Strażnicy - odc.20

 

Wielka draka w centrum stolicy

Wyjazd na Mazury niestety nie doszedł do skutku, ponieważ na starym Placu Defilad otworzyła się wielka dziura w ziemi i wyszedł z nich czarny, jak noc smok. Dla ludzi, którzy stali za blisko skończyło się to śmiercią. Niestety, inni zamiast uciekać zaczęli wszystko nagrywać, co też doprowadziło do kolejnych ofiar śmiertelnych.

Karol zadzwonił do Róży, która szykowała się do pracy w swojej małej przychodni.

- Na Placu Defilad mamy wielkiego i czarnego smoka. Wylazł z jamy. Wydaje mi się, że coś jeszcze stamtąd wychodzi!

Kobieta zerwała się  z miejsca, rzuciła wszystko i wybiegła z domu.

- Niech pan zabierze stamtąd ludzi i niech pan się też wynosi. To ponad pana siły! – krzyczała do słuchawki.

Wbiegła na ulicę Marszałkowską. Spanikowany tłum uciekał w drugą stronę, chowając się za budynkami Domów Centrum. Tuż przy nowym budynku sztuki współczesnej ziała wielka, czerwona dziura. Obok niej stał z rozpostartymi skrzydłami i rozdziawioną paszczą smok, czarny jak smoła. Jego łuski nie mieniły się w słońcu. Były matowe. Gad miał z sześć metrów wysokości i tyleż samo rozpiętości skrzydeł. Ogonem bił o ziemię. Róża widziała, jak za jego plecami wychodzą z dziury inne istoty z Mrocznych Podziemi. Zaklęła pod nosem i skupiła się. Telepatycznie wezwała wszystkich Strażników do pomocy.

Wiedziała, że musi się tym razem ujawnić i że pewnie nie da rady wszystkiego zatuszować, ale nie miała wyjścia. Tu chodziło nie tylko o los ludzi, ale i świata.

Zobaczyła Karola, który usiłował odciągać ludzi od miejsca wydarzeń, ale ci jak zahipnotyzowani, wyciągali komórki i nagrywali całe zdarzenie.

- Niech pan ich zabierze i ucieka! – jeszcze raz krzyknęła i pobiegła w stronę smoka.

- Trudno, świat dowie się o naszym istnieniu – mruknęła i zaczęła rosnąć.

Jej ubranie rozciągało się wraz z nią. To był krasnoludzki wynalazek. Wszyscy Strażnicy nosili takie ubrania. Dzięki temu nie obawiali się, że będą świecić wielkimi tyłkami przed tłumem gapiów. W jej ręku pojawił się wielki kij, rzeźbiony w miejskie motywy domów, chodników i ulic. Jej skóra stwardniała i stała się obojętna na urazy. Nie była większa od Smoka, osiągnęła maksymalnie trzy i pół metra, ale i tak stanęła do walki.

- Tu jestem – zahuczała głośno, a jej głos powalił kilka osobników z Mrocznych Podziemi. Smok spojrzał na nią i od razu zionął ogniem. Uchyliła się i wymachując kijem rąbnęła go między oczy. Gadzina zachwiała się na nogach, ale po chwili ruszyła do ataku. Do Róży dołączyli wezwani na pomoc Strażnicy. Jedni ubijali wychodzące z dziury, zombiaki, ghule, i wampiry inni usiłowali powstrzymać przed wyjściem kolejnego czarnego smoka. Wampiry były szczelnie ubrane w czarne szaty, a na głowach miały kapelusze zasłaniające ich przed promieniami słonecznymi. Róża ponownie zaklęła pod nosem. Że akurat dzisiaj musiało być pochmurno, w słońcu łatwiej byłoby te gadziny załatwić.

Natomiast Karolowi i innym policjantom udało się w końcu zabrać ludzi z otwartego terenu do podziemi Metra czy lokując ich za Domami Centrum.

Potem kapitan, komendant oraz inni pracownicy wrócili na otwarty teren, żeby w razie czego pomóc walczącym.

- Wiedziałeś, że to potrafią? – zapytał komendant Karola.

