Strażnicy - odc.5

 Rada podejmuje decyzję

Karol wyobraził sobie, że stanie w wielkiej sali, gdzie przy wielkim stole, ewentualnie na 16 krzesłach ustawionych w kręgu będą zasiadać starsi przedstawiciele Strażników. On zostanie poproszony na środek i będzie musiał odpowiadać na mnóstwo niewygodnych pytań.

Tymczasem został poproszony do wielkiego pokoju, w którym stało mnóstwo wygodnych foteli, sof i kanap, przy których stały niskie stoliki zastawione ciastkami, cukierkami i dzbankami z gorącymi napojami. Mężczyzna był w szoku.

Róża siedziała obok babci, z którą o czymś wesoło rozprawiała. Kiedy wszedł Karol wszystkie obecne osoby zamilkły i się w niego wpatrzyły.

Większość osób było mężczyznami, kobiet, pomijając Różę, były trzy. Wszyscy wyglądali młodo i zdrowo, chociaż część mężczyzn pozwoliło sobie na siwą brodę czy też szpakowate włosy. Delfina poprosiła go, żeby usiadł w fotelu naprzeciw niej i poczęstował się ciasteczkami i herbatą.

Policjant był tak zaskoczony, że kobieta musiała dwa razy powtórzyć, zanim ruszył się z miejsca. Usiadł sztywno i dał sobie wcisnąć do ręki filiżankę.

- Czemu jest pan taki zdziwiony? – zapytała Delfina.

- Sądziłem, że to będzie bardziej oficjalne spotkanie – odpowiedział zakłopotany.

- Nigdy nie byliśmy zbyt melodramatyczni – zaśmiała się Delfina - lepiej rozmawia się w komfortowych warunkach. Poza tym, nie jest pan tu na przesłuchaniu. Chcemy z panem po prostu porozmawiać.

Karol wyraźnie się rozluźnił, chociaż do pełnego spokoju, było mu bardzo daleko. To nie był jego świat. Realny, poukładany i znany. Tutaj wszystko wyglądało inaczej. A sama świadomość, że Strażnicy, na których patrzył pamiętali czasy przedrozbiorowe, była zbyt przerażająca, żeby mógł o tym spokojnie myśleć.

- Najlepiej będzie, jeśli pan w ogóle nie będzie się zastanawiał nad naszym wiekiem – poradziła Delfina – proszę myśleć, że mamy tyle lat, na ile wyglądamy. To pomaga ludziom nie zwariować.

- Czy może pani nie czytać w moich myślach? – oburzył się lekko.

- Ja nie czytam w pana myślach – zapewniła Delfina – ja czytam z pana mowy ciała.

- Nie czyta mi pani w myślach?

- Nie muszę, jest pan, jak otwarta książka, wszystkie emocje ma pan zapisane na twarzy i w gestach.

- Ale mogłaby pani czytać w mojej głowie?

- Nie do końca. Mogę się ślizgać po powierzchni pana myśli, ale nie wejdę w głąb.

- Ale potrafi pani wymazać mi pamięć? – mówił oskarżycielskim tonem.

- Tak. Każdy Strażnik to potrafi.

- A jak, ja nie chcę?

- Są tylko dwa przypadki, w których to się nigdy nie udaje.

- Jakie?

- Mocne więzi miłości lub przyjaźni. Tego nic nie zerwie.

- Czyli – popatrzył na Różę – oczywiście mówię hipotetycznie, jakbym zakochał się w pani Róży, to ona nie mogłaby namieszać mi w głowie.

Róża popatrzyła na niego, jak na kosmitę i odparła zimnym tonem.

- Tylko w wypadku odwzajemnionych uczuć.

- Dokładnie – potwierdziła to Delfina.

- Ale znalazłem sklep zielarski.

- Mówiłam, że to przez pozostawienie panu punktu zahaczenia. No i chciałam być znaleziona.

- Panie Karolu – przerwała dyskusję Delfina – o tym będzie pan mógł rozmawiać z moją wnuczką w drodze powrotnej, teraz nasza kolej. Musimy dowiedzieć się, czego pan, pana przełożony i koledzy od nas oczekują.

Karol odstawił pustą filiżankę na stolik i powiedział.

