Strażnicy - odc.3


 Karol Nowak nie poddaję się
Mężczyzna siedział przy swoim biurku na komisariacie i czytał kolejną skargę obywatelki, która najpierw ulitowała się nad biednymi skrzatami, a teraz chciała się ich pozbyć. Nie miał zielonego pojęcia, co z tym zrobić.
- Musi ci to kolano nieźle doskwierać? – Lena usiadła naprzeciw niego i włączyła komputer.
- Co? Jakie kolano? – Karol spojrzał na nią półprzytomnym wzrokiem.
- Wczoraj mówiłeś, że kupiłeś maść w aptece.
- No tak, ale już mnie nie boli.
- To po co je tu przyniosłeś?
- Co przyniosłem? – pytał nadal nie za bardzo wiedząc, o co jej chodzi.
- Karol, obudź się, tu ziemia – śmiała się Lena – pudełko leży po twojej prawej stronie. Nie widzisz?
Mężczyzna popatrzył zdziwionym wzrokiem na koleżankę, a potem we wskazane przez nią miejsce.
- To ta maść? – zapytał.
Tym razem, to Lena się zdziwiła.
- Czemu mnie pytasz? Przecież to twoje pudełko.
- Moje? – mężczyzna patrzył na nie, jakby je widział po raz pierwszy w życiu. Koleżanka popatrzyła na niego uważnie.
- Czy ty się dobrze czujesz?
- Doskonale, a czemu pytasz?
- Dziwnie się zachowujesz.
- Ja? – Karol zmarszczył brwi – tylko czytam skargi.
Lena zrezygnowała.
- Czytaj, czytaj. Najwidoczniej, to bardzo wciągająca lektura.
- Raczej wkurzająca – zaśmiał się Karol i wrócił do pracy.
Po kilkunastu minutach, wyprostował się nagle i zmarszczył brwi.
- Maść, apteka. Muszę tam pójść – wykrzyknął i zerwał się z miejsca. Sięgnął po białe pudełko i wyszedł. Lena siedziała z rozdziawioną buzią.
 
Karol wyszedł przed komisariat i zastanawiał się, po co to zrobił.
Zacisnął pięść na białym pudełku. Zmarszczył brwi.
„Skąd to mam?” – po czym przypomniał sobie, że Lena mówiła mu coś o maści na kolano. Ale po co była mu maść, skoro nic go nie bolało.
Już chciał wrócić do środka, ale nie wiedział po co. Tak samo, jak nie wiedział czemu wyszedł. Potrząsnął głową.
- Apteka – powiedział głośno i ruszył w stronę ulicy Chmielnej.
Po kilkunastu krokach przystanął i zastanowił się, co robi.
- Po co tam idę? Przecież mam maść – spojrzał na pudełko i już chciał zawrócić, ale coś w głowie kazało mu iść dalej. Z drugiej strony nie widział sensu swojej wycieczki.
- Co się ze mną dzieje? – zastanawiał się – co ja robię?
I ponownie spojrzał na białe pudełko.
- No tak, maść, apteka.
Doszedł do dużego drzewa, przy którym latało kilka elfików.
Patrząc na nie, miał nieodparte wrażenie, że kiedyś z nimi rozmawiał, co było niedorzeczne, bo nikt ich nie rozumiał.
Jeden z elfików, kiedy go zobaczył, od razu wszczął alarm i po chwili Karola otaczał rój małych stworków.
- Sio – machnął ręką, ale te nie odleciały.
Mało tego, jedna z nich złapała go za rękaw munduru i zaczęła ciągnąć, wskazując ręką kierunek.
- Puść mnie – powiedział poirytowany Karol i usiłował ją odgonić.
Nic to nie dało, zwłaszcza, że dołączyli do niej pobratymcy. Ciągnęli go w stronę jednej z kamienic.
- Co wy wyprawiacie? – protestował, ale na nic to się nie zdało.
Przechodnie przystawali zdumieni, jeden czy drugi usiłował podejść i mu pomóc, ale wtedy kolejna grupa elfików podlatywała i ich odganiała.
Puściły go dopiero przed sklepem zielarskim. Lili, elficzka wskazała palcem na białe pudełko, a potem na szyld.