- Nie – przyznał się mężczyzna – wiedziałem, że są silniejsi i szybsi, ale nie że potrafią ot tak sobie urosnąć.

- Nie dziwi was, że ubranie też z nimi urosło? – zapytała Lena.

- Mnie nie dziwi – powiedziała Honorata – im robią ubrania krasnoludy, więc te mogą mieć takie właściwości.

- A miałam się już niczemu nie dziwić – odparła Lena.

- Trzeba im chyba jakoś pomóc – powiedział Karol.

- Sami sobie dobrze radzą – powiedział, jakiś policjant, ale nie z ich komisariatu.

- Owszem, ale nie możemy dopuścić, żeby wymknął im się jakiś oberwaniec z Mrocznych Podziemi.

- Z czego? – dziwił się tamten policjant.

- Nieważne – przerwał mu komendant – Damian – zwrócił się do kotołaka – ty jesteś najszybszy, skocz na komisariat i przynieś pochodnie.

Damianowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, skoczył na cztery łapy i popędził, jako wielki tygrys wykonać zadanie.

- Panie kapitanie – zwrócił się do podwładnego, ale ten już miał w ręku jakiś pręt i atakował nieumartego ghula, który wyciągał do niego paszczę pełną ostrych zębów.

- Nie ma czasu na gadanie. Bierzmy co mamy pod ręką i walczmy – wysapał Karol.

Po kilku chwilach wrócił Damian z pięcioma pochodniami.

- Więcej nie znalazłem – powiedział

- Musi wystarczyć – powiedział komendant – odpalamy.

Damian odmówił trzymania w ręku ognia, jego dziki instynkt nie lubił takich zabawek. Ale pomknął w sam środek walki i jak tylko mógł, to wrzucał z powrotem do dołu wychodzące potwory.

- Ależ on jest silny – pisnęła Honorata.

Lena przewróciła oczami i powiedziała do niej.

- Pewnie dla ciebie robi tę pokazówkę.

- Tak pani myśli? – ucieszyła się Honorata.

- Jeśli chce ci się przypodobać, to pewnie tak. Faceci tak mają.

- Naprawdę?

- Nie widziałaś?

- Nie. Do niedawna siedziałam tylko w domu i wśród rodziny, tata nie pozwalał mi się z nikim spotykać.

Lena chętnie by z nią dalej porozmawiała, ale zbliżał się do nich zombiak.

- Celujcie w plecy – usłyszały polecenie Karola – nie dajcie się podejść z przodu.

- Kapitanie, widzę wampira, jest strasznie szybki – krzyczał jakiś policjant w panice.

- Uciekaj! – krzyknął Karol – nie dasz mu rady.

Ale mężczyzna wrósł ze strachu w ziemię. Karol pobiegł w jego stronę i końcem pochodni dotknął szaty wampira. Ta od razu się zapaliła pochłaniając w ogniu również i jego. Przed przerażonym policjantem opadła kupka popiołu.

- Spadaj pan stąd – warknął Karol – nie nadajesz się na to pole bitwy.

Policjantowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Wziął nogi za pas.

Karol wrócił do walki i z każdym krokiem zbliżał się do walczących Strażników. Róża wraz z bliźniaczkami tłukła czarnego smoka. Ten chciał nawet wracać do dziury, ale one wiedziały, że muszą go zabić. Ich kije nagle zmieniły się w cienkie świecące klingi, na które nadziały smoka. Ten ryknął przeraźliwie, ale nie padał. Walczył dalej. Róża zauważyła Karola, który podpala kolejnego wampira, a żelaznym prętem wali po głowie ghula.

- Wariat – powiedziała na głos

- BOHATER – poprawiła jedna z bliźniaczek.

- Idiota – krzyknęła do niego Róża. Ten szybko na nią spojrzał i uśmiechnął się tak, że aż ją zatkało. Z resztą bliźniaczki też zatkało.

- Brakuje tylko zwolnionego tempa i zarzucenia włosami – powiedział do nich Tymon – nie gapcie się tak, nie mamy na to czasu.

