Strażnicy - odc.2

 Róża i jej mały świat

Róża miała 27 lat i była Strażniczką. W wieku osiemnastu lat przeszła przemianę i jako swój rewir wybrała świat ludzi, a dokładniej mówiąc Warszawę. Tutaj studiowała, tutaj założyła swoją klinikę i sklep zielarski.

Jako Strażniczka doskonale znała się na przyrodzie i jak wszyscy jej pobratymcy była naturalnym lekarzem. Na ludzkie studia poszła tylko dlatego, żeby nikt się jej nie czepiał. Specjalizowała się we wszystkim, co dotyczyło kości i stawów, ale równie dobrze mogła robić operację na otwartym sercu. Taki dar. Na co dzień nie różniła się od ludzi, ale posiadała wiele nadprzyrodzonych zdolności, których wolała nie ujawniać. 

Była piękną kobietą o krągłych kształtach, pełnych ustach i wielkich zielonych oczach. Jej włosy skręcały się w małe, rude spirale, które podskakiwały przy każdym kroku. Do tego miała porcelanową cerę, upstrzoną kilkoma piegami na nosie. Była niewysoka, ale maskowała to butami na wysokich obcasach i koturnach.

Strażnicy przez wieki zgromadzili ogromny majątek, więc rodzice dali jej pieniądze na zakup kamienicy przy ulicy Chmielnej. Na parterze urządziła sklep, na pierwszym przychodnię i mały szpital. Na drugim i trzecim piętrze mieszkały jej ludzkie siostry, w tym jedna z mężem i dwójką dzieci, druga dużo młodsza jeszcze studiowała. Czwarte i piąte piętro było jej królestwem.

Strażnicy od wieków wychowywali ludzkie dzieci. Ofiary wojen, sieroty z powodu różnych epidemii, podrzutki i te, których nikt nie chciał. Jeżeli tylko w pobliżu znalazł się Strażnik, to zabierał takie dziecko do domu i wychowywał, jak swoje. Wyrastali na ludzkich strażników, bez nadprzyrodzonych umiejętności, ale wyszkolonych podobnie do nich. Róża, oprócz dwóch rodzonych braci, miała jeszcze czwórkę ludzkiego rodzeństwa. Dwie siostry postanowiły zamieszkać razem z nią, co było w rodach naturalną koleją rzeczy. Zawsze młodemu Strażnikowi towarzyszył ludzki brat lub siostra. Kalina była starsza od Róży o pięć lat i była z wykształcenia dermatologiem. Wysoka i urodziwa blondynka, o długich, prostych włosach i nogach, jak marzenie. Od 10 lat miała męża i urodziła dwóch synów. Za to Malwina była jeszcze studentką, miała 21 lat i pstro w głowie. Pragnęła zostać fizjoterapeutą i nawet nieźle sobie na studiach radziła. Była wysoka i kształtna. Miała krótkie blond włosy i szare oczy. Lubiła mocne makijaże i pomalowane paznokcie.

We trzy prowadziły sklep, przychodnię i dobrze im się żyło, aż do momentu pojawienia się Baśniowych Stworów.

Róża była zwolniona z ich pilnowania i nie musiała nawet z nimi rozmawiać, ale te wciąż kręciły się w pobliżu jej domostwa. Przyciągała ich, jak magnes.

Trudno było je ignorować, ale twardo trzymała się instrukcji, które dostała od babci, aktualnie przewodniczącej Starszyzny– „Żadnej pomocy, żadnych rad, żadnego litowania się nad nimi. Możecie z nimi rozmawiać, możecie się przyjaźnić, możecie się z nimi wiązać, ale żadnego chronienia. Chyba, że będą w rodzinie, ale to zrozumiałe. Chcieli wolności, to niech nauczą się z niej korzystać. No chyba, że będą potrzebować lekarza, wtedy pomagajcie.”

Niby proste, ale jak miała przejść obojętnie obok elfików, które były wielkości dłoni. Nie umiały mówić po ludzku, nie umiały pracować, a poza tym, kto by takim liliputom dał zatrudnienie? A skoro nie miały pracy, nie miały też pieniędzy oraz jedzenia.

