Powróćmy, jak za dawnych lat- Mielno
Mielno, dzisiaj wielki kurort, imprezowania, a kiedyś nadmorskie miasteczko z klimatem, którego w maju tego roku już nie znalazłam.
Ale
nie mogę się dziwić, ani mieć pretensji, ponieważ ostatni raz byłam tam równo
30 lat temu. To dużo czasu i nie dziwne, że prawie nie poznałam tego miejsca.
Gdybym
chciała Wam opisać wszystkie moje wspomnienia z tego miasta, to wyszłaby mi
bardzo gruba książka, dlatego żeby Was nie zanudzić, wspomnę tylko kilka
rzeczy.
Do
Mielna jeździłam na wakacje od szóstego roku życia, a ostatni raz tam byłam
kiedy miałam prawie 18 lat. Kochałam to miejsce i znałam każdy kąt. Zaczęłam
tam bywać jeszcze za czasów PRL-u i mieszkałam w ośrodku „Mechanizator.”
Przyjeżdżali tam nie tylko Polacy, ale i rodziny niemieckie z dawnego NRD. Jako
dzieciak, w ogóle nie przejmowałam się tym, że nie znam języka i niemieckie
dzieci też. Bawiliśmy się razem, spędzaliśmy czas i tańczyliśmy na dyskotekach,
które były organizowane na miejscu. No i oczywiście przeżywaliśmy wakacyjne
zauroczenia – nie wiem, jak wyglądał Steffen, ale do dziś pamiętam, że on mi
się podobał i dla niego zrobiłam sobie cztery kucyki zamiast, jak normalna
dziewczynka dwa lub jeden. Za to mój brat i jego koledzy wytrzasnęli skądś
komiks „Wanda leży w naszej ziemi”, znany bardziej pod nazwą „O Wandzie, która
Niemca nie chciała”. Co jeszcze dziwniejsze, oni mieli to w polsko –
niemieckiej wersji. I oczywiście dali tym młodym Niemcom do czytania. Ale, to
chyba my mieliśmy większy ubaw niż oni. Poza tym u nich jest podobna historia,
tylko że Wanda i książę Rytgier żyli długo i szczęśliwie. W każdym razie, oni
to przeczytali, ale nie pamiętam ich reakcji na tę legendę.
Kolejna
ciekawostka z Mielna, to że ja i moi bracia byliśmy często brani za
obcokrajowców. Daleko nam do słowiańskiej urody, a jeszcze kiedy się
opaliliśmy, to w ogóle wyglądaliśmy, jak z „Ameryki”, bo tak nas dzieci
nazywały.
-
Ona i brat, to są Amerykanie, oni nie mówią po polsku.
-
Zostaw ją, ona nie zrozumie.
A
ja wewnętrznie miałam ubaw po pachy. Z bratem ciotecznym raz wykorzystaliśmy
naszą „Amerykańskość”, żeby dłużej huśtać się na huśtawce.
Siedzieliśmy
na niej i udawaliśmy, że mówimy po „angielsku”, inne dzieci mówiły do swoich
rodziców – „oni nie chcą zejść z huśtawki, my też chcemy się bujać.” Ale nikt
jakoś nie mógł się z nami dogadać. Chyba byliśmy świetnymi aktorami, bo nikt
nie odkrył, że jednak udajemy i że mówimy po polsku.
W
dawnych czasach końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych nie
mieliśmy wielkich wymagań. Cieszyliśmy się, że w Mielnie jest kino „Hawana” i
że w czasie pobytu nad morzem mogliśmy kilka razy pójść na seans dla dzieci
albo… albo obejrzeć film „Gremliny rozrabiają” i mało nie narobić w gacie ze
strachu. Właśnie przeczytałam, że film był dla dzieci od 13-go roku życia, a ja
miałam osiem czy dziewięć lat. Albo na „Gwiezdne wojny” – i wyjść z seansu, no
bo znowu prawie narobiło się w gacie. Dzisiaj już tego kina nie ma, w 2022 roku
budynek został zburzony, a samo kino przestało działać w połowie lat
dziewięćdziesiątych. W Mielnie mogliśmy również spotkać gwiazdy naszego
dzieciństwa czyli Pana Tik Taka i Ciotkę Klotkę. Mieli występy w muszli
koncertowej, której również dzisiaj już nie ma.
Kolejnymi
budynkami, których już nie, ma był „Bar pod kasztanami” oraz frytkarnia. Facet
podawał dwie rzeczy, placki ziemniaczane i frytki. I właśnie te frytki utkwiły
na zawsze w naszych sercach. Pędziliśmy po nie z plaży, w samych gatkach i z
kasą od mamy i mówiliśmy do pana – podwójną porcję frytek, poproszę. Pojedyncza
była za mała. Dostawaliśmy je w papierowych torbach, którymi trzeba było po
posoleniu frytek potrząsnąć, żeby sól rozłożyła się równomiernie. I wracaliśmy
na plażę. A na plaży też można było coś zjeść, jagodzianki i lody „Bambino”,
ale chyba największym hitem była oranżadka w cienkiej folii, jak się źle wbiło
słomkę, to wszystko się rozrywało i zalewało koc.