- Nie umiemy sobie poradzić z Baśniowymi Stworami. Nie znamy ich, nie wiemy, jak ich karać. Nie respektują prawa, próbują wymuszać na ludziach posłuszeństwo. A nie dalej, jak trzy dni temu, jakiś maharadża z jakiegoś coś tam, coś tam stanu, przemienił supermarket w pałac, a z pracowników zrobił sobie niewolników. Kiedy próbowaliśmy to jakoś odkręcić, wysłał na nas dżiny, które zamieniły naszą broń w plastikowe zabawki. Po dwunastu godzinach, broń znowu wróciła do pierwotnej formy, ale nie udało nam się tych ludzi odbić.

Myślał, że wywoła tą opowieścią gromkie śmiechy, ale starszyzna patrzyła na niego bardzo poważnie, dlatego kontynuował.

- Na ulicy panuje chaos. Ludzie składają co raz więcej skarg na Baśniowe Stwory…

- Ktoś zginął? – zapytał jeden z mężczyzn.

- U nas jeszcze nie, ale wiem, że w innych miastach zdarzyła się jedna śmierć przez rozszarpanie i druga przez spalenie ogniem z pyska smoka.

- Mam nadzieję, że nikt z was nie próbował aresztować smoka? – odezwała się Delfina.

- No właśnie w ten sposób zginął policjant, który próbował tego dokonać.

- Gang Czerwonych Kapturków wysadził im ścianę komisariatu – przypomniała Róża – a kilka dni temu budynek całkowicie się zawalił.

- Musicie zbudować warowny zamek z porządnymi lochami i kratami – poradziła Delfina.

- To samo mówiła mi pani Róża.

- Czytał pan bajki? – zapytał kolejny Strażnik.

- Kiedyś…

- W tych opowieściach znajdziecie sporo rozwiązań, co do pokonania Baśniowego Stwora.

- Na przykład możemy wypchać owcę siarką i dać ją smokowi? – ironizował Karol.

- Oczywiście, z tym, że smok zdechnie, a chyba nie o to panu chodzi.

Mężczyźnie zrobiło się głupio.

- Przepraszam, ale nie potrafię sobie poradzić z taką ilością nowych danych. Ja jestem zwykłym człowiekiem. Policjantem, który stoi na straży prawa. Ja nigdy nie chciałem mieć skomplikowanego życia. A już na pewno nie przez Baśniowe Stwory.

Delfina porozumiała się telepatycznie z radą i znalazła aprobatę, do tego, co miała powiedzieć.

- Chcę, żeby pan wiedział, że wcale nie chcieliśmy wypuszczać Baśniowych Stworów do waszego świata. Walka o to trwała ponad sto lat i w końcu musieliśmy ustąpić.

- Dlaczego?

- Ponieważ nasz ostatni konflikt został okupiony ogromnymi stratami.

- Z około dwustu tysięcy Strażników, zostało sześciu, a Baśniowe Stwory… - Delfina nie dokończyła.

- Wypuściliśmy ich, bo nie chcieliśmy powtórki z historii – kontynuował inny Strażnik.

- Ale teraz, to my cierpimy – poskarżył się Karol.

- Przez chwilę – mówił Strażnik – ta historia powtarzała się w dziejach kilkakrotnie. Za każdym razem ludzie najpierw byli w wielkim szoku, a potem tępili stwora po stworze, tak że uciekały z powrotem do swojej krainy, podpisywały z nami nową umowę i przez kilka wieków był spokój. Owszem, raz na jakiś czas pojedyncze Baśniowe Stwory przedostawały się do waszego świata, ale to tylko ubogacało wasze legendy i mity. Ostatni raz miało to miejsce we wczesnym średniowieczu, gdzie wy dużo walczyliście przeciw sobie, ale starczyło wam też sił, żeby i je zdziesiątkować. Minęło ponad 1000 lat, a one znowu zapragnęły żyć pośród was. Na razie jesteście zdezorientowani i zagubieni, ale szybko się adaptujecie i za pięć, może sześć lat zaczniecie na nich eksperymentować, wykorzystywać do swoich planów, a na koniec eliminować, jako wrogów waszego gatunku.

- A może to one zapanują nad nami i zrobią z nas swoich poddanych.

- Nie – zapewnił Strażnik – są zbyt podzieleni i skupieni na swoich klanach, rasach, a do tego znaczna część z nich, to egocentryczne Narcyzy.

- Przecież mają króla? Pani Róża nawet go jakoś nazwała.

- Ryszard III Wielki Głupiec – powiedziała Delfina – jest królem Baśniowej Krainy, ale na pewnych zasadach. Może każdego skrócić o głowę, ale nie może wtrącać się do ich spraw.

