Strażnicy - odc.12
Lili może i była głupim elfikiem, ale już ona swoje wiedziała.
Duzi ludzie nie będą się z niej śmiać i mówić, że się nie nadaje. Została
policjantką, miała piękny, różowy mundur, więc wszystko będzie dobrze. Jedyne
czego jej brakowało, to przeszkolenie w posługiwaniu się bronią. Widziała, że
pan kapitan – tu pojawiły się w jej oczach serca- nosi przy sobie pistolet,
nawet pani Róża miała swoją laskę, którą potrafiła wymachiwać, że hej.
Dlaczego, więc i ona nie miałaby mieć broni. Jeszcze im pokaże.
Te wszystkie myśli tłukły jej się po głowie, kiedy siedziała w
swoim domku dla lalek i majsterkowała. Pierwsze próby nie wyszły jej najlepiej,
ale pracowała wytrwale i w końcu była zadowolona z efektu swojej pracy.
W rączce trzymała procę.
- To jest broń w sam raz dla mnie. Odgonię wszystkie wrony. A jak
taka do mnie podleci, to strzelę jej prosto w oko.
No i strzeliła za pierwszym razem, ale sobie w palec. Długo poskakiwała
ssąc go i wykrzykując w myślach słowa, o które nikt by nie posądził
niewielkiego elfika. Już miał rzucić procę w kąt, ale stwierdziła, że nie może
się ot tak, po prostu poddać. Dlatego spróbowała jeszcze raz.
Wyszła na balkon i pofrunęła na krawędź balustrady. Stanęła na
niej drobnymi stópkami i przeszła do doniczek z pelargoniami. Tam ukryła się
wśród kwiatków i zaczęła obserwacje. Na drzewie rosnącym na podwórku co i raz
przysiadały ptaki, były to wróble, wrony i gołębie, a ona strzelała do wszystkich
na raz. Najbardziej cieszyła się, kiedy udało jej się któreś trafić. Fikała
wtedy koziołki i wykrzykiwała.
- Tak. Hura. Udało mi się!
I kiedy tak bawiła się w najlepsze na doniczkę, w której siedziała
padł cień. Uniosła głowę i zobaczyła bardzo niezadowoloną panią Różę.
- No właśnie zastanawiałam się, co te ptaki tak wrzeszczą, aż w
końcu usłyszałam twoje piski i widzę, że dobrze, że przyszłam – wyciągnęła rękę
– oddaj procę.
Lili zabzyczała.
- To nie jest zabawa. To jest męczenie zwierząt.
Lili znowu zaczęła bzyczeć.
- One nie atakują cię dla zabawy, tylko dlatego, że są głodne. I
tak. To jest różnica. Oddaj procę.
Jeden krótki bzyk i Lili odwróciła się na pięcie, założyła ręce na
piersiach i dumnie zadarła głowę.
- Jak to mi nie oddasz.
Długo trwało, aż Lili się odezwała i zaczęła coś Róży tłumaczyć.
- Oczywiście, że policjanci mają broń – odpowiedziała Róża – ale
nie używają jej bez potrzeby.
Lili zabzyczała wojowniczo.
- Ćwiczysz. A myślisz, że pan kapitan trenuje strzelanie z
pistoletu na żywych ludziach?
Elficzka wyraźnie się zawstydziła i machnęła nogą, żeby ukryć
zakłopotanie. Róża zmiękła.
- Rozumiem, że chcesz być samodzielna i bronić się przed atakiem
drapieżników, ale nie możesz na nich trenować. Zrób sobie tarczę czy coś i do
niej celuj.
Lili rozpromieniła się i podziękowała Róży za radę. Po kilku
chwilach z małego domku dochodziły odgłosy piłowania i stukania młotkiem.
Zombie w akcji
Karol wybrał się po służbie do Róży. Dochodziła godzina 21:00 i
zapadał powolny, lipcowy zmierzch. Sklep zielarski był już zamknięty, tak samo,
jak mała przychodnia, dlatego od razu skierował się do bramy, za którą
znajdowały się drzwi do części mieszkalnej kamienicy.
Nawet do nich nie doszedł, ponieważ wyszła przez nie Róża.
Ewidentnie gdzieś się spieszyła.
- A to pan – uśmiechnęła się promiennie – dobrze, że pan jest.
Będzie mógł pan w praktyce wykorzystać swoje nowo nabyte umiejętności.
I kiwnęła do niego ręką, zapraszając do samochodu.