W Baśniowej Krainie elfiki mieszkały na łąkach, wśród kwiatów. W betonowej dżungli, jaką była Warszawa trudno było im znaleźć tyle zieleni ile potrzebują. Potrzebowały też owadów, kretów, korzeni, dżdżownic i ciszy.

Jedna grupa zamieszkała w starym drzewie przy Kinie Atlantic. Roślina dzięki temu zyskała zdrowszy i młodszy wygląd, niestety nie mogła dać elfikom pokarmu. Dlatego Róża co kilka dni, niby przypadkiem zostawiała im paczkę nasion, orzechów czy owoców, żeby małe skrzydlate stworki nie umarły z  głodu.

- Lepiej byś mi pomogła – usłyszała Róża. Odwróciła się od drzewa i spojrzała na młodą kotołaczkę siedzącą na ławce pod drzewem. Była drobna, maleńka i patrzyła na nią wielkimi, żółtymi oczami z pionową źrenicą.

- Czemu jesteś sama? – zapytała ją Róża.

- Nie jestem sama. Zostałam wysłana do ciebie po pomoc.

- Wiesz, że nie ma już między nami umowy.

- Elfikom pomagasz – prychnęła kotka.

- Jestem lekarzem, nie mogę dopuścić, żeby pod moim nosem ktoś umierał z głodu. A znając was, pewnie coś zwędziliście i macie teraz problem z policją.

- Nie – odparła kobietka – chcą nas eksmitować z parku saskiego.

- To ci nowina – zaśmiała się Róża.

- Nie dziwi cię to?

- Ani trochę. Pewnie było za głośno albo okradaliście spacerowiczów.

- I to i to – przyznała ze skruchą kotołaczka.

- A któreś z was pracuje?

Kobietka spojrzała na nią nie rozumiejąc. Róża ponownie parsknęła śmiechem.

- W świecie ludzi trzeba iść do pracy, poza tym park, to nie wasz dom. To miejsce publiczne, wy powinniście wynająć sobie mieszkanie.

- Mieszkać pod dachem? – kotołaczka aż się wzdrygnęła.

- Albo to albo wracajcie do domu.

- Nigdy – parsknęła.

Róża wzruszyła ramionami i zaczęła odchodzić.

- To pomożesz? – zapytała kotka z nadzieją w głosie.

- Nie.

- Tak?! To znaczy, że jesteś najbardziej beznadziejnym Strażnikiem pod słońcem. Nienawidzę cię.

Róża nawet się nie odwróciła. Odeszła zostawiając prychającą kotkę.

Tymczasem elfiki zaczęły coś szczebiotać do kotołaczki, ta wyszczerzyła kły i burknęła.

- Takie jesteście mądre? Strażniczka wam pomaga, bo jesteście ostatnimi zerami.

Elfiki odpowiedziały i wybuchły śmiechem.

- Tak wam do śmiechu? Gdyby nie Strażniczka, zdechłybyście z głodu.

 

Karol Nowak otrzymuje odpowiedź na swoje pytanie, ale to nie wystarcza.

Karol Nowak od kilkunastu minut siedział z drugiej strony drzewa elfików i ze zdumieniem podsłuchiwał rozmowę. W końcu wychylił się zza pnia i odezwał do kotołaczki.

- Gdzie jest ta Strażniczka?

Kobieta spojrzała na niego z wielką nieufnością.

- Ach. To pan policjant. Pan policjant potrzebuje pomocy? A co ja z tego będę miała?

- Nie wiem, a co byś chciała?

- Nic od ciebie nie chcę pani policjancie.

- Myślę, że jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić – Karol Nowak miał chytry uśmiech na twarzy.

- Ciekawe co?

- Może pomogę w znalezieniu nowego miejsca zamieszkania?

- My chcemy zostać w parku. Nie chcemy mieszkać w domach – burknęła kocica i ostentacyjnie założyła dłonie na piersiach.

- Przypadkowo znam takie miejsce, które może wam się spodobać.

- Też mi coś – parskała – my też znamy takich tysiące.

- To czemu się nie przeniesiecie?

- Bo wolimy park saski. Tam jest ładnie, jest fontanna i ludzie, którym możemy… - zamilkła i posłała Karolowi Nowakowi wredny uśmieszek.