Kobiety wróciły do walki ze smokiem. Róża jednocześnie myślała, o tym, co zobaczyła u Karola. Kapitan nie powinien przeżyć ani minuty na tym polu walki. Może ghule i zombiaki nie były dla niego aż tak groźne, ale przecież wampiry poruszały się bardzo szybko. A on je wyłapywał. Zobaczyła, że ruchy Karola stały się szybsze, a metalowy pręt, który trzymał w ręku przybrał postać miecza. Powiernik prawa nabył nowe umiejętności.

- Uważaj – usłyszała jego ostrzeżenie. W samą porę, bo przez swoje durne zamyślenie oberwała by łapą smoka. Wbiła w niego jeszcze raz klingę i stwór padł martwy u jej stóp.

- Podpalaj – krzyknęła do Karola i od razu poszła pomagać reszcie dobijać smoki, które usiłowały wyjść dziury.

- Honorato – krzyknęła do młodej policjantki – rzuć mi pochodnię.

Ta posłuchała polecenia i już po chwili Róża podpalała kolejnego smoka, który padł na pół wychodząc z dziury. Widziała też Damiana, który rozrywał na strzępy napotkane potwory i widziała, że tygrysołak świetnie się przy tym bawi. Nie miej jednak powiedziała mu, żeby był ostrożny.

- Nie ma problemu, powiedział, dam radę – odparł.

Wokół nich zaroiło się od radiowozów, przyjechało też kilka jednostek straży pożarnej oraz karetki. Pojawiły się też amfibie z armatkami wodnymi. Komendant podbiegł do jednego z oficerów i powiedział.

- Strzelajcie do tych, co wychodzą z dziury i lejcie na nich wodę. One tego nie lubią. Potem pobiegł powiedzieć to samo strażakom.

- Nie mogło oczywiście zabraknąć na miejscu mediów – Marek Odolaniec zgrzytnął zębami – będzie afera na sto fajerek.

Na polu walki pojawiły się też Kalina i Malwina, które wyćwiczone, jak Stażnicy siekły i paliły potwory z Mrocznych Podziemi.

W końcu udało się powstrzymać wychodzenie z dziury, a ją sama zasklepili Strażnicy.

- Powinniśmy się ewakuować – powiedziała jedna z bliźniaczek.

- Najpierw trzeba wszystkich walczących obejrzeć – powiedział Tymon.

- Nie musimy do nikogo podchodzić – przypomniała Róża.

- Wiem, zatem korzystajmy z okazji i rozejrzyjmy się, czy ktoś nie oberwał.

Widzieli kilka ciał leżących wokół miejsca walki.

- Trudno, musimy je spalić – powiedział Tymon – róbcie zaciemnienie.

Znaleźli czternaście ciał osób, które zostały zaatakowane nie tylko przez smoka, ale i przez inne potwory. Ułożyli je na stosie.

- Przydałby się duży ogień.

- Służymy pomocą – usłyszeli gdzieś z dołu. Przed nimi stało około dziesięciu smoków bagiennych- tam leży jeden z nas, wiemy co robić.

Smoki w kilka chwil spaliły ciała.

Ludzie tego nie widzieli. Widzieli tylko wielkie i niewyraźne postaci, które krążyły po placu.

- Nie da się już ukryć. Za dużo ludzi, za duże zamieszanie.

- Nie popadaj w pesymizm, może jakoś to odkręcimy – powiedział Tymon.

- Dobrze.

- Ktoś oberwał? – pytał Tymon zebranych Strażników.

- Na szczęście nie. Nawet Damian, chociaż ten ryzykował, jak dzieciak.

- O mnie mowa? – odezwał się tygrysołak i uśmiechał od ucha do ucha. Był bardzo z siebie zadowolony.

- Nie masz na sobie nawet plamki krwi – dziwili się koledzy z komisariatu – a przecież walczyłeś w samym środku tego piekła.

Damian wzruszył ramionami.

- Tak mam.