- Może pani mówić jaśniej?
- Nie ma czasu, proszę wsiadać, wytłumaczę wszystko po drodze.
- Wzięła pani pod uwagę, że mogę nie chcieć jechać albo, że mam
jakieś plany na wieczór.
- Panie Karolu, dobrze wiem, że przyszedł pan ze mną porozmawiać,
a zatroskanej miny wnioskuję, że temat jest poważny, dlatego ja wiem, że pan
nie ma planów na wieczór, a porozmawiać możemy w samochodzie.
Mężczyzna skapitulował i wsiadł z nią do wozu.
- Może chociaż powie mi pani, gdzie jedziemy?
- Na Służew, do stadniny koni – powiedziała.
- Wieczorem?
- Tak. Bo tylko wtedy możemy je spotkać.
- Kogo?
- Zombie.
Karol przez kilka chwil nic nie mówił, w końcu zapytał.
- A po co nam zombie?
- Po nic – odparła Róża – musimy je wyeliminować. A dokładniej
mówiąc, spalić i zatkać dziurę, z której wyłażą.
- Wiem, że należą do Mrocznych Podziemi, ale skąd pani wie, że są
właśnie tam.
- Ponieważ wytropił je jeden z moich braci Strażników. On już tam
jest i czeka, aż przyjedzie nas więcej. Mówił, że odkrył niezłe gniazdo,
kilkanaście sztuk.
- Czytałem w tej książce, że one nie są za szybkie, ale za to
bardzo silne i że jak człowieka złapią, to już po nim. Mózg zjedzony i człowiek
przemieniony.
- Dokładnie. Dlatego wzięłam pochodnie na dłuższym kiju, żebyśmy
nie musieli za bardzo się do nich zbliżać.
- Wiedziała pani, że przyjdę?
- Nie – przyznała Róża – ale skoro się pan napatoczył, no to tym
lepiej. Będzie miał pan praktyki pod naszym czujnym okiem i jak kiedyś spotka
pan jakiegoś zombiaka, będzie pan wiedział, co robić.
- Marzyłem o takim wieczorze – mruknął do siebie Karol.
Róża ruszyła samochodem, a jemu wywietrzały z głowy wszystkie
wilkołaki czy zombie, ponieważ znowu jechała jak szalona, za nic mając przepisy
prawa drogowego.
- Czy pani nie umie jechać normalnie? Jak człowiek?- mówił przez
zaciśnięte zęby.
- Gdybym była człowiekiem, to owszem – roześmiała się Róża, a
potem zapytała – o czym chciał pan ze mną porozmawiać?
- Lepiej niech pani uważa na drogę, rozmowa może poczekać – dukał
niewyraźnie.
Strażniczka zlitowała się nad nim i zwolniła, do przepisowych 50
km/h.
Karol odetchnął wyraźnie i wysapał zmęczony.
- Rozumiem, że dla pani to fraszka, ale dla mnie przeżycie
ekstremalne.
- Ma pan rację. Przepraszam – powiedziała.
- Nic nie szkodzi – uspokajał oddech i żołądek, który miał
wrażenie, że podszedł mu pod gardło.
- Mamy 10 minut, może pan mi opowiedzieć o wizycie wilkołaków.
- Skąd pani… - machnął ręką i nie dokończył pytania.
- Sama im pana poleciłam.
- Bardzo dziękuję – parsknął – mało nie narobiliśmy z komendantem
w gacie.
- W końcu to wilkołaki, szczyt łańcucha pokarmowego.
- Naprawdę żywią się ludźmi?
- Nie, żywią się, jak ludzie, kotletem schabowym i befsztykiem,
ludzi tylko rozszarpują na strzępy.
Karol przymknął oczy i mruknął.
- Nie wiem, czy chciałem to usłyszeć.
- W Baśniowej Krainie wilkołaki żyją głównie w górach. Dzielą się
na kilka klanów, które nie wchodzą sobie w drogę. Są bardzo terytorialne i nie
lubią, kiedy obcy kręcą im się pod nogami. W górach działa wiele kopalni złota,
srebra i drogich kamieni, które wydobywają co prawda krasnoludy, ale kontrolę
nad nimi mają właśnie wilkołaki. Są bogate, mają wielkie zamki i wielu
poddanych. Nie mają potrzeby polować na ludzi, chyba że ci im podpadną.
- To znaczy?
