Strażnicy - odc.7

Siostry rozmawiają
Późnym wieczorem Róża spotkała się z siostrami u siebie w salonie
i oznajmiła.
- Każda z nas będzie się spotykać z kapitanem. Każda z nas ma tę samą wiedzę, tyle samo czasu, więc nie widzę sensu ciągłych sesji z Karolem Nowakiem.
- Dzisiaj cię oświeciło? – zapytała Kalina.
- Dokładnie. Oni nic nie wiedzą, nic. A ja nie mogę się z nim codziennie spotykać i tłumaczyć mu oczywistych oczywistości.
- Przecież ci się podoba, powinnaś lecieć, jak na skrzydłach – śmiała się Malwina.
- Nie wiem kto ci takich bzdur naopowiadał – zaperzyła się Róża – on mnie nie interesuje. Jeśli już się kimś zainteresuje, to prędzej będzie to osoba z baśniowych stworów niż człowiek.
- Pożyjemy, zobaczymy – odezwała się Kalina – a na razie powiedz nam, jak widzisz nasze spotkania i czy on o tym wie.
- Tak. Dzisiaj to omawialiśmy i doszliśmy do dwóch wniosków.
- Jakich?
- Pierwszy, że nie ma sensu spotykać się codziennie, a drugi, że będziemy się stawiać u kapitana tylko na wezwanie, kiedy nie będą wiedzieli, co robić.
- Czyli codziennie – zaśmiała się Kalina,
- Dlatego będziemy się wymieniać – uśmiechnęła się szeroko Róża.
Koniec części I
Część II - Współpraca
Rysunkowy wirus
- Chcę pani coś pokazać – Karol zaprowadził Różę przed Zamek Ujazdowski.
Budynek stał nadal, tylko był dwuwymiarowy i rysunkowy. Przed bramą wjazdową stało dwóch rysunkowych strażników, uzbrojonych w halabardy. Na podjazd wtoczyła się ociekająca złotem karoca, zaprzężona w trzy pary koni, z której wysiadła królewska para. On, gruby z wielkim czerwonym nosem i maleńką koroną na łysej głowie, ona przewyższająca go o głowę z burzą rudych, kręconych włosów i z lekkim zezem. Ubrana w suknie, niczym beza i dużą ilości biżuterii na sobie. I wszystko by było do przyjęcia, gdyby nie fakt, że oni również byli rysunkowi. Kiedy mijali Karola i Różę okazało się, że kiedy się na nich patrzyło z boku, to byli płascy i ciency, jak kartka, dopiero z tyłu znowu odzyskiwali jako tako, ludzkie kształty.
- Niech się pan ukłoni – syknęła Róża, a Karol odruchowo skinął głową.
- Może mi pani powiedzieć, dlaczego tak się wygłupiamy?
- A chce pan stracić życie?
- Nie.
- To zginaj pan kark.
Kapitan złożył głęboki ukłon.
Za królewską parą przeszła jeszcze służba i straż przyboczna. Wszyscy znikli we wnętrzu zamku, a kareta odjechała i po prostu znikła.
Kiedy zostali sami, kapitan zapytał.
- Może mi pani to wytłumaczyć? Mało tego, czy może pani sprawić, żeby Centrum Sztuki Współczesnej znowu stanie się normalne?
- Myślę, że ta instytucja raczej powinna się cieszyć, że została wybrana na siedzibę królewskiej pary.
- Jak to się stało?! – krzyknął Karol.
- Baśniowa Kraina ma tyle postaci, ile jesteście w stanie wymyślić.
- Czyli X-Men istnieje? – parsknął Karol.
- Nie – odparła poważnie Róża – to nie film „Niekończąca się opowieść”. Baśniowe stwory nie są tworem waszej wyobraźni.
- Ale te postaci są rysunkowe?! Nie powie mi pani, że są żywe, jak my.
- Są żywe, tylko zaatakował je wirus.
Kapitan popatrzył na nią zaskoczony.
- Wirus?
- Niestety. To wynik eksperymentu sprzed trzech tysięcy lat. Jeden z magów chciał stworzyć broń przeciw swojemu wrogowi, no i wynalazł chorobę - Róża wskazała ręką na zamek.
- Wirus?
- Przecież wytłumaczyłam.
- Rozumiem, że działa to na żywe stworzenia, ale na budynki?
- Skutki uboczne czarów – Róża wzruszyła ramionami.
- Można to wyleczyć?
- Nie trzeba tego leczyć, samo przechodzi. Problem w tym, że czasami trwa to dosyć długo, ponieważ przenosi się przez dotknięcie.
- Czyli, że wystarczy, że dotknę ściany i stanę się dwuwymiarowy?
Róża przytaknęła i uśmiechnęła się szeroko.
- Chce pan spróbować?
- Bardzo śmieszne – burknął.
- Trochę tak. Przechodziłam przez to dwa razy, nie boli, tylko jest dosyć dziwnie. Widzi się dwuwymiarowo, chodzi się, jak na szczudłach, no i zmiana ubrania jest tak raptowna, jak w kreskówkach. Nawet nie wiadomo kiedy, a już ma się na sobie coś, o czym się pomyślało.
Kapitan spojrzał na nią z zainteresowaniem.
- To znaczy, że Strażnicy nie są na to odporni?
- Nikt nie jest. Ten mag był potężny. Ale proszę się nie martwić, nic się przy tym nie traci. No może oprócz tego, że jest się płaskim.
- Ile trwa ta choroba?
- Około dwóch tygodni, o ile odizoluje się chorego od innych.
- Jak to można zrobić, skoro nawet przedmioty i budynki ulegają wirusowi.
- Już tłumaczę. Tak naprawdę nie chodzi o krótki dotyk. Z chorym trzeba przebywać i mieć z nim dłuższy fizyczny kontakt. Kilka dni. Tak samo przedmioty. Gdyby było inaczej wszystko na drodze tej królewskiej pary byłoby rysunkowe, a nie jest. Wie pan ile już czasu mieszkają w tym zamku?
- Nie wiem, dzisiaj dostaliśmy zgłoszenie o tej dziwnej przemianie.
- A co z pracownikami?