- Mam tam wejść? – pytał – ale po co?
Ta jednak upierała się przy swoim.
- To nie jest apteka – zastanawiał się Karol, ale zapytał  – tutaj to kupiłem?
Elficzka pokiwała głową.
Przed sklep wyszła ruda piękność i zgromiła elfiki.
- Czemu mu pomagacie? – wykrzyknęła – sam miał zdać ten test?
Elfiki zaczęły bzyczeć.
- Nie pomogę wam, jasne? – odparła.
Bzyczenie nasiliło się.
- On też nie potrzebuje pomocy.
- Jest pani Strażniczką, tak? – odezwał się w końcu Karol.
- Elfiki ci to powiedziały? – uniosła brew.
- Nie. Byłem tu wczoraj. Właśnie sobie wszystko przypomniałem. Dostałem od pani maść, ale potem wszystko zapomniałem. Czemu?
Róża popatrzyła na niego przez chwilę i w końcu odparła.
- Zapraszam do środka.
Karol wszedł do sklepu i skinął głową Kalinie.
- Czemu te stworki nie wleciały za nami? – zapytał.
- Nie mogą – odparła Kalina – mają zakaz wchodzenia na teren Strażników.
- To prawda – potwierdziła Róża – ale to nie powinno pana obchodzić.
Kalina zamknęła sklep i obie zaprowadziły Karola na zaplecze. Usiedli przy dużym stole i bardzo długo milczeli. Nikt nie kwapił się do rozpoczęcia rozmowy.
- Jesteście Strażniczkami? – zapytał w końcu Karol.
- Tak – odparła Kalina.
- Te dziwne stwory – pokręcił głową – to znaczy, baśniowe stwory, one powiedziały, że możecie pomóc.
- Nie możemy – powiedziała sucho Róża.
- Im nie możemy – zaoponowała Kalina – niech pan policjant chociaż powie, o co mu chodzi.
- I tak mu nie pomożemy – upierała się Róża.
- Przełamał barierę, zasłużył na wysłuchanie.
- Elfiki mu pomogły.
- Nieważne, jest tutaj…
- Właśnie, jestem – powiedział Karol, a kobiety lekko się zawstydziły.
- Przepraszamy – odezwała się Róża – proszę, niech pan mówi.
- Jaką barierę przełamałem?
- To jest nieważne, proszę mówić, z czym pan przyszedł.
- Nie może mnie pani tak traktować, w końcu jestem policjantem – oburzył się mężczyzna.
Róża nachyliła się do niego i powiedziała.
- Policjantem, który zaraz stąd wyjdzie i nigdy się nie dowie, czy mu pomożemy czy nie, ponieważ nic nie będzie pamiętał.
Karol postanowił odpuścić.
- Czy Strażnicy mogą nam pomóc w sprawie tych mitycznych stworzeń?
- Nie – pokręciła głową Kalina – nie ma takiej opcji. Sami musicie sobie z nimi poradzić.
- Ale panie je znają. Rozmawiają z nimi, mogły by się nam panie przydać.
- Przykro nam. Sojusz został zerwany, jesteśmy neutralni.
- To egoistyczne – oburzył się.
- To nie my zaczęłyśmy – odezwała się Róża.
- My nic o nich nie wiemy, nie umiemy z nimi postępować, nie zachowują się, jak ludzie. Mało tego, większość z nich nie wygląda na ludzi. To jakiś obłęd. Smoki, rusałki, driady i te elfiki, jak się z nimi dogadać?
- Metodą prób i błędów – podpowiedziała Róża.
- To pań obywatelski obowiązek…
- Nie jesteśmy obywatelkami tego kraju – powiedziała Róża.
- Nie? – zdziwił się – a co macie w dokumentach?
- To, co i pan, ale tylko dla świętego spokoju. Pochodzimy z Międzyświata, taka linia demarkacyjna między wami, a Baśniową Krainą. Mówiąc dokładniej, nie istniejemy.
Karol potrząsnął głową i wstał.
- Nierzeczywiste istoty i egoistyczni Strażnicy i weź tu człowieku dożyj do emerytury.