- Jak mówiłam, są bardzo terytorialne, jeśli wejdzie ktoś
nieproszony na ich teren albo coś im się ukradnie, wtedy nie ma dla takiej osoby
ratunku. Ale na co dzień trzymają swoją naturę na wodzy.
- A pełnia księżyca?
- No tak, jest jeszcze pełnia i wtedy rzeczywiście przestają
myśleć i kierują się instynktem. I rzeczywiście mogą rozszarpać każdego, kogo
spotkają na swojej drodze. Ale i na to znaleźli sposób. Kiedy zbliża się ten
czas, zamykają się w swoich pokojach na cztery spusty i z nich nie wychodzą.
- Skoro lubią góry i są
bogaci, to co robią w Warszawie?
- Biznesy. Pewnie ten klan otworzył tu filię firmy. Ale nie
powiedziałam panu o jeszcze jednej grupie wilkołaków, tej groźniejszej.
- A ci nie byli wystarczająco groźni?
- Ci to grzeczni panowie w garniturach, ale są jeszcze dzikie
wilkołaki. Raz na jakiś czas w ich rodzinach rodzi się taki osobnik, który
nigdzie nie pasuje. Woli być w skórze wilkołaczej niż w ludzkiej. Jest
samotnikiem i rzadko wychodzi z lasu. Żyje, jak dzikie zwierze w jaskiniach,
norach lub pod gołym niebem. Atakuje szybko, bez zastanowienia i nie da się z
nim dogadać. To właśnie ten rodzaj najbardziej utarł się w ludzkiej pamięci. Z
tym, że dzisiaj takiego dzikusa klan wypuszcza w określony teren i robi
wszystko, żeby z niego nie uciekł. Nie zawsze zdołają takiego upilnować i
zazwyczaj znajdują go tam, gdzie kogoś rozszarpał.
- Skoro są tacy ucywilizowani, to czemu wzbudzają taki trach?
- Pierwotny instynkt ofiary, nie da się tego obejść. Można
zminimalizować, ale człowiek nigdy nie będzie się przy nich czuć pewnie.
- A Strażnik?
- My się ich nie boimy. Mało tego wilkołaki, to dobrzy mężowie i
ojcowie. Bardzo dbają o swoją rodzinę.
- A są dziewczyny wilkołaki?
- Nie. Lykantropia przechodzi tylko na mężczyzn, ale mają córki.
Wszystkie są piękne i mądre. Ojcowie wysyłają je do najlepszych szkół i na
dwory królewskie lub książęce. Zostają żonami koronowanych głów albo same
tworzą swoje państwa i nimi kierują. Są doradcami polityków, pracują w tajnych
służbach. Bo mimo, że lykantropia ich fizycznie nie dotyka, to jednak
dziedziczą kilka zdolności. Są szybsze od człowieka, mają lepszy wzrok, słuch i
węch. Są silne fizycznie, chociaż nikt by się tego nie spodziewał, ponieważ
często są filigranowe i drobne.
- Skoro są tak dobrze zorganizowani i potrafią tropić ofiarę do
skutku, to czemu nie mogą znaleźć swoich synów?
- Nie wiem. To zagadka dla pana. Ja tylko przypuszczam, że w tym
świecie natrafili na jakąś przeszkodę, której nie rozumieją, a która ucięła
ślad. Co to jest? Nie wiem. Z tym, że jestem pewna, że jak już ją poznają i
przejdą, to dla tych osób, które porwały chłopaków nie ma już ratunku. Nic ich
nie powstrzyma. O, jesteśmy na miejscu – ucięła temat Róża.
Zatrzymała samochód na parkingu niedaleko toru wyścigowego i
wysiadła.
Karol poszedł w jej ślady. Zobaczył, że kilka kroków od niego
stała grupka osób. Poznał, że to Strażnicy. Jeden z nich podszedł do Róży i się
przywitał. Potem spojrzał na Karola i się do niego uśmiechnął.
- Witam pana kapitana, widzę, że Róża dba o to, żeby się pan nie
nudził – postawny mężczyzna wyciągnął do niego rękę i mocno uścisnął. Był
wysoki i szczupły, włosy miał ciemne i krótko ostrzyżone, a twarz okalała
dobrze utrzymana broda. Na oko miał trzydzieści kilka lat, ale Karol wiedział
już, że to może być mylne. Spotkał już tego Strażnika przy polowaniu na
wampiry. Tym razem, to on zainicjował polowanie na zombie – pewnie się sobie
przedstawialiśmy, ale przypomnę, mam na imię Tymon.