- Szukamy. Myśli pani, że mogą już być rysunkowi?
- Myślę, że mogą już nie żyć – rzekła poważnie.
Kapitan spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Myśli pani, że może nas to zabić?
- Możliwe. Wy, ludzie jesteście racjonalistami i trudno wam uwierzyć nawet w to, co widzicie. Obawiam się, że od tego wirusa może wam eksplodować mózg.
- Dlatego miałem się pokłonić? Bała się pani, że para królewska wsadzi mnie do lochu i że zacznę chorować…
- Nie. Chodziło raczej o to, że mogliby pana skrócić o głowę za brak okazanego szacunku..
Karol potrząsnął z niedowierzaniem głową, a potem dyplomatycznie zmienił temat.
- Załóżmy, że jednak pracownicy żyją i stali się rysunkowi, jak przerwać ten wirus.
- Odizolować osoby chore od zdrowych.
- Ale budynki…
- Kiedy człowiek przestaje chorować wszystko wokół staje się na powrót normalne. Ale najpierw trzeba zainfekowaną osobę zamknąć w jednym pokoju. Wszystko w środku stanie się rysunkowe, ale nie z zewnątrz. Po dwóch tygodniach wirus odpuszcza i można wrócić do normalności.
- Skoro to takie łatwe, czemu jeszcze się go nie pozbyliście?
- Ponieważ baśniowe stwory nie rozumieją idei izolatki.
- Naprawdę?
- Niestety. Ponadto, choroba nie powoduje wielkich zmian w ich życiu, więc potrafią zarażać się i trwać w tym stanie latami, a że mogą jeść, poruszać się i nic im szczególnego nie dolega, nie widzą w niej problemu.
- Nie przeszkadza im to? – dziwił się – nie wiem, czy chciałbym być dwuwymiarowy.
- Niektórym jest to nawet na rękę, ponieważ rysunkowej postaci nie da się zabić.
- A jak im się utnie głowę?
- Niezły pomysł – zaśmiała się Róża – ale nie działa, głowa odrasta. Wszystko odrasta.
- Ale skoro są rysunkowi, to można ich wytrzeć.
- Skąd pan weźmie tak wielką gumkę?
- Mała nie wystarczy?
Róża roześmiała się.
- Powodzenia.
Róża dała gestem znać Karolowi, żeby został na miejscu, a sama podeszła do strażnika. Ten łypnął na nią złym okiem.
- Przejścia nie ma – zaszeleścił chrapliwie.
- Chciałam zadać panu jedno pytanie.
- Pyta i wynocha!
- Długo już tu mieszkacie?
- Będzie z tydzień. A teraz wynocha.
- A jak się tu wprowadziliście?
- Miało być jedno pytanie. Wynocha.
- To jest jedno pytanie, tylko ma dwie części.
Strażnik zamilkł na chwilę i myślał. W końcu odparł.
- Jego wysokość Borys dostał zaproszenie na wystawę i tak mu się spodobało, że zostaliśmy.
- A co z osobami, które tu pracowały?
Rysunkowy mężczyzna popatrzył na nią dziwnie.
- W lochu, a gdzie niby mieli by być? A teraz wynocha.
Róża wróciła do kapitana,
- Trzeba będzie ich tu w jakiś sposób zatrzymać. Inaczej zainfekują pół miasta – powiedział.
- Ma pan rację, ale najpierw trzeba wyciągnąć ludzi z lochu.
- A tam jest jakiś loch?
- Teraz jest.
- Ma pani jakiś pomysł?
- Mam, ale do tego trzeba użyć podstępu – powiedziała.
- A nie lepiej ich aresztować.
- To proszę zacząć od strażników. Para królewska ma na pewno ze sobą liczną służbę, musiałby pan aresztować wszystkich, inaczej może pan zostać skrócony o głowę.
- Jesteśmy w Polsce i tu działa prawo polskie…
- Tak, oczywiście, proszę iść i im to wytłumaczyć – parsknęła Róża.
- A żeby pani wiedziała, że spróbuję – Karol ruszył w stronę strażników. Pobiegła za nim i złapała za rękaw munduru.
- Proszę się zatrzymać, powiedziałam przecież, że mam pomysł.
- Jaki?
- Przebierzemy kogoś za bogatego kupca, który przedstawi im obrazy Łazienek lub Wilanowa i powie się im, że to są rezydencje królewskie, a zamek ujazdowski ledwie magnacki. Wtedy uznają, że to miejsce jest dla nich za biedne i udadzą się gdzie indziej.
- Wszystko pięknie, ale wtedy załatwią pracowników tamtej placówki.
- Nie. Wsadzimy ich do radiowozów i zawieziemy na komisariat. Wsadzimy ich do cel i poczekamy, aż przestaną chorować.
- Plan wygląda na prosty, ale sama pani mówiła, że strażnicy mogą zrobić nam krzywdę.
- Dlatego wsadzimy ich do kilkunastu radiowozów.
- Myśli pani, że oni wsiądą do samochodu?
- Jak im się powie, że tak się tutaj przewozi najważniejsze osoby w państwie i dodatkowo uruchomi koguty? Sukces murowany.
- Gdzie jest haczyk?
- Trzeba ich przekonać, a to nie będzie łatwe. Może i są z Baśniowej Krainy, ale doskonale potrafią rozpoznać blef. Potrzebny będzie mistrz nad mistrzami.
- A skąd ja pani takiego znajdę?
- Mało to macie krętaczy w więzieniach? – Róża uśmiechnęła się promiennie.
- A pani nie może ich przekonać?
- Nie. Z dwóch powodów. Jestem Strażniczką i nie mogę takich rzeczy robić, a dwa, nie mogę się bezpośrednio wtrącać. Służę tylko radą i wiedzą.
Karol uruchomił wszystkie swoje kontakty i w ciągu dwóch godzin ściągnęli odpowiednią osobę do tego zadania. Za obietnicę przepustki do domu na święta, obiecał zrobić wszystko, czego chcieli policjanci.
Zapadł zmierzch i Karol stracił już nadzieję, że cokolwiek wyjdzie z pomysłu Róży. Powiedział jej nawet, że nie zdziwi się, jeśli ich człowiek przejdzie na stronę pary królewskiej i zostanie w zamku na zawsze.
