Cypr - cz.3
Plan był taki, żeby nie mieć planów, więc zaplanowałyśmy, że spędzimy drugi dzień naszego pobytu na różnych aktywnościach. I rzeczywiście było bardzo aktywnie, gdyż o 12 w nocy miałam 28896 tysięcy kroków, a nie było to tylko chodzenie, bo i pływanie w basenie oraz tańce, a tego zegarek aż tak skrupulatnie nie liczył. Pogoda była w kratkę, więc kąpiel w zewnętrznych basenach była wykluczona, dlatego poszłyśmy na kryty basenik w piwnicach hotelu. Było tam jeszcze jacuzzi oraz sauna, z czego również skorzystałyśmy. Dla mnie jak zwykle najważniejsza była sauna. Tak, jak uwielbiam morsowanie, tak też lubię wygrzewanie w saunie. Mogłabym w niej spać. Ona mnie odpręża i relaksuje i świat od razu wydaję mi się piękniejszy. Po wodnych atrakcjach przyszedł czas na obiad, a potem wybrałyśmy się pieszo do centrum turystycznego w Pafos. Rozważałyśmy, czy nie pojechać taksówką albo autobusem, ale ostatecznie wybrałyśmy pieszą wędrówkę wzdłuż morza. Spacer był dosyć długi bo szłyśmy ok. godziny, ale dla tych widoków było warto.
Podczas tej wędrówki w końcu zauważyłam, że w mieście jest pełno kotów. Bezpańskich, ale oswojonych i dobrze odżywionych. Były piękne, ale ja, jako alergik oczywiście się do nich nie zbliżałam. Cypr to kocia wyspa, co znalazło potwierdzenie, kiedy weszłam do sklepu z pamiątkami. Mnóstwo gadżetów miało koci motyw.
W końcu dotarłyśmy do głównej promenady, na której zrobiłyśmy sobie relaks przy drinku w knajpie. Chciałyśmy usiąść na zewnątrz, ale że co chwilę padał deszcz i wszystko było mokre, musiałyśmy usiąść w środku. Pan podczas zbierania od nas zamówienia w pewnej chwili powiedział:
-
Ale wiecie, że te drinki są zimne?
-
Tak.
-
Ale jest zima i zimno?
-
Ale my jesteśmy z Polski, nam jest ciepło. (było z 17-16 stopni na plusie)
Pan
nie dowierzał, bo jeszcze kiedy przygotowywał napoje dawał nam znaki, żeby się
upewnić, czy na pewno chcemy zimne napoje. Na zdjęciach możecie je sobie
obejrzeć. Mój oczywiście był bezalkoholowy, ale również z lodem. Nam było
ciepło, ale dla Cypryjczyków wiało chłodem, dlatego wewnątrz pomieszczenia została
umieszczona misa z kamieniami (węglami?), które żarzyły się i dawały ciepło.
Po kolacji rozleniwiłyśmy się i poszłyśmy leżeć, ale na tym się dzień nie skończył. Po jakimś czasie ruszyłyśmy na hotelowy parkiet, który znajdował się w podziemiach. I nasze marzenie zostało spełnione, nikogo tam nie było, tylko my i muzyka. No i obsługa i jeden pan, który przyszedł na piwo. Okazało się, że na górze po animacjach zapominano zaprosić gości na dyskotekę. Nam to w ogóle nie przeszkadzało, bo cała sala była dla nas. Około 12 w nocy rozbawione i roztańczone pojechałyśmy taksówką w miasto. Wylądowałyśmy w knajpie z mini parkietem i tam balowałyśmy do zamknięcia. Mogłyśmy poczuć się, jak jakieś gwiazdy, bo ledwo taksówka podjechała pod drzwi tancbudy, już jeden z pracowników podbiegł i otwierał nam drzwi. Uśmiechał się od ucha do ucha i witał piękne panie:). To byłyśmy my.:) Przyszłyśmy tańczyć, więc zajęłyśmy parkiet, chociaż musiałyśmy go dzielić z młodymi gniewnymi z Wielkiej Brytanii, ale oni w pewnym momencie odpadli. DJ jakoś odkrył, że jesteśmy z Polski i puścił jakiś utwór z tych, co to my nie go słuchamy. Chyba zdziwił się, że nie tańczymy, bo wyszedł zza konsoli i podszedł do nas z pytaniem, co ma nam zagrać. Pewnie zdziwił się jeszcze bardziej, bo nie poprosiliśmy o nic polskiego. Dzięki temu, że DJ zaczął grać pod nasze gusta prawie nie schodziłyśmy z parkietu. A nawet tańczyłyśmy poza parkietem, a co? W naszym wieku, można bawić się gdzie się chce. Na koniec imprezy DJ bardzo nam dziękował, mówił, że świetnie tańczymy i że zaprasza nas ponownie. Do hotelu odwiózł nas ten sam pan kierowca i w szampańskich humorach poszłyśmy spać.















Komentarze
Prześlij komentarz