- Czyli się nie dogadamy?

- Nie.

- A elfiki?

Na drzewie zaszumiało i przed twarzą Karola Nowaka pojawiło się około pięciu przedstawicieli małej rasy. Było to trzech mężczyzn i dwie kobiety. Ubrani w stroje, a la Dzwoneczek i Piotruś Pan i bzyczeli coś do niego. Tupali nogą w powietrzu, wznosili ręce do nieba i grozili palcem.

- Wiesz, co oni do mnie mówią? – zapytał kotołaczki.

Ta wzruszyła ramionami i burknęła.

- Wiem, ale nie powiem.

W normalnych warunkach Karol Nowak nigdy by się nie posunął do przekupstwa, ale tym razem był zbyt blisko celu, żeby go stracić.

- Dam ci dychę.

- Phi. – parsknęła kotołaczka.

- Trzy dychy.

- Potrzebuję pięciu.

- Dostaniesz je – pokazał jej banknot,  ale kiedy kobieta wyciągnęła po niego rękę, schował go szybko do kieszeni – najpierw tłumacz.

- Te małe gnojki powiedziały, żebyś nie próbował szukać Strażniczki, ponieważ ona da się znaleźć tylko wtedy, kiedy sama będzie chciała. Poza tym natrętne jej szukanie może się dla ciebie źle skończyć.

- Dlaczego? Zaatakuje mnie?

- Ona? – zaśmiała się kotołaczka – raczej my cię zaatakujemy, jeżeli uznamy, że odciągasz ją od naszych spraw. Poza tym jesteś policjantem, który wciąż nas ściga i nie wiedzieć czemu trzyma w klatkach, gdyby Strażnicy wiedzieli…

Elfiki podniosły rwetes i naskoczyły na kotołaczkę, ta zaśmiała się i uciekła.

Karol zrozumiał, że nie powiedziała mu prawdy i cieszył się, że nie dał jej od razu pięciu dych. Najwidoczniej kotołakom w ogóle nie można było wierzyć.

Tymczasem elfiki tańczyły mu przed nosem i coś tłumaczyły.

- Ja was nie rozumiem – mówił Karol Nowak.

Elfiki podrapały się w głowy i zastanawiały, co zrobić. W końcu jedna, malutka podleciała do niego i złapała za rękaw munduru.

- Mam iść za tobą?

Pokręciła głową, ale ustawiła go w odpowiednim kierunku i zachęciła, żeby szedł.

- Ale gdzie mam iść? Do tej kamienicy?

Pokręciła głową.

Następny elfik, mężczyzna podleciał i pokazał coś na palcach. To były cyfry.

- Numer 3?

Pokręcił głową.

- Trzecia kamienica?

Elfiki podniosły rwetes. Zgadł.

- Czemu mi pomagacie?

Mała elficzka wzruszyła ramionami, a potem podleciała szybko i cmoknęła go w policzek.

A potem wszystkie wróciły na drzewo.

Karol Nowak został sam, oczywiście nie licząc przechodniów, którzy patrzyli na niego zaciekawieni jego rozmową ze skrzydlatymi ludzikami.

- Sprawy służbowe, proszę się nie gapić – burknął i poszedł do wskazanej mu kamienicy.

Stanął przed witryną sklepu zielarskiego i zastanowił się, czy powinien wejść od razu, czy raczej pójść po radę do komendanta. Ostatecznie zdecydował się doprowadzić sprawę do końca.

Wszedł do sklepu i zastał za ladą blondynkę po trzydziestce, która rozmawiała z klientką. Spojrzała na niego przelotnie i lekko się zdziwiła.

Karol Nowak przypomniał sobie, że jest w mundurze i od razu wytłumaczył.

- Proszę się nie denerwować, ja przyszedłem prywatnie.

Blondynka skinęła głową i zawołała.

- Róża, pan policjant do ciebie.

Skąd ona to wiedziała? – zastanawiał się.

Z zaplecza wyszła najpiękniejsza kobieta, jaką widział w życiu. Niska, krągła, ruda, z szerokim uśmiechem na pełnych ustach i figlem w oczach.