- Nie wezmą go, ma zbyt niskie urodzenie – pocieszyła go Róża.
W końcu około 21 00, z zamku zaczęły wychodzić rysunkowe postaci. Najpierw służba niosąca wielkie paki z ubraniami i sprzętami pary królewskiej. Szybko zostali wsadzeni do samochodów i zawiezieni na komisariat.
- Wie pani, że nie mamy aż tylu cel, żeby ich umieścić pojedynczo? – przypomniał.
- Mogą się kisić, jak sardynki. Jedynie parze królewskiej zróbcie osobny pokój. Dla nich i ich trzech, czterech dworzan.
- A co z nimi zrobimy, kiedy na powrót odzyskają żywe ciała?
- Posłuży się pan dokumentem króla Ryszarda Wielkiego Głupca. Dostaną ostrzeżenie i adres do najbliższego hotelu. I albo się przystosują albo będą musieli wrócić do Baśniowej Krainy.
- A stać ich na hotel?
Róża podeszła do dwóch strażników eskortujących kilku służących niosących ciężką skrzynię. Uniosła rysunkowe wieko i pokazała Karolowi górę rysunkowych, drogich kamieni.
- Proszę mi wierzyć, kiedy oni na powrót staną się normalni, te rysunki zamienią się w majątek wart kilkunastu milionów złotych.
Karol aż się zakrztusił.
- To mnie przerasta.
- Proszę sobie tym nie zaprzątać głowy, raczej powinien się pan cieszyć, że pana miasto zarobi.
Jako ostatni wyszła para królewska. Wsiedli do radiowozu i odjechali na sygnale.
Róża pozwoliła policjantom wejść do środka i poszukać pracowników Centrum Sztuki Współczesnej. Znaleziono ich w piwnicach. Co prawda, wirus ich zaatakował, ale byli cali i zdrowi.
Zanim kobieta odjechała powiedziała jeszcze do Karola.
- Proszę nie zapomnieć odizolować tych ludzi na jakiś czas od reszty, a i sami siebie obserwujcie. I obserwujcie swoich gości w celach. Kto odzyska normalny kształt, niech wychodzi na wolność.
- I gdzie mamy ich odesłać.
- Do hotelu. Para królewska zapłaci.
- A jak nie zechce tego robić?
- To odeślecie ich do Baśniowej Krainy według dokumentu, który pan dostał od króla.
- Mogę?
- Jeśli nie będą chcieli zapłacić? Oczywiście.
- Przecież mają kilka możliwości złamania prawa?
- A niech sobie łamią, ale najpierw niech zapłacą – poklepała go po ramieniu – proszę się tak nie martwić, oni rozumieją dokumenty Ryszarda Wielkiego Głupca. Doskonale wiedzą, co mogą, a czego nie. Także zapłacą tyle ile trzeba, ale ani grosza więcej. Dobranoc.
Karol Nowak gryzie się w język
Kapitan nie miał świadomości, że wiadomość o tym, że ma w swoich rękach prawo z Krainy Baśni, rozejdzie się po Krajanach lotem błyskawicy. Wystarczyło, że tylko raz się na nie powołał i jakiś skrzat rozniósł tę wieść po mieście. I kiedy łapał kolejne istoty na przestępstwie te usiłowały go przekupywać, przekonywać do siebie, przymilać się, byle tylko nie odesłał ich do domu. Miał dwa wyjścia albo potraktować przekupstwo poważnie i ich dodatkowo obciążyć albo ignorować. Róża zasugerowała mu tę drugą opcję, mówiąc, że kara ich nie zmieni i nadal będą się podlizywać.
Teraz próbowała tego Wróżka Zębuszka. Była to niska i prawie okrągła kobieta, której wiek można było uznać za nieokreślony. W dokumentach Karol miał zapisane, dwadzieścia pięć lat, ale równie dobrze mogłaby mieć pięćdziesiąt. Okrągła twarz, z pucołowatymi policzkami, wielkie okulary na nosie i lekko haczykowaty nos powodowały, że wyglądała starzej. Ubrana była w ludowy strój, ale kapitan nie był w stanie określić regionu, z którego pochodził. Wróżka usiłowała przekonać Karola, że działała w dobrej sprawie i żeby przymknął oko na jej „niewinny” proceder.
- Wybijanie zębów dorosłym ludziom, nie jest „niewinnym” procederem – powiedział, kiedy skończyła się podlizywać i robić do niego maślane oczy.
- Musiałam to zrobić – broniła się – inaczej nie uda mi się awansować.
- Awansować? – dziwił się.
- Oczywiście. Jestem młodą Wróżką Zębuszką i posyłają mnie w najmniej intratne miejsca. W zasadzie mój rewir posiada więcej starszych osób niż dzieci.
- Rozumiem, że awans zależy od ilości zebranych mleczaków w ciągu określonego czasu?
- Tak. W ciągu roku powinnam zebrać ich przynajmniej dwa tysiące. Niestety mam ich zaledwie osiemdziesiąt trzy, a jest już lipiec.
- A co się stanie jeśli nie zbierzesz odpowiedniej ilości zębów?
- Utknę w tym rewirze na tak długo, aż nie zaroi się od dzieci lub nie znikną ludzie.
- Rozumiem, że chciałaś przyspieszyć sobie awans i zaczęłaś atakować staruszków.
- Którzy w większości mają sztuczne szczęki, więc po co im pozostałe zęby? Tylko im pomogłam się ich pozbyć.
- A nie wzięłaś pod uwagę tego, że dorośli ludzie są bardzo przywiązani do swojego uzębienia?
Wróżka wzruszyła ramionami.
- Mam inne pytanie – podjął rozmowę Karol – a co na to twoje szefostwo? Nie rozpozna fałszerstwa?
Kobieta machnęła ręką i uśmiechnęła się chytrze.
- Gdzie tam, liczy się sztuka.
- Czyli mogę zaprosić tu twoją szefową, szefa?
- Moją szefową jest Wróżka Zębuszka pierwszej klasy.
- A ty jesteś?