Róża uśmiechnęła się pod nosem. Krajan został bohaterem w oczach kolegów. Ale to dobrze, przestaną się go bać. Za to Honorata? Róża ponownie się zaśmiała. Gdyby to było możliwe, to zamiast oczu miała by dwa serca.

Zmarszczyła brwi i spojrzała groźnie na Damiana. Ten widząc jej minę przestał się puszyć i mruknął.

- Dobrze, już dobrze, wiem co robić.

Podszedł do dziewczyny, a ta zapytała.

- Nic ci nie jest?

- Nic a nic, no może trochę ręce mnie bolą.

- Oj, mój ty bidulku – powiedziała Honorata, wspięła się na palce i pocałowała Damiana w usta. Ten o mało nie upadł z wrażenia, ale szybko się pozbierał.

- Może omówimy to wszystko dzisiaj po służbie? – zapytał.

- Oczywiście, kiedy tylko chcesz.

Wszystkie strażniczki i Lena wydały z siebie jęk zachwytu.

- Baby – roześmiał się Tymon – a pan panie Karolu? Jak pan się czuje?

- Nie wiem – powiedział kapitan – chyba w ogóle się nie czuję.

I usiadł zmęczony na ziemi.

Kalina kopnęła Różę w but.

- To twój BOHATER, idź do niego.

- Nie jest…

- Już – prychnęła siostra.

Róża zmalała do normalnego wzrostu i usiadła koło Karola.

- Nie wiem czy mam pana chwalić czy besztać. Rzucił się pan w wir walki, jak jakiś…

- BOHATER – zaśmiał się gorzko Karol – nie mogłem tego powstrzymać. Ciągnęło mnie do tej walki, jak nie wiem. Ja nawet nie wiem, jakim cudem zabijałem wampiry. A właśnie, nie drasnęły mnie, czy coś?

- Nie panie Karolu, jest pan cały, choć trochę posiniaczony.

- I wie pani co jeszcze?

- Co?

- Ja nawet się nie próbuję zastanawiać, co się tu właściwie zadziało. Mnie to w ogóle, nie dziwi. Dlaczego?

- Dlatego, że już przyzwyczaił się pan do dziwnych zdarzeń.

- Ja nie o tym mówię. Ja mówię o was, co to w ogóle było? Czy taki wzrost jest w ogóle fizycznie możliwy?

- Tak. Dla nas tak. Tyle razy panu mówiłam, że nie jesteśmy ludźmi. Teraz zobaczył to pan na własne oczy.

- I w ogóle mnie to nie dziwi, w ogóle – położył się na zimnych płytach chodnika.

- Dostanie pan zapalenia płuc- powiedziała.

- Nie sądzę, tak mi krew w żyłach buzuje, że na pewno wszystkie zarazki się wystraszą.

- Dobrze, że humor panu dopisuje.

Ale Karol już nic nie powiedział, był potwornie zmęczony i miał totalny mętlik w głowie.

Podszedł do nich Marek Odolaniec.

- Władze wzywają nas do ratusza – powiedział do Karola.

- Teraz? – jęknął tamten.

- Teraz – spojrzał na Różę – pójdzie pani z nami?

Strażniczka porozumiała się z innymi Strażnikami.

- Tak – odparła po chwili – oni zajmą się resztą.

Pomogli Karolowi wstać. Był brudny, osmolony i powalany posoką pokonanych wrogów.

- Może pójdzie się pan najpierw przebrać? – zaproponowała Róża.

- Nie – uśmiechnął się złośliwie Karol – chcą nas teraz widzieć, to teraz.

 

 

 

 

Marek Odolaniec, Karol Nowak i Róża na salonach

Wsiedli do radiowozu, który zawiózł ich do ratusza. Oprócz prezydenta miasta oraz głównego komendanta, na spotkaniu pojawili się jacyś generałowie i ktoś z biura premiera.

- Nie wiem, jak pani, ale ja nie umiem im tego dobrze wytłumaczyć – powiedział Marek Odolaniec do Róży.

- Kim jest ta pani? – zapytał ktoś z ochrony.

- Dzięki tej pani żyjemy – powiedział twardym głosem Karol – ona jest z nami.

