazynie ósmym – odparła Teresa.
- Róża, Damian,
chodźcie ze mną.
Przy klatkach
zostali tylko Teresa i Karol. Teresa czuła, że zaraz zemdleje.
- Ma się pani
czego bać – zapewni ją Kieł – kiedy stąd wyjdę.
- Nic jej nie
zrobisz – przerwał mu Karol.
- A ty człowieku,
co ty mi możesz zrobić?
- Nie słyszałeś?
Jestem powiernikiem Prawa.
- Możliwe, ale i
człowie…
- Zamknij się
idioto – warknęła smoczyca – on ma nad nami władzę.
- Ale jest
człowiekiem.
- Możliwe, ale –
Karol nie wiedzieć czemu pomyślał o srebrnym mieczu i taki zmaterializował się
w jego rękach. Wilkołaki odskoczyły w drugi kąt celi.
- No co pan?
- To, co wy?
Skoro nie rozumiecie po ludzku, wygarbuje wam skórę srebrem.
- Nie, nie,
będziemy grzeczni.
Miecz w ręku
Karola znikł. W tym samym czasie powróciła reszta targając dwa worki złota i
bilety wstępu na MMA.
Komentarze
Prześlij komentarz