- Siedemnastej – wymamrotała – ale są jeszcze dwie pode mną, więc nie mam tak najgorzej.
- Mogę ją zaprosić i powiedzieć jej o tym, co robisz?
- Oczywiście. Nie wie pan, że w naszym fachu wszystkie chwyty dozwolone? – zaśmiała się kobieta. Kapitan widząc, że mówi szczerze porzucił ten temat. Ale ciekawiło go jeszcze jedno.
- A właściwie, to po co wam są te zęby?
- Z czegoś musimy budować swoje domy, prawda?
„No tak, pomyślał Karol. Każdy z czegoś buduje swoje domy. Jedni z cegieł inni z gałęzi a jeszcze inni z zębów. Czemu ja się dziwię?”
- Wszystko rozumiem, ale zabraniam pani wybijania ich dorosłym ludziom. Tym razem nie wsadzę pani do więzienia, ale dostała pani ostrzeżenie.
- Dobrze, będę uczciwa – zawołała radośnie Wróżka Zębuszka. Kapitan wiedział, że to kłamstwo, ale na jakiś czas wystarczy. Wypuścił ją na wolność i zakończył dzień pracy.
Marzył tylko o tym, żeby znaleźć się w domu i chociaż przez kilka godzin nie widzieć, nie słyszeć i nie musieć użerać się ze stworami nie z tego świata.
W mieszkaniu stwierdził, że zapomniał pójść na zakupy, a lodówka zieje pustką. Dlatego zamówił pizzę i głodny, jak wilk czekał na dostawę.
Najwidoczniej dzisiejszego dnia nie było zbyt dużego ruchu, ponieważ dostawca pojawił się po piętnastu minutach, na co głodny Karol w ogóle nie zwrócił uwagi. Otworzył drzwi i spojrzał na osobę, która przyniosła mu jedzenie.
- Szybcy jesteście – powiedział.
- Czas to pieniądz, jak to mówią – odezwała się osoba trzymająca pudło.
- Skoro o pieniądzach mowa. Proszę… – Karol przypomniał sobie, że ma nikogo do siebie nie zapraszać w porę ugryzł się w język i dokończył - …poczekać, pójdę po portfel.
Po chwili wrócił i od razu zauważył, że coś jest nie tak. Osoba, która podała się za dostawcę pizzy nie widząc go jak wraca, ziewnęła, dzięki czemu odsłoniła klawiaturę ostro zakończonych zębów. Pogratulował sobie przezorności.
- Nie wiedziałem, że w pizzerii zatrudnili Krajana. Kim jesteś?
Osoba zbladła, ale szybko odzyskała rezon.
- Nie wiem o czym pan mówi?
- Nie wygłupiaj się, widziałem, jak ziewałeś?
- Uczciwie pracuję – oburzyła się postać – a nasza pizzeria jest dobra i nigdzie indziej nie dostanie pan tak szybko jedzenia.
- No właśnie. Piętnaście minut, to rzeczywiście bardzo szybka dostawa. Co jest w środku?
- Pizza – baśniowy stwór był blady, jak ściana.
- Dzwoniłem do sieciowej pizzerii, a w niej czeka się około 40 minut. Jak przechwyciliście to połączenie?
- Nie wiem, o czym pan mówi? Proszę zadzwonić do mojej pracy, oni panu powiedzą, że zatrudnili mnie i mojego brata.
- A czym się wyróżniacie?
- Jesteśmy smokami bagiennymi. Umiemy obchodzić się z ogniem, dzięki czemu ciasto piecze się szybciej i jest smaczniejsze.
- Smok bagienny? To dlaczego masz ludzki kształt.
- Każdy smok potrafi zmieniać się w ludzi, tylko, że my na krótko.
- Właśnie widzę.
- Ale jesteśmy uczciwi i pracujemy.
- Nic nie powiedziałem.
- Ale pan pomyślał.
- To prawda.
- Nie jesteśmy szlachetnego gatunku. Raczej żyjemy na peryferiach smoczej hierarchii. Nie zbieramy złota, ani nie porywamy dziewic. Siedzimy w bagnie i bawimy się ogniem.
- A przybyliście do świata ludzi, bo…
- Tak, jak każdy, z chęci przeżycia przygody.
- Dobrze. Daj tę pizzę. Tu masz pieniądze. Dobrego dnia.
- Dobrego dnia. Kapitanie.
Stwór już się odwracał, żeby odejść, ale Karol złapał go za ramię.
- Skąd wiesz, że jestem kapitanem?
Smok wzruszył ramionami.
- Wszyscy to wiedzą. Skoro nasz król ogłosił cię powiernikiem prawa trudno, żebyśmy o tym nie wiedzieli.
- Czy z tego powodu coś mi z waszej strony grozi?
Stwór zarechotał.
- Od Krajan? To zależy na kogo pan trafi. Ja nie jestem groźny, ale wilkołaki, magowie czy szlachetne smoki? Jeśli zajdzie im pan za skórę, to owszem, może pan się czuć zagrożony. Dobrego wieczoru.
Odszedł.
Karol otworzył pudełko z pizzą i przyjrzał się jej nieufnie.
„Wyglądała, jak zwykła pepperoni, ale kto ich tam wie” – pomyślał.
Mimo później pory zadzwonił do Róży.
Ta na szczęście jeszcze nie spała. Opowiedział jej o zdarzeniu z dostawcą pizzy, a ona to skomentowała.
- Dobrze, że go nie zaprosiłeś- pochwaliła przezorność – ale też nie masz się czego obawiać. Bagienne smoki są inteligentne i pokojowo nastawione do ludzi. Od wieków w Baśniowej Krainie zajmowały się alchemią na bagnach i potrafią wyczyniać z ogniem takie sztuczki, że hej. Skoro mówił, że pracuje uczciwie, to ja mu wierzę. O wiele gorsze są szlachetne gatunki smoka. Głupie, ograniczone, mściwe i strasznie próżne. Niestety, bogate i wpływowe i długowieczne – zakończyła przemowę.
- Dziękuję za informacje – pożegnał się z nią.