- Dziwne – powiedział Karol.

- Dla was tak, ale nie dla nich. Każdy Baśniowy Stwór zna swoje miejsce i rolę, którą odgrywa. Począwszy od kota w butach na królu kończąc. Z resztą, niedługo go pan pozna. Postanowiliśmy pana z nim umówić i  dogadać z nim jakąś trójstronną współpracę.

- Kiedy tu przyjedzie? – zapytał.

- Nie przyjedzie – odparła Delfina – nie ma do nas prawa wstępu. Poza tym, jako król nie może opuszczać Baśniowej Krainy.

- A co by stało się, gdyby to zrobił? – zaciekawił się Karol.

Strażnicy popatrzyli na siebie i pokiwali głowami, Delfina jednak odpowiedziała.

- Jeżeli nie wyznaczyłby następcy i wyjechał, jego kraina przestałaby istnieć, a wraz z nią wszyscy mieszkańcy.

- Władca jest jakoś magicznie powiązany z Baśniową Krainą? – pytał Karol.

- Tak jakby.

- Czyli my pojedziemy do niego, tak?

- Tak – odparła Delfina – Starszyzna postanowiła pomóc panu i innym policjantom. Ale tylko dlatego, że macie czyste intencje i nie czujemy w was żadnego zła. Co nie znaczy, że w innych policjantach ich nie ma. I to będzie nasz jedyny warunek współpracy. Zanim twój komendant zatrudni kogoś nowego, ów kandydat musi przejść przez ręce mojej wnuczki. Jeżeli znajdzie się w nim choć kropla zła, nie będzie wolno wam go zatrudnić.

- Może pani mówić jaśniej?

- Nie mogę, musi panu wystarczyć tylko to, co powiedziałam. Róża i jej siostry będą wam pomagać. Damy wam fundusze na porządny komisariat z lochami i nauczymy, jak postępować z poszczególnymi baśniowymi stworami. Ale najpierw musimy pojechać do Ryszarda i poinformować go o wszystkim i podpisać jakąś umowę.

- Przecież nic was już nie wiąże? – zdziwił się Karol.

- Nas nic, ale Krajanie, to jego poddani, nie można go ot, tak pominąć.

- Krajanie?

- To inna nazwa dla Baśniowych Stworów.

- Acha – mruknął Karol i zapytał – Daleko ten król mieszka?

- Około dwóch tygodni drogi stąd….

- Nie mam tyle wolnego czasu – zdenerwował się mężczyzna.

- Przerwał mi pan – Delfina uśmiechnęła się do niego – a chciałam powiedzieć, że nam zajmie to nie więcej niż kilka minut, tylko musimy znaleźć odpowiednie przejście.

Karol powstrzymał się od zadania kolejnych pytań. Zbyt dużo się tu działo. A on był tylko zwykłym kapitanem.

Róża podniosła się z kanapy i powiedziała do niego.

- Proszę iść za mną. Musimy pana przygotować do drogi.

- Kochanie – powiedziała do Róży babcia – bądźcie gotowi za dwie godziny.

- Będziemy.

 

Audiencja u króla Ryszarda III Wielkiego Głupca

Ubrali go w czerwone szarawary, jedwabną koszulę przepasaną czerwonym pasem, a na ramiona narzucili kurtę wysadzaną drogimi kamieniami. Na nogach miał kozaki z zadartymi noskami, a na głowie rogatywkę. Wyglądał, jak pajac, ale postanowił przestać się dziwić, bo gdyby tego nie zrobił, to by brwi pozostały mu na zawsze na czole. Delfina, Róża i on wyszli na otartą przestrzeń grzbietu klifu, gdzie starsza kobieta zaczęła czegoś wypatrywać.

- Jest – powiedziała z satysfakcją i pociągnęła pozostałą dwójkę za sobą.

Podeszli do zawieszonego w powietrzu migoczącego kręgu i przekroczyli jego granicę. Mężczyzna miał wrażenie, że zrobił tylko krok, a po chwili znalazł się w zupełnie innej scenerii. Stanęli na trakcie ułożonym z żółtych płytek, szerokim tak, że bez problemu mogły mijać się dwa wozy. Po obu stronach drogi ustawione szpalerem drzewa, dawały przyjemny cień. Poza nimi Karol zauważył mieniące się złotem zboże.

- Ale sielanka – mruknął Karol.

- Pozorna – zapewniła Delfina – wszędzie wokół trwa praca.

- Nie widzę żadnych ludzi?