Kiedy stanął przed drzwiami sklepu, wyszła do niego Róża.
- Zapomniał pan maści, mówiłam, smarować przez trzy dni – wyciągnęła w jego stronę pudełko. Machnął na nie ręką  i ruszył w stronę komisariatu.
- Mogę podpowiedzieć panu tylko jedno – krzyknęła za nim. Karol odwrócił się do niej i czekał. Podeszła do niego i powiedziała cicho.
- Te trzy trupy bez krwi, to sprawka wampirów. Ale proszę się nie martwić, moi pobratymcy, już ich znaleźli i zlikwidowali.
- Zlikwidowali?! – Karol zakrztusił się – jak to zlikwidowali? To znaczy zabili?
- Nie da się zabić trupa – odparła Róża spokojnie – nie czytał pan książek? Wampir to nieumarły, który żywi się ludzką lub zwierzęcą krwią. Je raz na miesiąc, jeżeli tego nie zrobi, to zasusza się i hibernuje w jakimś ciemnym miejscu, na przykład w piwnicy i czeka cierpliwie na nieuważną ofiarę.
- Wszystko jedno, zabili ich – Karol wyjął krótkofalówkę zza paska, ale Róża była szybsza i wyrwała mu ją z dłoni, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
- Albo mnie pan wysłucha albo znowu wymarzę panu pamięć i będzie sobie pan szukał sprawców przestępstwa do woli, ale nie znajdzie, bo już ich nie ma. Co pan woli?
Karol dyszał nad nią ze złości, ale w końcu skinął głową.
- Pytał się pan kim jesteśmy – powiedziała – nie jesteśmy ludźmi, mimo, że na co dzień tak wyglądamy. Żyjemy wśród was i w Baśniowej Krainie, do tej pory pilnowaliśmy równowagi między oboma światami. Niestety król Ryszard III Wielki Głupiec swoim uporem doprowadził do anulowania ponad tysiącletniej umowy. Ale to nie wszystkie światy, są jeszcze Mroczne Podziemia, do których należą wampiry czy zombie. Nie mają serca, sumienia i przede wszystkim nie żyją. Karmią się krwią, mózgami czy strachem. To pasożyty. Raz na jakiś czas wyłażą ze swoich gniazd i żerują. Do tej pory król Ryszard III Wielki Głupiec nie pozwalał im wyściubiać nosa poza wyznaczony teren. Pomagaliśmy mu utrzymać porządek, ale odkąd sojusz przestał istnieć przestaliśmy pilnować przejść między tymi światami. Ryszard zastąpił nas swoimi ludźmi, ale jak widać nieskutecznie, skoro te draństwa dotarły aż tutaj. Panie kapitanie, to nie są ludzie. To koszmary, których należy się pozbywać.
- Jak ich zabiliście?
- Normalnie, wystarczyło wystawić ich na słońce. Nie oglądał pan filmów o wampirach?
- Kilka – przyznał się Karol.
- No to wie pan, jak należy się z nimi obchodzić.
- Kołek w serce…
- Doraźne rozwiązanie, bo tylko takiego hibernuje na 50 – 100 lat. Najlepsze jest  słońce. Spopieli go w kilka sekund. I nikomu już nie zagrozi.
- A co z przemianą ludzi w wampiry.
- Tych zmarłych musicie spalić, do ostatniej kosteczki. Jeśli coś zostanie, to za trzy miesiące będziecie mieć własne pijawki.
- Ile mamy czasu?
- A ile już u was leżą?
- Trzy dni.
- Macie jeszcze dwa. Proszę się pospieszyć.
 - To jest nieludzkie, a rodzina…
- Nieludzkie to są wampiry. Panie kapitanie – Róża spojrzała mu poważnie w oczy - to nie jest film, a wasza nowa rzeczywistość.
- Jak się przed nimi chronić.
- Nie chodzić po piwnicach, nie zapraszać obcych do domu. Zawsze nosić przy sobie latarkę z ostrym światłem. Nie zabije ich, ale poparzy, uciekną.
Karol skinął głową i chciał odejść, ale Róża jeszcze się odezwała.