- Każda z nas będzie się spotykać z kapitanem. Każda z nas ma tę samą wiedzę, tyle samo czasu, więc nie widzę sensu ciągłych sesji z Karolem Nowakiem.
- Dzisiaj cię oświeciło? – zapytała Kalina.
- Dokładnie. Oni nic nie wiedzą, nic. A ja nie mogę się z nim codziennie spotykać i tłumaczyć mu oczywistych oczywistości.
- Przecież ci się podoba, powinnaś lecieć, jak na skrzydłach – śmiała się Malwina.
- Nie wiem kto ci takich bzdur naopowiadał – zaperzyła się Róża – on mnie nie interesuje. Jeśli już się kimś zainteresuje, to prędzej będzie to osoba z baśniowych stworów niż człowiek.
- Pożyjemy, zobaczymy – odezwała się Kalina – a na razie powiedz nam, jak widzisz nasze spotkania i czy on o tym wie.
- Tak. Dzisiaj to omawialiśmy i doszliśmy do dwóch wniosków.
- Jakich?
- Pierwszy, że nie ma sensu spotykać się codziennie, a drugi, że będziemy się stawiać u kapitana tylko na wezwanie, kiedy nie będą wiedzieli, co robić.
- Czyli codziennie – zaśmiała się Kalina,
- Dlatego będziemy się wymieniać – uśmiechnęła się szeroko Róża.
Koniec części I
Część II - Współpraca
Rysunkowy wirus
- Chcę pani coś pokazać – Karol zaprowadził Różę przed Zamek Ujazdowski.
Budynek stał nadal, tylko był dwuwymiarowy i rysunkowy. Przed bramą wjazdową stało dwóch rysunkowych strażników, uzbrojonych w halabardy. Na podjazd wtoczyła się ociekająca złotem karoca, zaprzężona w trzy pary koni, z której wysiadła królewska para. On, gruby z wielkim czerwonym nosem i maleńką koroną na łysej głowie, ona przewyższająca go o głowę z burzą rudych, kręconych włosów i z lekkim zezem. Ubrana w suknie, niczym beza i dużą ilości biżuterii na sobie. I wszystko by było do przyjęcia, gdyby nie fakt, że oni również byli rysunkowi. Kiedy mijali Karola i Różę okazało się, że kiedy się na nich patrzyło z boku, to byli płascy i ciency, jak kartka, dopiero z tyłu znowu odzyskiwali jako tako, ludzkie kształty.
- Niech się pan ukłoni – syknęła Róża, a Karol odruchowo skinął głową.
- Może mi pani powiedzieć, dlaczego tak się wygłupiamy?
- A chce pan stracić życie?
- Nie.
- To zginaj pan kark.
Kapitan złożył głęboki ukłon.
Za królewską parą przeszła jeszcze służba i straż przyboczna. Wszyscy znikli we wnętrzu zamku, a kareta odjechała i po prostu znikła.
Kiedy zostali sami, kapitan zapytał.
- Może mi pani to wytłumaczyć? Mało tego, czy może pani sprawić, żeby Centrum Sztuki Współczesnej znowu stanie się normalne?
- Myślę, że ta instytucja raczej powinna się cieszyć, że została wybrana na siedzibę królewskiej pary.
- Jak to się stało?! – krzyknął Karol.
- Baśniowa Kraina ma tyle postaci, ile jesteście w stanie wymyślić.
- Czyli X-Men istnieje? – parsknął Karol.
- Nie – odparła poważnie Róża – to nie film „Niekończąca się opowieść”. Baśniowe stwory nie są tworem waszej wyobraźni.
- Ale te postaci są rysunkowe?! Nie powie mi pani, że są żywe, jak my.
- Są żywe, tylko zaatakował je wirus.
Kapitan popatrzył na nią zaskoczony.
- Wirus?
- Niestety. To wynik eksperymentu sprzed trzech tysięcy lat. Jeden z magów chciał stworzyć broń przeciw swojemu wrogowi, no i wynalazł chorobę - Róża wskazała ręką na zamek.
- Wirus?
- Przecież wytłumaczyłam.
- Rozumiem, że działa to na żywe stworzenia, ale na budynki?
- Skutki uboczne czarów – Róża wzruszyła ramionami.
- Można to wyleczyć?
- Nie trzeba tego leczyć, samo przechodzi. Problem w tym, że czasami trwa to dosyć długo, ponieważ przenosi się przez dotknięcie.
- Czyli, że wystarczy, że dotknę ściany i stanę się dwuwymiarowy?
Róża przytaknęła i uśmiechnęła się szeroko.
- Chce pan spróbować?
- Bardzo śmieszne – burknął.
- Trochę tak. Przechodziłam przez to dwa razy, nie boli, tylko jest dosyć dziwnie. Widzi się dwuwymiarowo, chodzi się, jak na szczudłach, no i zmiana ubrania jest tak raptowna, jak w kreskówkach. Nawet nie wiadomo kiedy, a już ma się na sobie coś, o czym się pomyślało.
Kapitan spojrzał na nią z zainteresowaniem.
- To znaczy, że Strażnicy nie są na to odporni?
- Nikt nie jest. Ten mag był potężny. Ale proszę się nie martwić, nic się przy tym nie traci. No może oprócz tego, że jest się płaskim.
- Ile trwa ta choroba?
- Około dwóch tygodni, o ile odizoluje się chorego od innych.
- Jak to można zrobić, skoro nawet przedmioty i budynki ulegają wirusowi.
- Już tłumaczę. Tak naprawdę nie chodzi o krótki dotyk. Z chorym trzeba przebywać i mieć z nim dłuższy fizyczny kontakt. Kilka dni. Tak samo przedmioty. Gdyby było inaczej wszystko na drodze tej królewskiej pary byłoby rysunkowe, a nie jest. Wie pan ile już czasu mieszkają w tym zamku?
- Nie wiem, dzisiaj dostaliśmy zgłoszenie o tej dziwnej przemianie.
- A co z pracownikami?
- Szukamy. Myśli pani, że mogą już być rysunkowi?
- Myślę, że mogą już nie żyć – rzekła poważnie.
Kapitan spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Myśli pani, że może nas to zabić?