O dziwo, nikt się nie sprzeciwił.

Cała trójka stanęła naprzeciw władz i pierwsza odezwała się Róża.

- Przepraszam, ale czy dostaniemy jakieś krzesła, czy będziemy stać jak uczniowie na dywaniku przed dyrektorem. W końcu, to nie my zaczęliśmy rozróbę.

Ktoś przyniósł im krzesła, na które cała trójka klapnęła z ulgą.

- Wyjaśnicie nam, co się właściwie tam zadziało?

- A dlaczego właśnie my? – zapytał Marek Odolaniec, który był co raz bardziej zirytowany traktowaniem ich tak, jakby to oni wywalili wielką dziurę w ziemi i wyciągnęli z niej smoki.

- Ponieważ to pan zawiaduje komisariatem od spraw nadprzyrodzonych –odezwał się jeden z generałów - a poza tym walczyliście z tymi potworami – spojrzał znacząco na Karola.

- Dobrze – odezwał się Karol – wszystko wyjaśnimy. Są oprócz nas jeszcze trzy światy. Międzyświat, z którego pochodzi ta pani – wskazał na Różę – Baśniowa Kraina, skąd przybyli do nas Krajanie oraz Mroczne Podziemia, z których raz na jakiś czas wychodzi takie badziewie, jak dzisiaj. Tylko, że wam zasrane dupki nie chce się w to nadal wierzyć i najlepiej jest wam nic nie robić, tylko umywać ręce i wszystko zostawiać kilkorgu policjantom, którzy o dziwo, po raz kolejny uratowali świat od zagłady! – tego ostatniego zdania nie powiedział głośno, ale Róża aż się uśmiechnęła słysząc jego myśli.

- Szanowni państwo – odezwała się Róża – jestem Strażniczką i zawodowo walczę z takimi potworami. Nie chcieliśmy się ujawniać, ale nie mogliśmy zostawić was bezbronnymi.

- Mogliśmy użyć ognia, pocisków batalistycznych – powiedział generał.

- Oczywiście, a po jakim czasie byście się zjawili? Zginęło kilkunastu ludzi, gdyby nie my i policjanci z komisariatu dla nadprzyrodzonych, ofiar byłoby o wiele więcej. I jest jeszcze jedno pytanie, jakbyście zatkali dziurę?

- Nie wiem. Może zasypali ją piachem.

- Nie macie tyle piachu – powiedziała Róża, a potem dodała ostrym tonem – czas się obudzić panowie i panie. Nie jesteście tu sami, a Krajanie to nic w porównaniu z potworami z Mrocznych Podziemi. Zacznijcie współpracować, stwórzcie więcej takich posterunków, jak ten na Chmielnej. Krajanie są już w całej Polsce, a dziur z Mrocznych Podziemi może powstać jeszcze więcej.

- Tak, oczywiście – powiedział generał – na pewno coś z tym zrobimy.

Po czym pokazał jej filmik z placu defilad, gdzie kilku niewyraźnych Strażników biło się ze smokiem.

- A ci, to kto?

- To Strażnicy – powiedziała – ja też tam jestem, o tu – wskazała palcem.

Wojskowy popatrzył na nią z politowaniem.

- Tak, oczywiście. Ma pani trzy metry wzrostu.

- Tak, mogę mieć tyle wzrostu.

- Dobrze – odezwał się prezydent miasta – nie ma co się tu kłócić. Nikt z nas nigdy nie widział czegoś posobnego. Ta pani ma rację, pomogli nam pokonać jakieś złole. Mnie jest obojętne, kim oni są, ważne, że zostali pokonani. A panowie – zwrócił się do komendanta i kapitana – panowie zasłużyli na pochwałę i naszą wdzięczność. Dlatego wypłacimy wam wszystkim premię i dofinansujemy komisariat w rzeczy, których najbardziej potrzebujecie w walce z tymi monstrami.

- Tak, pan prezydent dobrze mówi – dodał ktoś z biura premiera – należy im się pochwała. I dodatkowy przydział ludzi. Powiedzmy… - zawahał się.