- Proszę wziąć tę maść, przyda się panu – Karol wziął pudełko.
- Dziękuję.
- I jeszcze mała rada, która nie jest pomaganiem, ale ułatwieniem waszego życia. Nie zapraszajcie Baśniowych Stworów do domów. Widział pan elfiki? Nie weszły za próg naszego sklepu, dlaczego? Bo nie mogą. Kiedyś nasze drzwi były dla nich wszystkich otwarte, teraz nie. Nie wejdą nigdzie, gdzie ich nie zaproszą. Do widzenia.
Róża odeszła i znikła w swoim sklepie.
Karol z głową pełną nowości wrócił na komisariat.
 
Karol Nowak i Marek Odolaniec prowadzą rozmowę
Kapitan od razu udał się do komendanta i zdał mu relację ze spotkania ze Strażniczkami. Kiedy skończył, na bardzo długą chwilę zaległa cisza. Marek Odolaniec dumał.
- Lepszy rydz niż nic – odezwał się w końcu.
- Z całym szacunkiem komendancie, ale to nie jest nawet pół rydza.
- Nie przesadzaj, dostałeś dwie bardzo ważne informacje. Jak się ustrzec przed wampirami i żeby nie zapraszać tych stworków do domu. Musimy to ogłosić publicznie.
- Niech pan nie żartuje – zdenerwował się Karol Nowak – przecież te stwory też oglądają telewizję.
- Ale nie umieją korzystać z Internetu – powiedział pogodnie komendant.
- Skąd pan wie? – zdziwił się Karol.
- Z kilkudziesięciu raportów z ostatnich pięciu tygodni. Ale to nieważne. Musimy wysmarować pismo dla góry, muszą zatwierdzić nasze informacje i puścić to przez oficjalne kanały.
- A jak nam nie uwierzą?
- Pięć lat temu zamknęli by nas w szpitalu psychiatrycznym, dzisiaj wokół roi się od smoków, skrzatów, bab Jag i innych czarodziejów, myślę, że nam uwierzą.
- A co ze zmarłymi? – zapytał Karol.
- Masz dwie doby, żeby przekonać ich rodziny do kremacji.
- Strażniczka powiedziała, że nie może zostać nawet kostka.
- O to się nie martw. Teraz weź Lenę i porozmawiajcie z rodzinami o sytuacji. Tylko ani słowa o wampirach.
- Czym mamy wytłumaczyć nakaz spalenia zwłok.
- Powiedz im, że ich zmarli krewni mają zaraźliwego pasożyta w ciele – oznajmił komendant.
- Strażniczka nazwała wampiry pasożytami, więc nawet nie skłamiemy.
 
Róża rozmawia z babcią
Wieczorem zadzwoniła do babci Delfiny, żeby poradzić się w sprawie policjantów i ich prośbie o pomoc. Opowiedziała jej o sytuacji w Warszawie, o tym, jak ludzie nie umieją sobie poradzić z Baśniowymi Stworami, oraz o tym, że w mieście pojawiły się wampiry.
- Niedobrze – zmartwiła się babcia, słysząc ostatnią wieść – najwidoczniej nikt już nie pilnuje krawędzi prowadzącej do Mrocznego Podziemia. Ilu ich było?
- Trzech.
- Szybcy są. Ale to też nasza wina.
Róża była zaskoczona.
- Jak to nasza wina?
- Zamknęliśmy się w naszych włościach i tylko jednym okiem zerkamy na przejścia.
- Babciu, wiesz, że wampiry umieją nas unikać.
- Pewnie tak, ale żaden nie powinien dojść tak daleko. Muszę powiadomić innych, wznowimy patrole na szlaku. Wy również miejcie oczy szeroko otwarte.
- Tak jest, babciu – powiedziała całkiem poważnie Róża.
- Co do policjantów – kontynuowała babcia – jeżeli odpuszczą, to zostaw ich w spokoju, niech się uczą na własnych błędach. Jednak jeśli do ciebie jeszcze raz przyjdą, to przywieź ich na Radę Starszych, zobaczymy, co da się zrobić.
- Babciu, ale my nie powinniśmy się wtrącać.
