Sobótka w gminie Jabłonna


 Się dziaaaaałoooo!

Zacznę od tego, że mój cioteczny brat sołtys zapytał mnie, czy jako historyk nie chciałabym w Sobótkę opowiedzieć o dawnych tradycjach związanych z tym świętem. Nawet sekundy się nie zastanawiałam, tylko od razu powiedziałam TAK! Wiecie, mikrofon, blask reflektorów, celebryckie życie gminy, nie mogłam odmówić.😀 

Od razu zabrałam się w swojej głowie do układania bloków tematycznych, które miałam poprowadzić na tym pikniku. Oczywiście testowałam je na uczniach, bo wiem, że jeśli ich zainteresuję tematem, to innych też mi się uda zainteresować. Dlatego był wpis o imionach słowiańskich, a jak już kiedyś znajdę czas wolny, to opiszę jeszcze niektóre słowa i oczywiście tradycje związane z Nocą Kupały czy Sobótką. Tak, te dwa święta różnią się od siebie.

 No i w sobotę po 16:00 wybrałam się na gminną imprezę sobótkową. 



Gorąco było strasznie, roztopiłam się, ugotowałam i usmażyłam się ze dwadzieścia razy, ale było warto. Ale zacznę od początku.

Na terenie Nadleśnictwa Jabłonowskiego, na polanie, w lesie, w Skierdach została zbudowana wioska słowiańska. Po jej uroczystym (ale na luzie) otwarciu, nasze władzę samorządowe (też na luzie) zasadziły dąb Światowid.   I rozpoczęła się zabawa. Na dzieci i dorosłych czekało mnóstwo atrakcji. Były oczywiście obowiązkowo - wozy strażackie. Strażacy ulitowali się nad nami i zrobili fontannę wodną ze szlauchów. Dzieci miały największą radochę. Była też policja i wozy policyjne oraz te z nadleśnictwa. Leśnicy zagrali nam kilka razy pięknie na rogach:). Odbył się uroczysty przejazd motocyklowy, pokaz psów myśliwskich oraz sokołów i sów. Nasze władze nakarmiły nas bigosem z dzika (bardzo dobry) i napoiły wodą, co bardzo przydało się w tym skwarze. Co prawda myślałam, że ten bigos nie zejdzie, ale potem okazało się, że i tak dobrze, że się na niego załapałam. Został wyjedzony do ostatniej łyżki. Był pyszny. A jeśli ktoś nie chciał bigosu, to mógł przynieść wałówkę ze sobą i np. upiec kiełbaskę (swoją) na ognisku. Oprócz tego, były inne stanowiska, gdzie można było kupić lody, lemoniadę chleb (bardzo dobry, nadal go zjadam), gofry, popcorn i bitą śmietanę oraz pajdę chleba ze smalcem lub smalcem wege z fasoli. Ale ja nie jestem wege, więc wzięłam zwykły, ale ze śliwką. Pychota. Prowadzona była też zbiórka i licytacja na chorego strażaka z Legionowa, a poza tym można było kupić sobie wyroby rękodzielnicze, mojej ciotecznej bratowej t.j. deski do krojenia na biwak, podkładki pod gorące garnki, skrzyneczki na kwiaty, a nawet drewnianą kapibarę lub Mańka z Epoki Lodowcowej.

 

Oprócz "kramów" z jedzeniem były też atrakcje dla dzieci i dorosłych. Mój brat robił z dziećmi budki dla ptaków i nietoperzy, inny znajomy z żoną prowadził warsztaty malarskie, a obok nich odbywało się wyplatanie wianków. Leśnicy opowiadali o życiu w lesie i pokazywali np. czaszki czy rogi zwierząt, a obok znajdował się kącik zielarski. Dużą atrakcją był pan "Kozak" z żoną, którzy przebrali się w stroje z epoki, a pan "Kozak" opowiadał o strojach i broni, którą prezentował w małej jurcie.  Było też stanowisko pszczelarskie, gdzie inny pan opowiadał o tych owadach i miodzie. Także, było na bogato. I to, co mi się najbardziej podobało. Nie było żadnych kramów z plastikowymi zabawkami. Dzieci w zamian za to mogły brać udział w różnych warsztatach edukacyjnych, rzucać skręcone z drewna kółka na kołki, czy skakać na ekranie. Ostatnie już tłumaczę. Był postawiony nadmuchiwany ekran, na którym ostatecznie nic nie wyświetlono, ale dzieciaki szybko zrobiły z niego dmuchańca do skakania. 

Pośrodku placu było ułożone drzewo na ognisko, które zapłonęło po godzinie 20:00, kiedy było już chłodniej. 

No, ale co ja tam robiłam? Ja prowadziłam dialog z ludźmi oraz opowiadałam im różne historie. Brylując z mikrofonem prosiłam ludzi, żeby głośno czytali imiona słowiańskie t.j. np.  Chociebąd, Cirzpibog, Świętożyźń czy Żyrborka. Albo wyjaśnili mi znaczenie takich słów, jak:" chędożyć, sprośny czy pupki. I od razu mówię, że to nie oznacza tego, co myślicie, ale o tym będzie w osobnym wpisie. To były krótkie występy, ale po rozpaleniu ogniska miałam i ja swoje pół godziny sławy😀. Opowiadałam o tradycjach Nocy Kupały i Sobótki, wyjaśniałam różnice, ale i tu prosiłam ludzi o to, żeby odpowiadali na moje pytania. I najbardziej podobała mi się wypowiedź jednego pana, która brzmiała mniej więcej tak:

Ja się pytam:

- Czy szukał pan kiedyś kwiatu paproci? 

- Oczywiście - odparł pan, uśmiechając się pod wąsem - i czterdzieści lat temu znalazłem i wciąż go mam.

- No to gratuluję - powiedziałam, a on jeszcze dodał:

- Ale świeżymi paprotkami też nie pogardzę, he, he, he.

No i taki dowcip mu się udał. 

A o tym, co mówiłam, będzie w osobnym wpisie o zwyczajach słowiańskich w pigułce. 

 

Po tym występie w końcu mogłam odpocząć i zjeść ten bigos z dzika i pajdę chleba ze smalcem. Tymczasem zmierzch zapadał, ludzi rozkładali koce, zapalali ogniska, biesiadowali w towarzystwie i nie wiem, do której się bawili, bo ja do domu wróciłam około 22:30 sztywna ze zmęczenia, ale radosna.  

To było bardzo fajne wydarzenie, w którym wzięli udział tak zwani tubylcy, więc czułam się, jak wśród rodziny. Poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi w tym szefa nadleśnictwa, którego serdecznie pozdrawiam i panów leśników, którzy prowadzili całą imprezę, ich też pozdrawiam i dziękuję za fajną współpracę. I oczywiście wszystkich naszych sołtysów z moim bratem ciotecznym na czele, również pozdrawiam i dziękuję za zaproszenie mnie w roli "eksperta" 😀od Słowian i tradycji.

Linki do oglądania zdjęć i filmik Nadleśnictwa Jabłonna:

 https://www.facebook.com/reel/1544000483900212

https://www.facebook.com/profile.php?id=61582571440904&locale=pl_PL

Komentarze