Cypr - cz.2
Podczas pobytu na Cyprze przypomniałam sobie, że kiedy planowałyśmy z dziewczynami wyjazd, to brałyśmy pod uwagę najpierw Włochy. Wtedy jedna z moich przyjaciółek powiedziała: „We Włoszech w grudniu jest zimno i pada deszcz, pojedźmy w styczniu na Cypr, będzie lepsza pogoda.” Śmieję się z tego do dziś, ponieważ przez cały pobyt miałyśmy pogodę w kratkę. Znowu poczułam się, jak w Jastarni latem, czyli było czasem słońce, czasem deszcz. Na szczęście było ciepło, więc nawet jak nas zmoczyło na spacerze, to nasze ubrania szybko schły.
Jak
pisałam wcześniej, podczas pierwszego dnia naszego pobytu byłyśmy na wycieczce
po Cyprze, która bardzo nam się podobała, mimo, że kilka razy nas zmoczyło i
dwa razy padał grad. Ale opisywać tego już nie będę, tylko przejdę do wieczora.
Wieczorem słuchałyśmy, jak pan gra na skrzypcach do różnych utworów muzycznych.
I na tym momencie chciałabym się przez chwilę zatrzymać. W hotelu było mnóstwo
Polaków, którzy również przyszli na wieczorek przy skrzypcach. Pan grał i grał,
a ja w pewnym momencie powiedziałam do dziewczyn:
-
Nie zdziwi mnie, jeśli zaraz zagra Zenka Martyniuka.
I stało się. Martyniuk z zielonymi oczami został zagrany. Polacy zerwali się do tańca, więc pan poprawił Sławomirem z Zakopanego. No ja nie poszłam w tan, ani moje koleżanki, gdyż, ponieważ, to nie nasz gatunek muzyczny, żebyśmy chciały wyjść na parkiet. Ale powiem Wam, że utwór „Przez twe oczy zielone” w wydaniu na skrzypcach brzmiał całkiem po ludzku. Potem skrzypek zagrał Greka Zorbę, a pani kelnerka uczyła Polki, jak to się tańczy. Pod koniec imprezy pan zagrał to jeszcze raz, ale do tańca wkroczyli polscy panowie, więc to już była nasza, a nie grecka wersja tańca. Pani za barem, o mały włos nie pękła ze śmiechu nad tymi naszymi podrygami. I tak zakończył się nam dzień pierwszy pobytu. W końcu mogłyśmy pójść do łóżek i porządnie się wyspać, po późnym przylocie samolotem oraz po porannej pobudce o świcie, aby jechać na wycieczkę.
Następnego
dnia po raz pierwszy spojrzałam przytomniej na widok z okna. No i lepiej być
nie mogło. Mieszkałyśmy na trzecim piętrze, więc miałyśmy przepiękny widok na
morze. A morze szumiało ogromnymi falami. Dla mnie Wodnika Szuwarka, to był
iście sielankowy i rajski widok. Szkoda, że wieczorami było już za chłodno, żeby
siedzieć na balkonie. Gdyby było cieplej, to bym sobie tam przycupnęła i
słuchała szumu fal.
Niespiesznie poszłyśmy na śniadanie, spokojnie wybrałyśmy sobie miejsce z widokiem na morze i zaczęłyśmy wielkie żarcie:). I tu na chwilę zatrzymam się przy temacie jedzenia. Wszystko było pyszne. Od wędlin przez pieczywo po jajka i desery. Każdy mógł coś tam dla siebie znaleźć. Ja rzuciłam się na warzywa i kiszonki. Jak na mnie, mięsożercę, zjadłam bardzo mało wędlin, a schabów i innych mięsnych gulaszów nawet nie dotknęłam. Ale nie dlatego, że były niedobre. Na pewno były pyszne, bo moje przyjaciółki jadły je ze smakiem. Po prostu miałam rzut na sałatki, warzywa i owoce. Wędlina i sery żółte też temu towarzyszyły, ale w minimalnych ilościach. Za to wszelkie paszteciki w cieście francuskim bardzo mi pasowały, niezależnie czy były ze szpinakiem czy parówką. I desery. Najadłam się czerwonych grejpfrutów po kokardkę. Ale i ptysiów i lodów i budyniów cytrynowych też. Wszystko było pyszne. Co ciekawe, każdego dnia, oprócz stałych pozycji kulinarnych, były też tematyczne dania np. z Włoch, Indii czy Ameryki Łacińskiej, także jak ktoś chciał, to mógł popróbować smaków świata. Śmiałam się, że przydałby się dzień polski ze schabowym i ziemniakami.
Jak
pisałam wcześniej, trudno było w hotelu spotkać obcokrajowca, większość gości
stanowili Polacy, więc czułam się, jak w jakimś polskim kurorcie w Sopocie. A nastawiłam się, że będę słyszeć język
cypryjski czy angielski, a tu nawet panowie z obsługi mówili do nas w naszym języku:
proszę, jak się masz itp. I powiem Wam, że dla mnie osobiście jest to
niesamowity znak czasów dla Polaków. Jeszcze kilka lat temu musieliśmy się
namęczyć z angielskim, a w hotelach byliśmy jednostkami a nie grupą. Wielu
miejscowych myliło nas z Rosjanami, nie wiedzieli skąd jesteśmy itp. Dziś jest
nas wszędzie pełno i ani na Sycylii ani na Cyprze nikt nie pomylił nas z
Rosjanami i od razu pytali, czy jesteśmy z Polski. A poza tym nauczyli się
kilku zwrotów, które tak nas cieszą, kiedy obcokrajowcy je wypowiadają.
Zobaczycie, język polski będzie jeszcze językiem międzynarodowym. Wyprzemy
angielski:).
Po
śniadaniu zastanawiałyśmy się, co zrobić z tak pięknym dniem. Pierwsze, co
zrobiłyśmy, to poszłyśmy się nad tym zastanawiać na spacerze wzdłuż plaży.
I znowu zrobię przystanek. Cypr jest ładny, ma fajną architekturę, piękne tarasowe zbocza gór, czyste ulice i miłych ludzi. Morze jest obłędne i ma kolor mlecznoniebieski, a że trafiłyśmy na wietrzny czas, to i fale były na nim ogromne, aż trudno było oderwać oczy. Natomiast plaże mają do bani. Ta przy skale Afrodyty była kamienna, przy naszym hotelu była… Chciałabym napisać piaszczysta, ale gliniasta bardziej pasuje. Biorę poprawkę na to, że jest zima i że wszystko jest tam wilgotne i nasiąknięte wodą, ale tak czy tak, ten piasek jest gliniasty. Nasze plaże są po prostu piękniejsze. Miałam zamiar wejść z dziewczynami do Morza Śródziemnego, ale na brzegu znajdowały się tony glonów i roślin morskich. Nasza „kierowniczka wycieczki”, czyli przyjaciółka powiedziała, że przed sezonem te glony są wywożone i plaża staje się czysta. W styczniu była zawalona tym zielskiem i trudno było znaleźć miejsce, w którym można byłoby wejść do wody. No i te fale, trochę za wysokie. Zamiast tego, ja osobiście wykąpałam się w basenie z lodowatą wodą, przez co na pewno stałam się chwilową atrakcją turystyczną dla tych, którzy uznali tę wodę za zimną. No ciepła, to ona nie była, ale żeby od razu za zimna? Nawet nogi mi nie zdrętwiały. Ale to zrobiłam już kolejnego dnia, a o tem będzie potem.
A
o tym, co wydumałyśmy na spacerze napiszę w kolejnym poście.






Komentarze
Prześlij komentarz