Po czym od razu sprowadził samego siebie  na ziemię, mówiąc w myślach –

„Nie gap się kretynie, nie masz u niej szans. Jesteś policjantem nieudolnego komisariatu, przeciętny, jak zupa pomidorowa, bez żadnych cech charakterystycznych. Bądź mądry, udaj, że nie widzisz jej olśniewającego piękna.”

Róża patrzyła na Karola Nowaka z uprzejmym zainteresowaniem.

Był wysokim brunetem o pięknych, piwnych oczach. Widać było, że jest wysportowany, sprężysty i szybki w ruchach.

- Pan policjant powiedział, że jest tu prywatnie, nie służbowo – poinformowała ją o sytuacji Kalina.

Róża przyjrzała się jeszcze raz Karolowi Nowakowi i wiedziała, po co przyszedł. Od kilku dni baśniowe stwory donosiły jej o tym, że policja szuka Strażników. Nie wiedziały po co, za to wypowiadały się o nich bardzo niepochlebnie, a niektórzy wręcz z nienawiścią. Dla stworów, policjanci byli uosobieniem zła i ograniczania ich wolności. Były dumne z tego, że zniszczyły komisariat i bardzo zdziwione tym, że ona tego nie pochwaliła, a wręcz zganiła ich za takie zachowanie.

Po co policjantom byli Strażnicy?

- Tak? W czym mogę pomóc?

- Chciałbym z panią porozmawiać. Na osobności, jeśli można.

- Dobrze, zapraszam na zaplecze.

Karol Nowak uznał, że coś za łatwo mu idzie.

Kalina widząc jego wahanie powiedziała.

- Proszę się nie przejmować, nie jest pan jedynym klientem, który nie chce głośno przyznawać się do swoich schorzeń.

Karol Nowak zrobił się czerwony, jak pomidor, ale nie próbował zaprzeczać, w końcu chciał porozmawiać.

Róża przyjęła go w pokoju pełnym książek i segregatorów, ale bez biurka i komputera. Za to z dużym, wysokim stołem pośrodku i krzesłami ustawionymi wokół niego.

- Tutaj wyrabiamy leki – powiedziała – za tym regałem znajdują się naręcza ziół i słoików, a za tym drugim moje biurko, komputer i tak dalej. Możemy się tam wcisnąć, ale chyba będzie nam wygodniej rozmawiać przy tym stole.

Usiadła i zachęciła go gestem do tego samego.

- Szuka pan Strażniczki – powiedziała, a Karol z zaskoczenia o mało nie zleciał ze stołka. Ona widząc to, roześmiała się najbardziej perlistym śmiechem, jaki słyszał.

- S..skąd pani wie? – zająknął się.

- Ludzie gadają – odparła.

- Raczej potworki, stwory i inne jaszczury.

- Jeżeli już pan chce je nazwać, to baśniowe stwory brzmią najlepiej – poprawiła go.

- Jak zwał, tak zwał – machnął ręką.

- Dla nich jest to różnica, tak jak i dla was ludzi. Chciałby pan być nazwany glutem albo zespołem atomów z popędem seksualnym?

- Nie.

- Oni też nie – roześmiała się, ale widząc jego spiętą twarz spoważniała – no dobrze, przejdźmy do rzeczy. Po co pan mnie szuka?

- Jest pani Strażniczką?

- Tak.

- Skąd mam mieć pewność?

- Widziałam, jak elfiki pana na mnie nakierowały. Swoją drogą, powinny za to oberwać w ucho, ale cóż  - wzruszyła ramionami – mleko się wylało.

- Skąd mam mieć pewność?

- Nie może jej pan mieć – przyznała się Róża – zwłaszcza, że baśniowe stwory lubią kłamać – po czym dodała -  w przypadku elfików proszę być spokojnym. One są prawdomówne i całkiem miłe.

- Umie pani z nimi rozmawiać?

- Jak każdy z nas.

- Kim jesteście?

- Strażnikami między baśniowym światem a ludźmi. Lekarzami, wędrowcami, opiekunami, a dzisiaj wolnymi od zobowiązań istotami.

- Dużo was jest?

- Mało. Ale nie po to pan tu przyszedł. Historia mojej rasy może zaczekać.

- Czyta mi pani w myślach?

- Nie, ale znam się na ludziach, dlatego tu jestem.