- Ilu chcecie? – zapytała niewinnie Róża.

- Nie wiem, może dziesięciu? Ale musimy ich dobrze sprawdzić – powiedział Marek Odolaniec.

- Powiedzmy dziesięciu – kontynuował polityk – tylko dobrze ich sprawdźcie.

- Dziękujemy za wyjaśnienie – dodał generał.

Karol i Marek Odolaniec nie wiedzieli tego, że w tym momencie z mediów i z telefonów znikały wszelkie filmiki i informacje o zajściu na Placu Defilad. A nawet jeśli, jakieś Strażnicy pominęli, to wiedzieli, że będą krążyć po Internecie jako fejki, w które nikt nie będzie wierzył.

- Także, dobra robota panowie i pani – prezydent skłonił się w jej stronę – wracajcie do pracy.

Cała trójka wstała i wyszła z pomieszczenia. Dogonił ich komendant Andrzej Pazyrski i na chwilę zatrzymał.

- Nie wiem, co się właściwie stało, ani co kombinujecie – powiedział do swoich podwładnych – ale i tak wam kibicuję.

Kiedy cała trójka wsiadła do radiowozu, panowie spojrzeli na Różę i komendant odezwał się jako pierwszy.

- Co to miało być?!

- Dostaliście pomoc i kasę – powiedziała – czy to nie wspaniałe?

- Co pani im zrobiła?

- Nie tylko ja – uśmiechnęła się od ucha do ucha – to był zmasowany atak Strażników.

Widząc ich poważne miny również spoważniała.

- Nie mogłam pozwolić na to, żeby panów zlinczowali i żeby byli panowie kozłami ofiarnymi całej sytuacji. Oni mieli zamiar powiedzieć wam coś o niewydolności waszej pracy, ofiarach, które nie powinny zginąć oraz o kumplowaniu się z obcymi, czyli z nami.

- Jak to obcymi.

- Chcieli wam wcisnąć zdradę munduru i obciążyć z to, że dopuściliście do powstania wyrwy. Nie mogłam na to pozwolić – dodała ciszej – są panowie i nie tylko wy, wszyscy z komisariatu wspaniałymi ludźmi. Bo tylko wy chcecie zrozumieć Krajan i chcecie to wszystko jakoś poukładać. Niestety wasze władze są co raz bliższe tego, żeby zacząć wykurzać stąd Baśniowe Stwory. Chociaż, to nie z nimi dziś walczyliśmy. Dla nich nie ma różnicy.

- Czyli uratowała nam pani tyłki? – zaśmiał się Karol.

- Nie ma za co.

- A to, co powiedział komendant, to też była pani sprawka?

- Nie. On rzeczywiście zaczął zmieniać zdanie na temat waszej roboty. I kto wie, może nawet polubi Baśniowie Stwory.

- Ale nie widział pani.

- Nie, nie widział.

- No dobrze – odezwał się Marek Odolaniec – nawet jeśli udało wam się wyczyścić media i głowy ludzi, to przecież kilkanaście osób zginęło.

- Wybuch gazu i pożar, nic z nich nie zostało – po czym dodała – lepszego wyjaśnienia nie mogliśmy wymyślić.

Zatrzymali się przy Placu Defilad. Panowie nie mogli wyjść z podziwu, że nie został nawet ślad po tym, że odbyła się tu walka.

- Mamy swoje sposoby żeby zatrzeć ślady – powiedziała Róża.

Wysiedli z samochodu i ruszyli w stronę komisariatu. Zanim się rozstali, kapitan jeszcze zapytał Różę.

- A co z tą wyrwą, była wielka i wydawało mi się, że pchają się do niej tysiące potworów. Czy to się jeszcze powtórzy?

Strażnicza pojrzała na nich poważnie.

- Chciałabym powiedzieć, że nie. Niestety, może być co raz gorzej. Dlatego udam się do Rady Starszych i tam mam nadzieję, że dostanę odpowiedź, która nam pomoże. Do widzenia panie komendancie i panu – Róża zaśmiała się – panie BOHATERZE.


kolejny odcinek 30 kwietnia

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"