I
ostatnia z ciekawostek, w Mielnie działał salon gier, do którego uczęszczaliśmy
i wydawaliśmy złotówki. Raz tak zaszalałam, że przehulałam całą kasę na
słonecznika. Zupełnie nie wiem, jak to się mogło stać. Pewnie chciałam wygrać
wyścig albo pobić jakiegoś wroga.
Ja
mam więcej tych ciekawostek, ale jak pisałam na początku, mogłabym napisać o
nich grubą księgę, a chcę jeszcze podzielić się z Wami moimi wrażeniami, z
niedawnej podróży do Mielna, w którym nic już nie jest takie, jak dawniej. Moje
serce pękło.
Wjechałam
do Mielna i z jednej strony wydawało mi się znajome, a z drugiej obce. Niby
wiedziałam, gdzie jestem, ale trudno mi było znaleźć punkty zaczepienia.
Przejechałam całe miasteczko aż do Unieścia (które dzisiaj jest częścią Mielna)
i zawróciłam. I dopiero wtedy zaczęłam wyłapywać znane miejsca, ale i tak
skręciłam ulicę wcześniej niż powinnam, żeby dojechać do „Mechanizatora”, który
dzisiaj nim nie jest, za to są tam trzy
osobne, mniejsze pensjonaty. Ale bryła głównego budynku nic się nie zmieniła,
tylko ma inne kolory i nazwę. Zaparkowałam naprzeciw niego i ruszyłam zwiedzać
stare kąty.
Co ciekawe, to że wszystko wydawało mi się skurczone. Ale to pewnie dlatego, że jak się jest dzieckiem, to wszystko wydaje się większe. A z dorosłego punktu widzenie, są mniejsze ulice, mniejsze chodniki, tylko promenada została w starych gabarytach.Z miejsc, które pozostały i prawie się nie zmieniły, to na pewno lodziarnia, do której jako dzieciaki chodziliśmy na skróty przez płot ośrodka. Prywatny dom w stylu pruskim, w którym kiedyś właściciele przywiązali na dworze dobermana, który szczekał całą noc (i to nie jedną) i trudno było zasnąć. Alejka do frytkarni niby też została, ale już bez tego budynku, a na jego miejscu nic nie ma, pusty plac z tujami. Centralna część promenady też się zmieniła. Kiedyś stała tam wieża radiowęzła, z którego puszczano na plaży muzykę i dawano ogłoszenia o zagubionych dzieciach: Ola lat 5, ubrana w różowy kostium kąpielowy czeka na rodziców przy radiowęźle. Obok niego był plac szachowy z dużymi, figurami, dzisiaj też jest, ale gdzie indziej, bliżej centrum miasta. Dziś wszystko jest obstawione stolikami z różnych jadłodajni czy cukierni, ale Restauracja Meduza i Floryn pozostało niezmienione. Poszłam promenadą w drugą stronę i ponownie serce mi pękło, ponieważ w miejscu wydm, na których się bawiłam, stały nowe ośrodki wypoczynkowe, a co najgorsze, jeden z nich stał na tak zwanej przysusze. I nie jest to nazwa miejscowości. Przysucha lub patelnia, bo tak nazywaliśmy to miejsce, to był mały skrawek piaszczystej wydmy, która należała do Mechanizatora, na której opalaliśmy się, kiedy nad morzem wiało i był sztorm. Tymczasem na patelni było gorąco i bezwietrznie. Niestety, przestała istnieć.
W
Mielnie mieszkałam również w innym ośrodku wypoczynkowym „Fala Wrocław”, tam
też się udałam, ale pozostał z niego jedynie główny budynek ze stołówką. Boczne
bloki mieszkalne zostały wyburzone, a miejsce zarosło drzewami. Przeszła się też
kawałek główną ulicą, która mnie bardzo rozczarowała. Kiedyś było tam zielono,
dzisiaj panuje betonoza i stoiska z pamiątkami. Może gdybym przejeżdżała tam
tak, jak do Jastarni, to bym przyzwyczajała się do zmian, ale powrót po 30 latach
nieobecności był dla mnie szokujący. I nie zrozumcie mnie źle. To piękny
kurort, z pięknymi ośrodkami wypoczynkowymi, deptakami i jeziorem Jamno, ale to
już nie moje Mielno, to już jest dla mnie nowe miejsce.
Dziś
Mam
zamiar wybrać się tam jeszcze raz, ale na dłużej, na cały dzień, a nie dwie
godziny, może wtedy znowu poczuję ten klimat?
I kilka fotek reklamujących Mielno:)
*https://wip.pbp.poznan.pl/1281579/Wanda+le%C5%BCy+w+naszej+ziemi











.png)













Komentarze
Prześlij komentarz