- Dobry wieczór – powiedział Karol – proszę mi wierzyć, ja nie
wiem, co to nuda. I mam jutro odwiedzić wilkołaki w ich domu.
- Fiu fiu – zagwizdał Strażnik – zaimponował mi pan. Wchodzić w
paszczę wilka i to z własnej woli…
- Pan kapitan idzie do nich, ponieważ synowie Wrega i Werga gdzieś
się zapodziali – powiedziała Róża i zwróciła się do Karola – wiem, że chciał
mnie pan spytać, czy będę mogła pojechać. Niestety nikt z nas nie może, nie
możemy się wtrącać. Ale potem może mi pan wszystko opowiedzieć.
Karolowi zrzedła mina.
- Szkoda. Może chociaż dostanę jakieś wskazówki? Co zrobić, żeby
mnie nie rozszarpały?
- Nic – wzruszyła ramionami Róża – zaprosili pana, więc nic panu
nie grozi. Tylko proszę niczego bez ich wiedzy nie wynosić, a wszystko będzie w
porządku.
Przerwali rozmowę, ponieważ z oddali usłyszeli głuche zawodzenie.
Zombie wchodziły na powierzchnię od strony stawu, który znajdował się niedaleko
od toru wyścigowego.
- No, to do roboty – powiedział Tymon i otworzył bagażnik swojego
samochodu. Wyjął z niego pochodnię.
Róża i reszta Strażników poszła w jego ślady. Karol dostał taką na
najdłuższym kiju i radę.
- Proszę starać się podejść do nich od strony pleców. Jak, sam pan
wie, nie są za szybkie. I proszę uważać, żeby czasem któryś z nich nie znalazł
się za panem.
- Idziemy – zakomenderował Strażnik.
Przeszli przez niemalże całą długość toru i skręcili w lewo. W
cieniu za zakrętem majaczyły jakieś sylwetki.
- To one – szepnęła do Karola Róża – widzi pan, jak chodzą?
Widział. Szły powoli, kiwając się na boki lub powłócząc nogami.
Niektóre z nich miały ręce wyciągnięte do przodu, jak lunatycy. Kiedy kilka z
nich weszło w światło latarni, Karolowi zrobiło się niedobrze. Co innego,
oglądać takich na filmach, a co innego zobaczyć ich na żywo. Gnijące twarze,
odpadające kawałki skóry, wystające białe kości z połamanej nogi czy ręki.
Wydawały głuche jęki, które przyprawiały go o ciarki na plecach. Ale najgorszy
z tego wszystkiego był smród. Karol, jako policjant miał do czynienia z
rozkładającymi się zwłokami, ale nigdy w takich ilościach. Poczuł, że Róża
ciągnie go za rękaw. Spojrzał na nią. Bez słowa dała mu chustkę, która była
nasączona jakimś specyfikiem, który neutralizował trupi swąd.
Kapitan przewiązał sobie nią twarz i odetchnął.
- Dziękuję – powiedział do niej.
- Nie ma za co.
- Naliczyłem dwanaście
sztuk – poinformował Strażnik- Ja, Róża, pan kapitan i jeszcze bliźniaki – tu
zwrócił się do innych Strażników – wsadzimy im pochodnie w tyłki. Reszta idzie zatkać dziurę. Kilka
osób oderwało się od nich i omijając zombie szerokim łukiem podążyli do wyrwy w
ziemi. Karol widział ich w oddali, jak zapalali pochodnie.
Oni też to zrobili i Tymon zakomenderował.
- Idziemy. Pamiętajcie, najlepiej zachodzić ich od tyłu.
Łatwo było powiedzieć, a trudniej zrobić. Po pierwsze, zombie
widząc ich grupę z pochodniami, powoli, bo powoli, ale rozpierzchli się na boki
i dobrze wiedząc, co ich czeka wciąż stawali do nich twarzami.
- Są inteligentne – zdziwił się Karol.
- Nie, to żywe trupy, nawet nie mają mózgów. Ale jest, coś
takiego, jak instynkt przetrwania.
- A można je zaatakować z przodu?
- Można, ale to ryzykowne.
Tymczasem Tymon doskoczył do pierwszego i wbił mu pochodnię w
plecy.
Zombiak zaskwierczał i na jego całym ciele buchnęły płomienie.
Kapitan zauważył, że potwór nawet nie zmienił tonu swoich jęków, za to
ewidentnie zaczął iść w stronę stawu, żeby ugasić płomienie.