- Bo to jeszcze nie jest czas żniw, na razie pracują mniejsi robotnicy. Elfiki, skrzaty i pogodynki.

- A gdzie jest pałac króla?

- Zaraz wyjdziemy z tej alei i zaczną się sady owocowe, a w oddali zobaczy pan najbardziej niezwykłą budowlę na świecie.

- Długo będziemy do niego iść?

- Kilkanaście minut – odezwała się Róża – Ryszard musi się panu przyjrzeć i zadecydować, czy chce z nami rozmawiać czy nie.

- A skąd on wie, że ja do niego idę?

- Jest królem, wyczuwa obcych – powiedziała Delfina – teraz zapewnie siedzi w wieży i obserwuje nas przez lunetę.

- Przecież ubrałem się, jak tutejszy szlachcic, nie powinien mnie rozpoznać.

- To król, może robić co chce. A pan ma przebranie na wypadek spotkania z tutejszymi mieszkańcami. Oni muszą pana wziąć za swojego. W innym wypadku może zrobić się niebezpiecznie.

- Jak bardzo niebezpiecznie?

- Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze – uspokajała go Róża – tylko proszę się nas trzymać. Proszę z nikim nie rozmawiać, ani nie odpowiadać na zaczepki. Pewnie w ogóle nie będzie to miało miejsca, ale lepiej chuchać na zimne.  

Zza zakrętu wyszło sześciu rycerzy ubranych w zbroje z pełnej płyty. W rękach trzymali halabardy. Podeszli do nich i jeden zaczął mówić gromkim głosem.

- Z rozkazu miłościwie nam panującego króla Ryszarda III mamy was eskortować do zamku!

- Dziękujemy – odparła Delfina.

- Proszę trzymać się środka traktu, nie rozglądać na boki i nie zostawać w tyle!

- Będzie, jak mówisz – odpowiedziała Delfina.

- Ruszamy!

Karol nachylił się do Róży.

- Czy oni tak zawsze wrzeszczą?

- Oczywiście, nigdy nie oglądał pan bajek?

- Oglądałem – nie rozumiał.

- To proszę sobie przypomnieć, jak żołnierze przemawiają do gawiedzi. Rozejść się! W imieniu króla i tym podobne…

Policjant przytaknął.

Szli wśród owocowych sadów, kiedy nagle droga gwałtownie opadła w dół i w samym środku niecki znajdował się największy pałac, jaki Karol w życiu widział. Co prawda, nie widział ich zbyt wielu, ale żaden nie dorównywał temu wielkością, przepychem, ilością wieżyczek, proporców, blanków. Nawet Białe Miasto z Tolkiena chowało się przy tej budowli.

- I on tam mieszka? – wykrztusił.

- Oczywiście.

- Ale…, ale…, ale to jest tak wielkie? Domownicy mogliby nie spotykać się tygodniami.

- Spokojnie panie kapitanie – wtrąciła Delfina – król mieszka tylko w górnej części, cała reszta jest zajęta przez jego dalszą rodzinę, poddanych, służbę i tym podobne.

- Wiedzą panie ilu ludzi tam mieszka?

- Ludzi, jako ludzi, to niewielu może ze sto osób, ale ogólnie, to około dwóch tysięcy dworzan.

- Łał – Karol nie mógł wyjść z podziwu. Po czym zapytał – a ci żołnierze, to ludzie?

Róża pogroziła mu palcem.

- Nieładnie się tak dopytywać. Przecież oni wszystko słyszą.

- Gościu nie z tego świata! – wykrzyknął jeden z żołnierzy – wyglądamy, jak ludzie, ale jesteśmy z rasy mocarzy, którzy znani są z ogromnej wytrzymałości i zamiłowania do walki! Dlatego król nas zatrudnia! I mamy łuskowatą skórę na całym ciele, prócz twarzy, dłoni i stóp! Czy moja odpowiedź satysfakcjonuje gościa?!

- Tak, dziękuję – wydukał Karol – przepraszam za wścibstwo, ale wszystko dla mnie jest nowe.

- Przeprosiny przyjęte! A teraz ruchy, nie będziemy szli do wieczora!

Róża uśmiechnęła się do Karola i szepnęła.

- Polubił pana.

- Skąd pani to wie?

- Odpowiedział na pana pytanie.

- A gdybym nie wzbudził jego sympatii?

- Odciął by panu głowę.

Karol postanowił więcej się nie odzywać.