- Na nic się jeszcze nie zgodziłam – odparła stara Strażniczka i się rozłączyła.
- A gdzie dobrej nocy kochanie, śpij dobrze? – powiedziała Róża do głuchego telefonu.
 
Marek Odolaniec rozmawia z komendantem m.st. Warszawy a potem z Różą
Za biurkiem siedział dosyć przystojny mężczyzna po pięćdziesiątce. Miał szpakowate włosy, które zaczesywał do tyłu oraz wąsy. Nazywał się Andrzej Pazyrski i od kilku lat sprawował funkcję Głównego Komendanta w Warszawie. Uważnie przeczytał raport Marka Odolańca, który wiercił się przed nim niespokojnie na stołku.
- I niby kim są ci Strażnicy?
- Pilnują przejść między światami.
- Czyli ten bałagan, to ich wina?
- Nie wiem – wzruszył ramionami Marek Odolaniec – nie mamy aż tak wielu informacji.
- To zdobądź je. I to raz dwa.
- Nie tak łatwo się z nimi skontaktować.
- A to czemu?
- Kapitanowi Nowakowi jedna z nich wymazała pamięć.
- Czyli należą do tej samej szajki, co te potwory.
- Nazywała ich Baśniowymi Stworami.
- Co za różnica?
- Ponoć, to ważne.
Komendant jeszcze raz przeczytał raport.
- A inni Strażnicy? Może są bardziej rozmowni?
- Udało nam się trafić tylko na tę jedną – nie dodał, że przy pomocy elfików.
- Może powinniśmy ją bardziej przycisnąć? Może wyślemy do niej antyterrorystów?
Marek Odolaniec zrobił cierpką minę.
- Żeby to było takie łatwe.
Komendant uniósł brew.
- A nie jest? Przecież Nowak był u niej dwa razy?
- Tyle to i on wie, ale nie wie, gdzie to jest. Nie potrafi jej zlokalizować.
Próbowali ją znaleźć, pytali nawet elfików, ale te nie chciały już nic więcej powiedzieć. A raczej wskazać drogi. Karol powiedział mu, że dostały zakaz od Róży, pod groźbą eksmitowania ich z drzewa oraz braku dostaw pożywienia. Marek Odolaniec, nie miał zielonego pojęcia, jak się chłopak z nimi dogadał. One głównie bzyczą i nic więcej.
- To jakieś czary? – dopytywał przełożony
- Raczej jakiś rodzaj telepatii – odparł Odolaniec.
Komendant rzucił raport na stół.
- W takim razie, te sugestie stają się mało wiarygodne. Nie złożę podpisu.
- Panie komendancie, ale…
- Znajdźcie tę Strażniczkę, dogadajcie się z nią, a może zmienię zdanie. Póki co, radźcie sobie, jak umiecie.
Marek Odolaniec wrócił na komisariat i od razu podzielił się z podwładnymi niewesołymi informacjami.
- To nie ostrzegamy ludzi przed zapraszaniem Baśniowych Stworów do siebie? – dopytywała Lena.
- Tylko, jeśli będzie taka potrzeba, oficjalnie nie możemy tego robić.
- Może poczta pantoflowa – zasugerował Karol.
- Możemy spróbować, ale tak, żeby nikt się nie dowiedział, że to my.
- Coś uradzimy.
- Kapitanie.
- Tak? – zapytał Karol Nowak.
- Masz ponownie znaleźć Strażniczkę. Nie wiem, jak, ale masz znaleźć.
- Nadal masz maść w białym pudełku – powiedziała Lena.
- Jaką maść? – zapytał Karol.
- No tę, którą dostałeś od Strażniczki.
- A po co mi maść? – Karol patrzył na nią dziwnie, a potem coś się zadziało.
- Maść, apteka – i popędził do swojego biurka.
Lena uśmiechnęła się do komendanta.
- Proszę się nie martwić, znajdzie ją.
 
Kalina obsługiwała klientów, kiedy do sklepu weszło dwóch policjantów, Karol Nowak i jego przełożony Marek Odolaniec. Kobieta popatrzyła na nich z lekkim rozbawieniem i powiedziała:
- Róża zostawiła wam dobrą wskazówkę – po czym zwróciła się bezpośrednio do kapitana – zdążył pan chociaż posmarować maścią kolano?