- Nie rozumiem.

- Panie policjancie, nie mam całego dnia. Za pół godziny przyjmuję pacjentów, a chciałam jeszcze coś zjeść. Proszę przejść do rzeczy.

- Czerwony Kapturek, który siedział u nas w areszcie powiedział, że tylko Strażnicy mogą zaradzić tej dziwnej sytuacji, w której od kilku lat tkwimy. Kotołaki znowuż mówiły, że jesteście w stanie wszystko załatwić.

- Jeszcze dwa lata temu, owszem. Pilnowaliśmy porządku między ludźmi a Krainą Baśni, ale umowa została anulowana i wasze światy się wymieszały.

Nic na to nie możemy poradzić. Dlatego proszę wrócić na komisariat i robić swoje. Nie mogę panu pomóc. Chyba, że chce pan coś na to bolące kolano, które obił pan sobie, kiedy zawalił się areszt.

Karol Nowak patrzył na nią osłupiały, ale Róża już otworzyła jakąś szafkę i wyjęła pudełko z maścią.

- Dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Za trzy dni wszystko się zagoi.

- Ale mnie nic nie boli?

- Będzie pana bolało pod koniec dnia. Sztywnieje panu noga.

- Skąd pani może o tym wiedzieć?

- Jestem Strażnikiem, wiele rzeczy wiem – wręczyła mu pudełko z lekiem i pożegnała.

Karol nie pamiętał kiedy znalazł się na komisariacie.

- Co masz w ręku? – zapytała go Lena koleżanka z pracy, ładna blondynka po trzydziestce.

- Maść na kolano.

- Byłeś w aptece?

- Tak.

Mężczyzna poszedł do swojego biurka, usiadł przy nim i zadumał.

Za nic nie mógł sobie przypomnieć, po co tak naprawdę wyszedł z komisariatu. Przecież nie po maść. Jego kolano było zdrowe.

 

Karol Nowak zatrzymał swojego starego Golfa na parkingu przed blokiem, wziął torbę z zakupami i udał się do domu. Mieszkał na Tarchominie w jednym z wielu dziesięciopiętrowców. Mieszkanie miało duży przedpokój, dwa pokoje, kuchnię z oknem i łazienkę. Niestety bez okna. Było to kawalerskie lokum z minimalną ilością mebli, za to z maksymalną ilością elektroniki, sportowych sprzętów oraz różnych gadżetów, obok których żaden facet nie może przejść obojętnie. Mieszkanie odziedziczył po dziadkach i bardzo cieszył się z tego, że znajdowało się ono na drugim piętrze. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu, windy co i raz były psute przez złośliwe chochliki. Tak było i dzisiaj. Raźno wbiegł na schody i poczuł ból w kolanie.

- Ała, ała, ała – zaczął syczeć. Przez cały dzień wszystko było w porządku i nie spodziewał się jakichkolwiek komplikacji. Dobrze, że kupił maść w aptece. Jak tylko wróci do domu, to sobie je nasmaruje.

Coś go tknęło. Coś było nie tak.

Wszedł do mieszkania, zakupy upchnął byle jak w lodówce, wziął pudełko z kremem i usiadł z nim przy kuchennym stole. Przyjrzał się mu dokładnie. Było okrągłe, białe, bez żadnych napisów i wytłoczeń. W środku znajdowała się silnie pachnąca maść. To było wszystko. Karol wiedział, że je kupił w aptece, ale nie wiedział w której. Ten zanik pamięci bardzo go sfrustrował.

Usiłował odtworzyć sobie wydarzenia od wyjścia na komisariat, aż do powrotu.

Wyszedł na przerwę i usiadł sobie na Chmielnej pod drzewem. I coś się tam zadziało. A! Spotkał kotołaczkę, która chciała wymusić na nim kasę, a potem dziwne elfiki coś do niego mówiły. Pamiętał, że pytał je o najbliższą aptekę. Ale dlaczego elfików? Nie mógł zapytać jakiegoś człowieka?

- A może po prostu jestem przemęczony i mózg mi płata figle – mruknął do siebie.

 

Róża rozmawia z siostrami

Wieczorem Kalina i Malwina zostały zaproszone przez Różę na rozmowę.