Delfina widząc jego zbolałą minę, roześmiała się wdzięcznym i dźwięcznym śmiechem.

- Spokojnie. Jest pan z nami. Nic by się panu nie stało.

 

Sala audiencyjna miała z dwieście metrów kwadratowych, a sufit grubo ponad sto metrów nad ich głowami. Monumentalizm onieśmielał każdego, kto do niej wszedł, także i Karola. Spojrzał na Strażniczki, ale te szły, jakby nie widziały w tym nic niezwykłego.

Po bokach wielkiego pomieszczenia umieszczone były galerie z ozdobnymi balustradami, gdzie przechadzali się lub siedzieli przy stolikach dworzanie.

Na ścianach wisiały olbrzymie obrazy przedstawiające władców z różnych epok, a ogromne okna wpuszczały bardzo dużo światła. Po całej sali kręciła się kolejna rzesza dworzan, wojskowych i służby, wszyscy coś robili, ale przestawali widząc Karola i jego towarzyszki.

W końcu stanęli przed dużym podwyższeniem, na którym stał tron, bardziej przypominający kanapę niż fotel, obok którego stały mniejsze repliki. Policjant zgadywał, że to pewnie siedziska dla najbliższej rodziny.

Króla nigdzie nie było widać, więc policjant skorzystał z okazji, żeby przyjrzeć się otaczającym ich osobom. Nikt tu nie wyglądał, jak człowiek. Były niebieskie nimfy, zielone driady, łuskowaci jaszczuroludzie i włochate dźwiedziołaki oraz inne indywidua.

- Czy w tym świecie są ludzie? – szepnął do Róży.

- Niewielu i na pewno ich tu nie spotkasz, chyba, że szorujących gary.

- A czemu tak jest?

- Bo to nie jest wasz świat – przypomniała – To Baśniowa Kraina.

- Ale widziałem kilka osób wyglądających, jak ja?

- Czarownicy, Czerwone Kapturki i ich babcie…, ale to nie ludzie. Wy, nie obraź się, ale nie macie żadnych nadprzyrodzonych mocy. Jest was dużo, jesteście inteligentni, władacie techniką, tworzycie niesamowite rzeczy, ale tutaj nie miałoby to znaczenia.

- Dlaczego?

- Oni nie potrzebują postępu, lubią tkwić w tradycjach i niezmienności. Uwierz mi, niewiele się tu zmieniło od tysięcy lat.

- Tysięcy? – dziwił się Karol.

- Dokładnie.

Zagrzmiały fanfary i znajdujące się za podwyższeniem wielkie, dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się i stanął w nich monarcha wraz ze rodziną i najbliższą świtą.

Marszałek dworu oznajmił:

- Król idzie, skłońcie głowy.

Karol zamarł. Król miał ponad dwa metry wzrostu, był szeroki w barach, ręce miał, jak drwal. Twarz okalała mu siwiejące broda, co na oko dawało mu około pięćdziesięciu lat, ale wolał nie pytać Róży….

- 130 – powiedziała Delfina.

- Mówiła pani, że nie czysta w myślach.

- Ale mówiłam, że czytam z twarzy – uśmiechnęła się do niego.

Za nim szła równie wysoka kobieta, ale szczupła, zgrabna i wiotka.

- To jego żona, Klara. Mądra osoba – szeptała Delfina – ale bardzo pamiętliwa.  Nie lubi mnie, ponieważ zwróciłam jej z pięćdziesiąt lat temu uwagę na to, że rozpieszcza swojego najmłodszego syna. No i nadal się gniewa.

Zaraz za nią idzie ten maminsynek. Nic z niego dobrego nie wyrosło, swoimi włościami rządzi beznadziejnie, całe szczęście, to nie on będzie następcą tronu.

- A kto?

- Najstarszy syn Ryszarda, Witold, ale nie ma go tu dzisiaj. Wojuje z gigantami na północy.

Król usiadł na tronie, który teraz nie wydawał się już kanapą, tylko ogromnym fotelem.

Spojrzał na przybyłych, zrobił kwaśną minę i powiedział niskim i donośnym głosem.

- Mówcie szybko i sobie idźcie.

Delfina podeszła do podestu, skłoniła głowę i rzekła.

- Królu, świat ludzi potrzebuje twojej pomocy.

- Ha! Wiedziałem! – ucieszył się Ryszard.

- Nic nie wiesz królu. Jeśli nie pomożesz ludziom, ci zaczną zabijać twoich poddanych.

