Star Trek: Discovery – nareszcie koniec
Ale ten czas leci? Serial rozpoczął się w 2017, a skończył w 2024 roku. Dziś mamy początek 2026 i dopiero teraz udało mi się go zmęczyć. Bo oprócz
1
sezonu, który oceniłam na 7, cała reszta była nie do zniesienia. Trochę się
poprawili w 5 sezonie, ale szału nie ma. Z drugiej strony, w jakiś sposób na
mnie podziałał, skoro ciągle o nim piszę. Powód jest prosty. Zaczynałam oglądać
starsze filmy lub seriale ST i przy okazji włączałam Discovery, żeby zobaczyć,
czy coś się tam ruszyło. I za każdym razem musiałam coś o nim napisać, bo
inaczej bym pękła. Za to innych Star Treków tak nie opisywałam, ponieważ były
jak zawsze w kanonie i nic mnie nie denerwowało. Wiadomo, odcinki były różne,
jedne lepsze inne gorsze, ale we wszystkich starych Star Trekach nigdy bym nie
powiedziała, że cały sezon został skopany. A w Discovery 3 sezon spaprali
dokumentnie. Osoby nie będące fanami tego Universum mogą nie rozumieć, dlaczego
tak to przeżywam. Ja lub inni fani ST, bo inni też boleją nad tą serią. My nie
oczekujemy jakieś super fabuły, wiemy, że ST, to nie jest Star Wars (chociaż tu
też niektóre seriale z serii pozostawiają wiele do życzenia, np. Obi – Wan
Kenobi), że to nie jest jakaś wielka i ponadczasowa epopeja, gdzie krytycy
spadają z wrażenia z krzeseł. ST to serial dla przeciętnego odbiorcy, nie
wymagającego jakiś mądrości przekazywanych przez bohaterów. Ale… No właśnie,
ale jest ale. Ale dla mnie i dla innych fanów to Universum ma w sobie, to coś.
Ma charyzmatycznych kapitanów, oddaną załogę, mają przygody, w ostatnim
momencie ratują świat od zagłady, ale przede wszystkim mają poczucie humoru.
Zawsze jest jakiś śmieszek na pokładzie. Mimo, że kapitan ma poważanie i
szacunek załogi, to nie zachowuje się tak, jakby połknął kij. Z drugiej strony
nie spoufala się też z nimi, tak żeby przekroczyć granicę zdrowej relacji. Star
Trek, to dla mnie przygoda. Siadam i jestem ciekawa, w co tym razem załoga
(ewentualnie stacja) wpadnie, jakie będą mieć kłopoty, a może zostaną wysłani
na urlop? No właśnie. I teraz porównam trochę inne Star Treki z Discovery.
Urlopy
– w Discovery jeśli nawet jakiś się pojawił, to nie utkwił mi w pamięci,
ponieważ oni tam głownie walczą, nie tylko na frontach, ale i na pokładzie i we
własnej głowie również.
W
starych ST, jeśli był urlop, to zawsze na jakieś wesołej planetce, gdzie główni
podrywacze statku wpadali w kłopoty z panienkami, bo coś tam powiedzieli nie
tak albo zostali wyrolowani przez jakiś podstępny gatunek. Kapitanowie cieszą
się swoimi dniami wolnymi i zawsze spotykają, jakieś ciekawe osoby płci
odmiennej, które nadają koloru ich wypoczynkowi. Niekoniecznie pozytywnego.
Jeśli załoga nie może się gdzieś zatrzymać, to w nowszych wersjach statków
pojawiły się holodeki, gdzie załoga mogła wgrać sobie jakąś symulacje (walki z
kosmicznym potworem, jazdy konnej czy plaży nad morzem), w której wszystko
wydaje się rzeczywiste. Mogli stworzyć bar albo kurort wakacyjny ze stokiem narciarskim. Życie na
tych statkach, to nie tylko rutyna i poważne sprawy (zagrożenia), ale również
relaks i zabawa. I fajne kontakty międzyludzkie.
W
Discovery tego brakuje. Tam jest ciągła walka albo pogoń za czymś, albo
refleksje nad życiem. Brakuje tam odpoczynku, dlatego oglądając ten serial, nie
da się nawet na chwilę odetchnąć. Wiem, że ta seria jest umiejscowiona w czasie
jeszcze z przed epoki holodeków, ale wypoczynkowa planeta na pewno była w ich
zasięgu. Jedyne, co zadziało się na statku, to puszczenie starego filmu dla
całej załogi. Ale to też było okraszone egzystencjalną papką. I wcale mi się
śmiać nie chciało. Nie chrupali nawet popcornu.