- Odetnijcie mu drogę – krzyknął Tymon. Róża podskoczyła do zombie
i machała mu przed twarzą pochodnią, co powodowało, że ten nie mógł dalej iść.
Karol zauważył, że zombiaki płonęły wolniej niż wampiry.
- Uważaj – wykrzyknął do niego jeden ze Strażników i pociągnął go
za tył bluzki. W tym samym momencie machnęły Karolowi przed nosem cuchnące
ręce.
- Proszę być czujnym – poradził Strażnik i rzucił pochodnią w
napastnika.
To już drugi, który płonął.
Kapitan skorzystał z okazji i podpalił trzeciego.
Od strony stawu usłyszeli wrzask wściekłości i głośne przekleństwa
Strażników.
Przez krzaki widać było tańczące płomienie pochodni, które
podpalały kolejne potwory. Po dwudziestu minutach wszystko się skończyło.
Po zombie zostały na ulicy oleiste plamy, na których dogorywały
ostatnie płomienie.
- Zatkaliśmy dziurę – powiedział jeden ze Strażników do Tymona –
ale wokół stawu było ich jeszcze sześciu.
- Dziura była duża?
- Nie, jedna z mniejszych.
- Zajrzeliście do środka.
- Nie było czasu.
- No trudno. Może następnym razem się uda. Dobra robota kochani.
Możemy wracać do domu i cieszyć się ciepłym i miłym wieczorem – zakończył
spotkanie Tymon, pomachał im na pożegnanie ręką, po czym wsiadł do samochodu i
odjechał. Na placu boju została tylko Róża i Karol. A to tylko dlatego, że
kapitan wiedziony policyjnym instynktem, musiał sobie wszystko dobrze obejrzeć
i przeanalizować.
- Może mi pani powiedzieć, gdzie była ta dziura? – ruszył w stronę
stawu.
Strażniczka pokazała mu palcem miejsce grubo zarośnięte krzakami.
- Nic nie widzę – powiedział do niej.
- I nic pan nie zobaczy. Ja jeszcze zauważam niebieskawą poświatę
po zamknięciu, ale za kilkanaście minut i ja nie będę widziała różnicy.
- Acha. A czemu pan Tymon
chciał, żeby Strażnicy zajrzeli do środka dziury?
- Przez te wyrwy można trochę podpatrzeć, co się dzieje w Mrocznym
Podziemiu. Na przykład, czy nie ma innych wyrw albo ile jeszcze potworów stało
pod tą, którą zamknęliśmy.
- Czyli, że obok tej może powstać nowa?
- Obok? Nie, to by było bez sensu, ale z pewnością gdzieś się
jakaś znajduje. Gdybyśmy to zobaczyli, łatwiej nam by było ją zlokalizować i
zlikwidować.
- Jak?
- Nie umiem panu wytłumaczyć. My widzimy więcej niż pan. Inaczej,
wymiarowo, wielopłaszczyznowo. Tak mamy. Przychodzi nam to naturalnie.
- Nie szkodzi. Jeszcze jedna niewiadoma w tę czy w tę, nie robi mi
już różnicy – powiedział lekko się uśmiechając.
- Cieszę się, że mimo wszystko humor panu dopisuje.
Od razu zrzedła mu mina.
- Jutro mam iść do wilkołaków. Komendant chciał, żeby pani ze mną
poszła.
- Już mówiłam. Nie mogę się oficjalnie wtrącać, ale potem może pan
mi wszystko opowiedzieć, wtedy jak będę w stanie, to pomogę.
Karol westchnął i się poddał.
- No nic. Może mnie nie zjedzą. A jeśli już, to mam nadzieję, że
będę łykowaty i im zaszkodzę.
Róża roześmiała się serdecznie i poklepała go po plecach.
- Chodźmy. Zawiozę pana do domu.
Późną nocą Karol dostał sms od Róży.
„Przemyślałam sprawę. Co prawda ja nie mogę jechać, ale mogę
wysłać z panem Lili. Ona już z radości fika koziołki.”
- A na co ona mi się przyda – burknął Karol – ugryzie któregoś w
ucho?
Przyszedł kolejny sms.
„Proszę się tylko nie złościć. Każdy Krajan jest wartościowy, a
ona naprawdę może pomóc. Wciśnie się tam, gdzie pan nie wejdzie. Dobranoc.”
- Czy ona czyta mi w myślach na odległość?
Kolejny odcinek 1 marca

Komentarze
Prześlij komentarz