Karol już chciał zaprotestować, ale Róża nadepnęła mu na stopę. Spojrzał na nią zdziwiony. Ta położyła palec na ustach.

- Zabijać?! Ale po co?! A dlaczego?!

- Bo są ludźmi i jak już wielokrotnie ci mówiłam, nie są w stanie żyć wspólnie z wami.

- Czego ode mnie chcą?

- Chcą prosić o twoje prawo.

- Mów jaśniej?

- Wasza wysokość. Krajanie popełniają według ludzi wiele przestępstw, ci zamykają ich w więzieniach, ale zupełnie nie wiedzą, jak ich karać.

- Najlepiej ucinając głowę – podpowiedział król, a dworzanie jednym chórem zaczęli się śmiać.

- Właśnie przez to twoi poddani mogą zostać zgładzeni, ponieważ większość rzeczy, które robią są według ludzi przestępstwem. Czy chcesz panie, żeby wszyscy zginęli?

- Nigdy w życiu! – król uderzył pięścią w poręcz tronu.

- Dlatego mam rozwiązanie.

- Mów!

- Nie możemy pomagać twoim pobratymcom, ale możemy pomagać ludziom.

- Nie możecie!

- Możemy i dobrze o tym wiesz.

Ryszard burknął coś pod nosem, ale przytaknął.

- Nauczymy ludzi, jak należy postępować z baśniowymi stworami, ale zanim to się stanie, ty panie wydaj prawo.

- Jakie?

- Że każdy baśniowy stwór, który dwukrotnie znajdzie się w więzieniu będzie musiał wrócić na dwa lata do Krainy Baśni, ten który po tym czasie ponownie znajdzie się w więzieniu, wróci na pięć lat, a jeśli i za trzecim razem popełni przestępstwo, dostanie zakaz przebywania wśród ludzi. Dodatkowo, każdy baśniowy stwór, który zabije człowieka wróci do Baśniowej Krainy i nigdy więcej nie zobaczy świata ludzi. Tylko takie prawo.

Król pomyślał i rozpoczął negocjacje ze starszą Strażniczką. Stanęło na tym, że zwiększono ilość pobytu w ludzkim więzieniu do czterech razy i wydłużono karę powrotu do domu z dwóch na pięć lat i z pięciu na dziesięć.

Karol nie odezwał się ani słowem, zbyt zafascynowany przebiegiem rozmów, podczas których krzyczał Ryszard, jego żona i Delfina. Dworzanie reagowali na to wszystko, jak niewidzialna publiczność w serialach komediowych. Raz śmiali się, raz klaskali, raz nawet buczeli na Delfinę.

W końcu król i Strażniczka przypieczętowali umowę uściskiem dłoni.

- Ty! Człowiek, podejdź no do mnie – Ryszard zwrócił się bezpośrednio do Karola.

Ten podszedł do podestu. Król wstał i lekko zeskoczył obok niego. Był wielki i nawet Karol, który był policjantem i wiele w życiu już przeszedł zadrżał przed jego majestatem. Władca pochylił się i spojrzał mu głęboko w oczy. Po czym rzekł.

- Oddaję prawo w twoje ręce, strzeż go, jak oka w głowie. Wiem, że nie wszyscy ludzie są tak prawi, jak ty. Jesteś strażnikiem tego zwoju, nie zawiedź mnie.

Po czym nie wiedzieć skąd, pojawił się w powietrzu arkusz papieru, zapisany niezrozumiałym dla Karola tekstem. Obok dokumentu zawisło gęsie pióro i flakon z atramentem. Król złożył uroczysty podpis i przybił pieczęć. Po czym arkusz zwinął się w rulon zawiązany ozdobną, czerwoną wstążką i opadł na ręce policjanta.

Ryszard skinął mu głową i wrócił na tron.

Marszałek dworu powiedział.

- Koniec audiencji, żegnamy.

Strażniczki skinęły głowami Ryszardowi, a Karol pokłonił mu się nisko. Wywołało to salwy śmiechu, ale znalazło to uznanie w oczach władcy.

Cała trójka pod opieką straży wydostała się z pałacu i udała w drogę powrotną.

Kiedy znaleźli się na klifie, Karol wyciągnął w stronę kobiet zwój i powiedział.

- I co ja mam niby z tym zrobić?

- Na razie proszę dać to  Róży, jak wybudujecie komisariat, to umieścicie go w jakimś bezpiecznym miejscu.


Kolejny odcinek 24 stycznia

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"