- Wczoraj wieczorem – odpowiedział Karol.
- Siostra jest na zapleczu, proszę tam pójść.
Mężczyźni weszli na zaplecze i zastali Różę przy sortowaniu ziół. Uniosła lekko głowę i potrząsnęła rudymi lokami.
Starszy mężczyzna stanął, jak wryty i rozdziawił buzię.
- Robi wrażenie, co? – szepnął Karol do komendanta.
- Nic nie mówiłeś o tym, że jest tak piękna – powiedział z wyrzutem Marek Odolaniec.
- Ponieważ o tym nie pamiętałem – przyznał Karol – dopiero, jak na nią teraz spojrzałem, to pamięć mi wróciła.
- Widzę, że udało się panom do mnie trafić – powiedziała pogodnym tonem Róża. Spojrzała na starszego mężczyznę i dodała – a pan jest komendantem. Marek Odolaniec, o ile się nie mylę.
- Nie myli się pani – odparł zaskoczony policjant.
- Wiem wszystko o waszym komisariacie. Sprawdziłam was.
- Jak? – dziwił się komendant.
- Mam swoje sposoby – przerwała pracę i spojrzała komendantowi prosto w oczy. Ten wytrzymał tylko kilka sekund, po czym odwrócił wzrok. 
- Pani oczy – chrząknął.
- Co z nimi?
- Przez chwilę nie miała pani białek.
Róża roześmiała się.
- Przewidziało się panu. Mam ludzkie oczy.
- Wiem, co widziałem – upierał się mężczyzna.
- Je też panu powiem, co widzę – kobieta podeszła do komendanta i obejrzała go od stóp do głów. Marek Odolaniec speszył się wyraźnie i zapytał z irytacją w głosie.
- O co pani chodzi?
- Ma pan zapalenie stawu biodrowego, do tego pana żołądek woła o warzywa i owoce, tak, jak jelita o błonnik. Ale proszę się nie martwić, zaraz coś na to zaradzę.
Popatrzyła na szereg słoiczków na regale i po chwili wyciągnęła jeden z zieloną mazią w środku.
- Proszę to wziąć. Maść należy rozsmarować na kawałku gazy i przyłożyć do bolącego miejsca.
- Mnie nic nie boli – zaprzeczył Marek Odolaniec.
- Nie? To czemu pan stęka – wskazała krzesło – proszę usiąść.
Komendant wgramolił się na stołek i już chciał coś powiedzieć, kiedy mu przerwała.
- A tutaj ma pan ziołową herbatkę na to zapalenie stawów, tę na żołądek i jelita – wcisnęła mu dwie papierowe torebeczki.
- Dlaczego pani mi to daje?
- Chce pan być zdrowy?
- Nie jestem chory.
- No to proszę mi wszystko oddać i stękać dalej z bólu. Proszę się faszerować lekami przeciwzapalnymi i czekać na cud.
Marek Odolaniec wiedział, że przegrał. Bąknął podziękowania i zgarnął ze stołu podarowane mu specyfiki.
- Pani Różo – wtrącił się Karol Nowak – nie przyszliśmy po leki.
- Wiem, chcecie pomocy. Rozmawiałam już o was z szefową rady i poleciła mi zabrać panów na spotkanie starszyzny. Odbędzie się ona za cztery dni, pasuje panom?
- Ale nawet pani nie wie, o co prosimy? – dziwił się komendant.
- Wiem. Chcecie poznać Baśniowe Stwory.
- Nie chcemy ich poznawać, chcemy je okiełznać, ograniczyć, nauczyć praworządności – mówił komendant.
- Jak zwał tak zwał – Róża wzruszyła ramionami – żeby umieć nad nimi zapanować trzeba je poznać. To nie są ludzie.
- To dało się już zauważyć – stwierdził cierpko komendant.
- Nie chodzi o wygląd. Bo czarodzieje, wróżki, nawet małe elfiki mają ludzką postać, ale to nie są ludzie.
- To czym są?