- Możliwe. Wy, ludzie jesteście racjonalistami i trudno wam uwierzyć nawet w to, co widzicie. Obawiam się, że od tego wirusa może wam eksplodować mózg.
- Dlatego miałem się pokłonić? Bała się pani, że para królewska wsadzi mnie do lochu i że zacznę chorować…
- Nie. Chodziło raczej o to, że mogliby pana skrócić o głowę za brak okazanego szacunku..
Karol potrząsnął z niedowierzaniem głową, a potem dyplomatycznie zmienił temat.
- Załóżmy, że jednak pracownicy żyją i stali się rysunkowi, jak przerwać ten wirus.
- Odizolować osoby chore od zdrowych.
- Ale budynki…
- Kiedy człowiek przestaje chorować wszystko wokół staje się na powrót normalne. Ale najpierw trzeba zainfekowaną osobę zamknąć w jednym pokoju. Wszystko w środku stanie się rysunkowe, ale nie z zewnątrz. Po dwóch tygodniach wirus odpuszcza i można wrócić do normalności.
- Skoro to takie łatwe, czemu jeszcze się go nie pozbyliście?
- Ponieważ baśniowe stwory nie rozumieją idei izolatki.
- Naprawdę?
- Niestety. Ponadto, choroba nie powoduje wielkich zmian w ich życiu, więc potrafią zarażać się i trwać w tym stanie latami, a że mogą jeść, poruszać się i nic im szczególnego nie dolega, nie widzą w niej problemu.
- Nie przeszkadza im to? – dziwił się – nie wiem, czy chciałbym być dwuwymiarowy.
- Niektórym jest to nawet na rękę, ponieważ rysunkowej postaci nie da się zabić.
- A jak im się utnie głowę?
- Niezły pomysł – zaśmiała się Róża – ale nie działa, głowa odrasta. Wszystko odrasta.
- Ale skoro są rysunkowi, to można ich wytrzeć.
- Skąd pan weźmie tak wielką gumkę?
- Mała nie wystarczy?
Róża roześmiała się.
- Powodzenia.
Róża dała gestem znać Karolowi, żeby został na miejscu, a sama podeszła do strażnika. Ten łypnął na nią złym okiem.
- Przejścia nie ma – zaszeleścił chrapliwie.
- Chciałam zadać panu jedno pytanie.
- Pyta i wynocha!
- Długo już tu mieszkacie?
- Będzie z tydzień. A teraz wynocha.
- A jak się tu wprowadziliście?
- Miało być jedno pytanie. Wynocha.
- To jest jedno pytanie, tylko ma dwie części.
Strażnik zamilkł na chwilę i myślał. W końcu odparł.
- Jego wysokość Borys dostał zaproszenie na wystawę i tak mu się spodobało, że zostaliśmy.
- A co z osobami, które tu pracowały?
Rysunkowy mężczyzna popatrzył na nią dziwnie.
- W lochu, a gdzie niby mieli by być? A teraz wynocha.
Róża wróciła do kapitana,
- Trzeba będzie ich tu w jakiś sposób zatrzymać. Inaczej zainfekują pół miasta – powiedział.
- Ma pan rację, ale najpierw trzeba wyciągnąć ludzi z lochu.
- A tam jest jakiś loch?
- Teraz jest.
- Ma pani jakiś pomysł?
- Mam, ale do tego trzeba użyć podstępu – powiedziała.
- A nie lepiej ich aresztować.
- To proszę zacząć od strażników. Para królewska ma na pewno ze sobą liczną służbę, musiałby pan aresztować wszystkich, inaczej może pan zostać skrócony o głowę.
- Jesteśmy w Polsce i tu działa prawo polskie…
- Tak, oczywiście, proszę iść i im to wytłumaczyć – parsknęła Róża.
- A żeby pani wiedziała, że spróbuję – Karol ruszył w stronę strażników. Pobiegła za nim i złapała za rękaw munduru.
- Proszę się zatrzymać, powiedziałam przecież, że mam pomysł.
- Jaki?
- Przebierzemy kogoś za bogatego kupca, który przedstawi im obrazy Łazienek lub Wilanowa i powie się im, że to są rezydencje królewskie, a zamek ujazdowski ledwie magnacki. Wtedy uznają, że to miejsce jest dla nich za biedne i udadzą się gdzie indziej.
- Wszystko pięknie, ale wtedy załatwią pracowników tamtej placówki.
- Nie. Wsadzimy ich do radiowozów i zawieziemy na komisariat. Wsadzimy ich do cel i poczekamy, aż przestaną chorować.
- Plan wygląda na prosty, ale sama pani mówiła, że strażnicy mogą zrobić nam krzywdę.
- Dlatego wsadzimy ich do kilkunastu radiowozów.
- Myśli pani, że oni wsiądą do samochodu?
- Jak im się powie, że tak się tutaj przewozi najważniejsze osoby w państwie i dodatkowo uruchomi koguty? Sukces murowany.
- Gdzie jest haczyk?
- Trzeba ich przekonać, a to nie będzie łatwe. Może i są z Baśniowej Krainy, ale doskonale potrafią rozpoznać blef. Potrzebny będzie mistrz nad mistrzami.
- A skąd ja pani takiego znajdę?
- Mało to macie krętaczy w więzieniach? – Róża uśmiechnęła się promiennie.
- A pani nie może ich przekonać?
- Nie. Z dwóch powodów. Jestem Strażniczką i nie mogę takich rzeczy robić, a dwa, nie mogę się bezpośrednio wtrącać. Służę tylko radą i wiedzą.
Karol uruchomił wszystkie swoje kontakty i w ciągu dwóch godzin ściągnęli odpowiednią osobę do tego zadania. Za obietnicę przepustki do domu na święta, obiecał zrobić wszystko, czego chcieli policjanci.
Zapadł zmierzch i Karol stracił już nadzieję, że cokolwiek wyjdzie z pomysłu Róży. Powiedział jej nawet, że nie zdziwi się, jeśli ich człowiek przejdzie na stronę pary królewskiej i zostanie w zamku na zawsze.
- Nie wezmą go, ma zbyt niskie urodzenie – pocieszyła go Róża.