Rozsiadły się w dużym salonie, w którym znajdowały się same kanapy, poduchy i puchowe dywany. W rogach stały bogato zdobione lampy, dające nastrojowe, miłe i ciepłe światło. Był to prawdziwie pokój wypoczynkowy, w którym nie było słychać zgiełku z ulicy i gdzie nie rozpraszała człowieka żadna elektronika.

Siostry rozsiadły się wygodnie i zaczęły omawiać spotkanie Róży z policjantem.

- Poszłam do tych elifików i zapytałam, czemu powiedziały temu policjantowi, gdzie mieszkam. A te, jak zwykle swoje. Bo tylko ty możesz nam pomóc, bo tylko ty naprawisz wszystko i według nich, dobrze mu z oczu patrzy. Z tym akurat się zgodzę, ale nie powinny wydawać mojej tożsamości.

- Czym się martwisz – śmiała się Malwina – przecież wymazałaś mu pamięć.

- Nie zapominaj, że to policjant – odezwała się Kalina – może będzie chciał dociec, czemu ma luki w pamięci.

- I elfiki znowu go nakierują – podsumowała Róża.

- Ale o co naszym byłym podopiecznym chodzi? Co mamy niby naprawiać? – dopytywała Malwina.

- Proszę cię, nie bądź naiwniaczką – jęknęła Kalina.

- Nie denerwuj się na nią – powiedziała Róża – dwa lata temu Malwina szykowała się do matury i mało interesowała się tym, co się w polityce dzieje. Nie zapominaj, że my mieszkamy tutaj, a centrum wydarzeń było setki kilometrów stąd, u babci.

- Nie musisz mnie tłumaczyć – burknęła Malwina.

- Kto, jak nie średnia siostra – zaśmiała się Róża.

- No to broń mnie, ale powiedz też, o co chodzi.

- Nasze baśniowe stwory myślały, że jak dostaną przepustkę do świata ludzi, to nic się w ich życiu nie zmieni. Uważali, że ludzie będą tacy sami, jak w Baśniowej Krainie, ale bardzo się zdziwiły. Ponieważ ci zachowują się inaczej i przede wszystkim, to oni są na szczycie drabiny społecznej. Nie są naiwni, bezbronni ani spolegliwi, jak większość tych w ich świecie. Tu obowiązują inne prawa, a nasze stwory nie umieją się przystosować. Poza tym nie ma tu miejsca dla mniejszych, słabszych. Nikt się nie zachwyca śpiewam polnych skrzatów, rusałki mają problem z uwiedzeniem mężczyzn, a elfiki wegetują na drzewie.

A, że same nie umieją naprawić swojego błędu, myślą, że my pstrykniemy palcami i znowu wszystko wróci do normy.

- Jakiej normy? – dopytywała Malwina.

- Baśniowej, a jakiej innej chciałaś? – powiedziała Kalina – tylko, że tak się nie da. Nasze stwory nie mają pojęcia, że ludzi jest kilka miliardów, gdy ich tylko 12 milionów i nie uda im się przenicować tego świata na ich modłę.

- Obawiam się raczej tego, że ludzie swoim zwyczajem zaczną na nich eksperymentować – dodała Róża - wykorzystywać do niecnych planów, a najsłabszych zlikwidują.

- Ale jak widać nie wszyscy – powiedziała Kalina – skoro elfiki zaufały temu policjantowi…

- Elfiki, to najbardziej naiwne stworzenia pod słońcem – zaśmiała się Róża.

- Możliwe – zgodziła się Kalina – ale sama wiesz, że jeżeli chodzi o nas, to wszystkie baśniowe stwory widzą w nas opiekunów, mimo, że już nimi nie jesteśmy. Czy nie wpadło ci do głowy, że może chcą nas zaangażować w swoją sprawę, wykorzystując ludzi? W tym przypadku, policjanta?

Róża spojrzała na starszą siostrę, zmarszczyła czoło, skrzywiła wargi i odparła.

- I ten niecny plan uknuły elfiki?

Kalina cmoknęła.

- Wiem, że to mało mądre stworzenia, ale chcą mieć tutaj znany sobie ład. Policjanci strzegą porządku, a Strażnicy są opiekunami.