- Baśniowymi Stworami, ich zachowanie nie będzie takie, jak wasze.
- A jakie?
Róża uśmiechnęła się szeroko.
- Wszystko po kolei. Najpierw pojadą panowie ze mną na radę starszyzny, a potem się zobaczy.
- Co się zobaczy?
- Czy zobaczymy się jeszcze, czy już nie – uśmiechnęła się szeroko Róża.
Komendant kręcił z irytacji głową.
Róża wstała od stołu i gestem wskazała drzwi.
- Jeśli to wszystko, to tylko przypominam, że za cztery dni jadę do swoich. Będę gotowa o 10 00. Proszę czekać przy samochodzie w podwórku. Jeżeli panowie nie przyjdą albo się spóźnią, to będzie dla mnie oznaczać, że wam nie zależy i więcej się nie spotkamy – kiedy policjanci nie skomentowali, Róża dodała – zatem do widzenia.
Marek Odolaniec i Karol Nowak wyszli przed sklep i odetchnęli.
- Co to właściwie miało być? – pieklił się starszy mężczyzna – pozbyła się nas, jak jakiś uczniaków.
- Faktycznie, grzeczne, to one nie są.
- Przemądrzała smarkula – burczał komendant.
- Może i tak, ale szefie, załatwiliśmy sobie spotkanie ze Strażnikami. To wielki sukces.
I w tym momencie usłyszeli huk, to odpadł kolejny kawał ściany z ich komisariatu. Mężczyźni pobiegli na miejsce zdarzenia.
Na szczęście nikomu nic się nie stało.
- Nie możemy tu dłużej pracować – z kurzu wyłoniła się Lena – na dniach to wszystko runie.
- Sugerowałabym wam znaleźć mały budynek z głębokimi piwnicami. Nie musi być duży.
Karol odwrócił się zaskoczony. Przed nim stała Róża. Poważna i zadumana.
- W piwnicach nie może być okien i muszą być otoczone ziemią. Dodatkowo wzmocniłabym ściany kamieniami, tak, żeby wyglądało, jak w średniowieczu. Duże, żeliwne drzwi, to też nie jest zły pomysł.
- Może od razu zamieszkamy w jakimś zamku – warknął Karol.
- Dobra myśl, ale w Warszawie nadawałby się tylko Zamek Królewski, a tam was nie wpuszczą.
- To może wskaże nam pani jakieś dogodne miejsce? – komendant nie silił się na uprzejmy ton.
Róża wzruszyła ramionami.
- Najlepiej wybudujcie go od nowa i żeby rzeczywiście wyglądał, jak średniowieczna twierdza. Baśniowe Stwory czują respekt przed takimi budynkami.
- Może jeszcze zamknę w wieży księżniczkę? – burczał komendant.
- Mogę jakąś panu znaleźć – odparła Róża, a komendant z kapitanem spojrzeli na nią i z zaskoczeniem stwierdzili, że ona mówiła poważnie.
Kobieta uśmiechnęła się złośliwie.
- Skoro panowie wiedzą lepiej, to po co do mnie przychodziliście?
Pierwszy opanował się komendant.
- Nie mamy pieniędzy na wybudowanie nowego komisariatu. Poza tym w Centrum? To prawie nierealne.
- Prawie – zaśmiała się Róża – ale jednak do spełnienia.
- Jak?
- Jeśli Rada Starszych postanowi wam pomóc, pieniądze i lokalizacja przestanie być problemem.
Odwróciła się na pięcie i odeszła.
Policjanci patrzyli na nią, aż znikła za najbliższym zakrętem.
- Ona o tym zamku mówiła całkiem serio? – zapytała Lena.
- Tak – odpowiedział Karol
- I to była Strażniczka?
- Tak – odpowiedział komendant.
- Wygląda jak my.
- Nie do końca – powiedział Marek Odolaniec – a już na pewno nie zachowuje się grzecznie.
Odetchnął.
- Dobra, nie ma co tu stać. Czy Strażniczka nam pomoże czy nie i tak musimy się spakować. Zadzwonię do komendanta, żeby gdzieś nas tymczasowo ulokował.


Kolejny odcinek 16 stycznia


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"