W końcu około 21 00, z zamku zaczęły wychodzić rysunkowe postaci. Najpierw służba niosąca wielkie paki z ubraniami i sprzętami pary królewskiej. Szybko zostali wsadzeni do samochodów i zawiezieni na komisariat.
- Wie pani, że nie mamy aż tylu cel, żeby ich umieścić pojedynczo? – przypomniał.
- Mogą się kisić, jak sardynki. Jedynie parze królewskiej zróbcie osobny pokój. Dla nich i ich trzech, czterech dworzan.
- A co z nimi zrobimy, kiedy na powrót odzyskają żywe ciała?
- Posłuży się pan dokumentem króla Ryszarda Wielkiego Głupca. Dostaną ostrzeżenie i adres do najbliższego hotelu. I albo się przystosują albo będą musieli wrócić do Baśniowej Krainy.
- A stać ich na hotel?
Róża podeszła do dwóch strażników eskortujących kilku służących niosących ciężką skrzynię. Uniosła rysunkowe wieko i pokazała Karolowi górę rysunkowych, drogich kamieni.
- Proszę mi wierzyć, kiedy oni na powrót staną się normalni, te rysunki zamienią się w majątek wart kilkunastu milionów złotych.
Karol aż się zakrztusił.
- To mnie przerasta.
- Proszę sobie tym nie zaprzątać głowy, raczej powinien się pan cieszyć, że pana miasto zarobi.
Jako ostatni wyszła para królewska. Wsiedli do radiowozu i odjechali na sygnale.
Róża pozwoliła policjantom wejść do środka i poszukać pracowników Centrum Sztuki Współczesnej. Znaleziono ich w piwnicach. Co prawda, wirus ich zaatakował, ale byli cali i zdrowi.
Zanim kobieta odjechała powiedziała jeszcze do Karola.
- Proszę nie zapomnieć odizolować tych ludzi na jakiś czas od reszty, a i sami siebie obserwujcie. I obserwujcie swoich gości w celach. Kto odzyska normalny kształt, niech wychodzi na wolność.
- I gdzie mamy ich odesłać.
- Do hotelu. Para królewska zapłaci.
- A jak nie zechce tego robić?
- To odeślecie ich do Baśniowej Krainy według dokumentu, który pan dostał od króla.
- Mogę?
- Jeśli nie będą chcieli zapłacić? Oczywiście.
- Przecież mają kilka możliwości złamania prawa?
- A niech sobie łamią, ale najpierw niech zapłacą – poklepała go po ramieniu – proszę się tak nie martwić, oni rozumieją dokumenty Ryszarda Wielkiego Głupca. Doskonale wiedzą, co mogą, a czego nie. Także zapłacą tyle ile trzeba, ale ani grosza więcej. Dobranoc.
Karol Nowak gryzie się w język
Kapitan nie miał świadomości, że wiadomość o tym, że ma w swoich rękach prawo z Krainy Baśni, rozejdzie się po Krajanach lotem błyskawicy. Wystarczyło, że tylko raz się na nie powołał i jakiś skrzat rozniósł tę wieść po mieście. I kiedy łapał kolejne istoty na przestępstwie te usiłowały go przekupywać, przekonywać do siebie, przymilać się, byle tylko nie odesłał ich do domu. Miał dwa wyjścia albo potraktować przekupstwo poważnie i ich dodatkowo obciążyć albo ignorować. Róża zasugerowała mu tę drugą opcję, mówiąc, że kara ich nie zmieni i nadal będą się podlizywać.
Teraz próbowała tego Wróżka Zębuszka. Była to niska i prawie okrągła kobieta, której wiek można było uznać za nieokreślony. W dokumentach Karol miał zapisane, dwadzieścia pięć lat, ale równie dobrze mogłaby mieć pięćdziesiąt. Okrągła twarz, z pucołowatymi policzkami, wielkie okulary na nosie i lekko haczykowaty nos powodowały, że wyglądała starzej. Ubrana była w ludowy strój, ale kapitan nie był w stanie określić regionu, z którego pochodził. Wróżka usiłowała przekonać Karola, że działała w dobrej sprawie i żeby przymknął oko na jej „niewinny” proceder.
- Wybijanie zębów dorosłym ludziom, nie jest „niewinnym” procederem – powiedział, kiedy skończyła się podlizywać i robić do niego maślane oczy.
- Musiałam to zrobić – broniła się – inaczej nie uda mi się awansować.
- Awansować? – dziwił się.
- Oczywiście. Jestem młodą Wróżką Zębuszką i posyłają mnie w najmniej intratne miejsca. W zasadzie mój rewir posiada więcej starszych osób niż dzieci.
- Rozumiem, że awans zależy od ilości zebranych mleczaków w ciągu określonego czasu?
- Tak. W ciągu roku powinnam zebrać ich przynajmniej dwa tysiące. Niestety mam ich zaledwie osiemdziesiąt trzy, a jest już lipiec.
- A co się stanie jeśli nie zbierzesz odpowiedniej ilości zębów?
- Utknę w tym rewirze na tak długo, aż nie zaroi się od dzieci lub nie znikną ludzie.
- Rozumiem, że chciałaś przyspieszyć sobie awans i zaczęłaś atakować staruszków.
- Którzy w większości mają sztuczne szczęki, więc po co im pozostałe zęby? Tylko im pomogłam się ich pozbyć.
- A nie wzięłaś pod uwagę tego, że dorośli ludzie są bardzo przywiązani do swojego uzębienia?
Wróżka wzruszyła ramionami.
- Mam inne pytanie – podjął rozmowę Karol – a co na to twoje szefostwo? Nie rozpozna fałszerstwa?
Kobieta machnęła ręką i uśmiechnęła się chytrze.
- Gdzie tam, liczy się sztuka.
- Czyli mogę zaprosić tu twoją szefową, szefa?
- Moją szefową jest Wróżka Zębuszka pierwszej klasy.
- A ty jesteś?
- Siedemnastej – wymamrotała – ale są jeszcze dwie pode mną, więc nie mam tak najgorzej.
- Mogę ją zaprosić i powiedzieć jej o tym, co robisz?