- Myślę, że przeceniasz ich inteligencję – zgodziła się z Różą Malwina – moim zdaniem swoją decyzję oparły na tym, iż uznały, że dobrze mu z oczu patrzy.

- No i, że jako jedyny z ludzi chciał się z nimi porozumieć – dodała Róża.

- Naprawdę? – dziwiła się Malwina.

- Tak. Inni oganiają się od nich, jak od much albo śmieją się z ich strojów i języka. W ludzkich uszach brzmi on, jak bzyczenie.

- No to będzie miał policjant oddanych sobie fanów – śmiała się Kalina – jak nic znowu go do nas skierują.

- Zabroniłam im – przyznała się Róża – ale obawiam się, że nie na wiele to się zda, zwłaszcza, że jednej elficzce, niejakiej Lili świecą się oczy, jak o nim wspomina.

- Zakochała się? – dopytywała Malwina

- Od pierwszego wejrzenia – przytaknęła Róża.

- A on rzeczywiście taki piękny?

- Zwyczajny – powiedziała Kalina – chociaż w mundurze wyglądał całkiem przystojnie.

- Wysoki, wysportowany, ma ładne oczy – powiedziała Róża.

- Widzę, że dobrze się mu przyjrzałaś – śmiała się z niej Kalina.

- Oczywiście, siedział ze mną  piętnaście minut.

- I dałaś mu maść – przypomniała Kalina.

- A co to ma do rzeczy?

- To, że tu wróci.

- Pudełko było bez napisów i odcisków palców.

- Dałaś mu maść.

- A co ty się tak tego czepiasz. Ma zapalenie w kolanie, dlaczego miałam mu nie pomóc – zaperzyła się Róża.

- Może dlatego, żeby więcej nas nie odwiedzał i nie pytał o Strażników.

- Kalina ma rację. Dałaś facetowi punkt zaczepienia – twarz Malwiny rozciągnęła się w uśmiechu – elfik srelfik. Podoba ci się. On ci się spodobał. Kalina, to Róża się w nim zakochała, a nie żadna Lili.

- Nie szalej – uspokajała ją Róża – nie mam kilkunastu lat, nie zakochuję się od pierwszego wejrzenia.

- Dlatego czekasz na drugie – rechotała Kalina.

- Jesteście stuknięte.

- A ty zakochana.

- Jak się naprawdę zakocham, to będziecie pierwsze o tym wiedzieć. Dlatego nie wymyślajcie nie wiadomo czego.

- To po co dałaś mu lekarstwo? Przecież to ewidentny punkt zaczepienia – pytała Kalina.

- Ma chore kolano i to nie podlega dyskusji, jasne – fuknęła, ale zaraz dodała spokojniejszym tonem – dałam mu punkt zaczepienia dlatego, żeby sprawdzić jego wytrwałość, jeśli tu wróci, to znak, że naprawdę potrzebuje pomocy. Nie wiem jeszcze jakiego rodzaju, ale zobaczymy. Jeśli tu nie wróci, to będzie znaczyło, że albo znalazł inne rozwiązanie swoich problemów albo jest za głupi na dedukcje.

- Dobrze, już dobrze – zgodziła się z nią Kalina – ale powiedz nam jeszcze jedną rzecz. Po co dzisiaj poszłaś oglądać ten komisariat.

- Taki impuls.

- Acha, impuls. Strażnik nie odpuści, będzie pomagał i tak dalej, tak?

- Mniej więcej.

- Chcesz im pomóc? – dziwiła się Malwina.

- Nie wiem, o co chcą prosić, bo o tym z nim nie rozmawiałam.

- Nie zapominaj, że mamy się nie wtrącać.

- Do Krajan, do ludzi możemy.

Kalina zaśmiała się.

- Strażnik nigdy nie przestanie być Strażnikiem, prawda?

- Mamy za sobą 30 tysięcy lat praktyki, trudno wyzbyć się starych przyzwyczajeń – odparła wesoło Róża.

- Niech będzie, jak ty w to wchodzisz, to ja też – zgodziła się Kalina.

- I ja też – dodała Malwina.

- Najpierw poczekajmy, co zrobi pan policjant – zakończyła temat Róża.

 

Kolejny odcinek 11 stycznia

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"