- Oczywiście. Nie wie pan, że w naszym fachu wszystkie chwyty dozwolone? – zaśmiała się kobieta. Kapitan widząc, że mówi szczerze porzucił ten temat. Ale ciekawiło go jeszcze jedno.
- A właściwie, to po co wam są te zęby?
- Z czegoś musimy budować swoje domy, prawda?
„No tak, pomyślał Karol. Każdy z czegoś buduje swoje domy. Jedni z cegieł inni z gałęzi a jeszcze inni z zębów. Czemu ja się dziwię?”
- Wszystko rozumiem, ale zabraniam pani wybijania ich dorosłym ludziom. Tym razem nie wsadzę pani do więzienia, ale dostała pani ostrzeżenie.
- Dobrze, będę uczciwa – zawołała radośnie Wróżka Zębuszka. Kapitan wiedział, że to kłamstwo, ale na jakiś czas wystarczy. Wypuścił ją na wolność i zakończył dzień pracy.
Marzył tylko o tym, żeby znaleźć się w domu i chociaż przez kilka godzin nie widzieć, nie słyszeć i nie musieć użerać się ze stworami nie z tego świata.
W mieszkaniu stwierdził, że zapomniał pójść na zakupy, a lodówka zieje pustką. Dlatego zamówił pizzę i głodny, jak wilk czekał na dostawę.
Najwidoczniej dzisiejszego dnia nie było zbyt dużego ruchu, ponieważ dostawca pojawił się po piętnastu minutach, na co głodny Karol w ogóle nie zwrócił uwagi. Otworzył drzwi i spojrzał na osobę, która przyniosła mu jedzenie.
- Szybcy jesteście – powiedział.
- Czas to pieniądz, jak to mówią – odezwała się osoba trzymająca pudło.
- Skoro o pieniądzach mowa. Proszę… – Karol przypomniał sobie, że ma nikogo do siebie nie zapraszać w porę ugryzł się w język i dokończył - …poczekać, pójdę po portfel.
Po chwili wrócił i od razu zauważył, że coś jest nie tak. Osoba, która podała się za dostawcę pizzy nie widząc go jak wraca, ziewnęła, dzięki czemu odsłoniła klawiaturę ostro zakończonych zębów. Pogratulował sobie przezorności.
- Nie wiedziałem, że w pizzerii zatrudnili Krajana. Kim jesteś?
Osoba zbladła, ale szybko odzyskała rezon.
- Nie wiem o czym pan mówi?
- Nie wygłupiaj się, widziałem, jak ziewałeś?
- Uczciwie pracuję – oburzyła się postać – a nasza pizzeria jest dobra i nigdzie indziej nie dostanie pan tak szybko jedzenia.
- No właśnie. Piętnaście minut, to rzeczywiście bardzo szybka dostawa. Co jest w środku?
- Pizza – baśniowy stwór był blady, jak ściana.
- Dzwoniłem do sieciowej pizzerii, a w niej czeka się około 40 minut. Jak przechwyciliście to połączenie?
- Nie wiem, o czym pan mówi? Proszę zadzwonić do mojej pracy, oni panu powiedzą, że zatrudnili mnie i mojego brata.
- A czym się wyróżniacie?
- Jesteśmy smokami bagiennymi. Umiemy obchodzić się z ogniem, dzięki czemu ciasto piecze się szybciej i jest smaczniejsze.
- Smok bagienny? To dlaczego masz ludzki kształt.
- Każdy smok potrafi zmieniać się w ludzi, tylko, że my na krótko.
- Właśnie widzę.
- Ale jesteśmy uczciwi i pracujemy.
- Nic nie powiedziałem.
- Ale pan pomyślał.
- To prawda.
- Nie jesteśmy szlachetnego gatunku. Raczej żyjemy na peryferiach smoczej hierarchii. Nie zbieramy złota, ani nie porywamy dziewic. Siedzimy w bagnie i bawimy się ogniem.
- A przybyliście do świata ludzi, bo…
- Tak, jak każdy, z chęci przeżycia przygody.
- Dobrze. Daj tę pizzę. Tu masz pieniądze. Dobrego dnia.
- Dobrego dnia. Kapitanie.
Stwór już się odwracał, żeby odejść, ale Karol złapał go za ramię.
- Skąd wiesz, że jestem kapitanem?
Smok wzruszył ramionami.
- Wszyscy to wiedzą. Skoro nasz król ogłosił cię powiernikiem prawa trudno, żebyśmy o tym nie wiedzieli.
- Czy z tego powodu coś mi z waszej strony grozi?
Stwór zarechotał.
- Od Krajan? To zależy na kogo pan trafi. Ja nie jestem groźny, ale wilkołaki, magowie czy szlachetne smoki? Jeśli zajdzie im pan za skórę, to owszem, może pan się czuć zagrożony. Dobrego wieczoru.
Odszedł.
Karol otworzył pudełko z pizzą i przyjrzał się jej nieufnie.
„Wyglądała, jak zwykła pepperoni, ale kto ich tam wie” – pomyślał.
Mimo później pory zadzwonił do Róży.
Ta na szczęście jeszcze nie spała. Opowiedział jej o zdarzeniu z dostawcą pizzy, a ona to skomentowała.
- Dobrze, że go nie zaprosiłeś- pochwaliła przezorność – ale też nie masz się czego obawiać. Bagienne smoki są inteligentne i pokojowo nastawione do ludzi. Od wieków w Baśniowej Krainie zajmowały się alchemią na bagnach i potrafią wyczyniać z ogniem takie sztuczki, że hej. Skoro mówił, że pracuje uczciwie, to ja mu wierzę. O wiele gorsze są szlachetne gatunki smoka. Głupie, ograniczone, mściwe i strasznie próżne. Niestety, bogate i wpływowe i długowieczne – zakończyła przemowę.
- Dziękuję za informacje – pożegnał się z nią.
A potem był zły. Ponieważ pizza była zimna, a on tak głodny, że nie chciało mu się już jej podgrzewać. Przez chwilę żałował, że nie ma takiego smoka pod ręką, ten raz dwa podgrzał by mu jedzenie.
kolejny odcinek 03 lutego
Komentarze
Prześlij komentarz