Załoga
– we wszystkich ST po kilku pierwszych odcinkach zżywałam się z załogą. Nie
tylko z tymi, którzy grali główne role, ale i z tymi drugoplanowymi, ale
znanymi z imienia i z nazwiska, którzy również występowali w większości odcinków.
Zżywałam się z nimi, kibicowałam ich misjom, rodzącym się uczuciom, poznawałam
ich charaktery, zainteresowania czy poglądy. W Discovery za dużo się dzieje,
żeby dobrze poznać załogę. W zasadzie tylko dwie główne postaci, czyli kapitan
Burnham i porucznik (kapitan, ambasador) Saru mają rozbudowane życiorysy,
reszta jest przedstawiona po łebkach. W starych Star Trekach wiadomo było, kto
ma rodziców, a kto rodzeństwo, kto skąd pochodzi, jaką ma historię dzieciństwa
czy drogę do Gwiezdnej Floty (Zjednoczona Federacja Planet). W Discovery, niby
też są rozmowy o przeszłości, ale powiem Wam szczerze, że były tak smutne i tak
napakowane emocjami i egzystencjonalnymi problemami, że nie dawałam rady tego
słuchać. Przewijałam. Ta załoga mnie nie zainteresowała, nie zżyłam się z nimi
i nikomu nie kibicowałam. NIKOMU, po prostu chciałam dotrzeć do końca (często
na przewijaniu). Nawet ostatni odcinek, kiedy pojawiły się napisy końcowe nie
miałam uczucia niedosytu, lekkiego smutku, że to już koniec. Pomyślałam tylko -
nareszcie dobrnęłam do końca.
Fabuła
– w starych ST zawsze była jakaś misja przewodnia, czy to na jeden sezon czy na
pięć nie było to ważne. Ważne było to, że załoga wyruszała w podróż i oprócz
tej głównej misji eksplorowała kosmos i miała mnóstwo pobocznych przygód, czy
to mrożących krew w żyłach czy relaksujących nie tylko dla bohaterów, ale i dla
widzów. W Discovery brakuje mi tej eksploracji i ciekawości odrywania nowych
rzeczy w kosmosie. Mam wrażenie, że w starych odsłonach nie są ważni tylko
bohaterowie ze statku, że równie ważne są światy, które odwiedzają. Napotkane
istoty mają swoje charaktery, cechy i zwyczaje, które nie zawsze są zgodne z
kodeksem ludzkim i zawsze jest zagadką, jak na to będą reagować członkowie
załogi. Poza tym, oglądając kolejne odcinki za każdym razem dowiadujemy się
czegoś nowego o napotkanych rasach. Znamy historię Klingonów, Wolcanów,
Andorianów czy Bajoranów. To nie są epizodyczne spotkania, to są całe dzieje
tych ludów, nawet Borgów, o których nie można powiedzieć, że są normalni i
mili. W Discovery niby też mamy jakieś ludy, ale oprócz Klingonów, którzy fanom
ST są już bardzo dobrze znani, jedyną rasą, której dzieje lepiej poznajemy, to
ta do której należy Saru (pierwszy oficer), który jest Kelpianinem. Reszta
została potraktowana po łebkach. Nie przywiązałam się do żadnej postaci z
Discovery, za żadną nie będę tęsknić.
Relacje
między członkami załogi – W starych ST wszyscy członkowie statków kosmicznych
zżywają się ze sobą i rzeczywiście można powiedzieć, że tworzą hierarchiczną
rodzinę, na czele której stoi kapitan. I niby na Discovery też tak ma być, ale
uważam, że zżyć to im się w miarę udało dopiero w piątym sezonie – cosik późno.
Niestety aktorzy grali sztywno, nie potrafili stworzyć atmosfery bliskości i
braterstwa. Mimo, że wciąż o tym mówią i wciąż się zapewniają o lojalności,
wierności i miłości. Dla mnie są odrębnymi postaciami, które muszą z powodu
braku innej opcji ze sobą przebywać. I te ciągłe zmiany na stanowisku kapitana.
Pominę początki serii, ale potem raz kapitanem jest Burnham, a raz Saru i to
wielokrotnie. To też rozkładało ten serial. W starszych odsłonach jest tylko
jeden kapitan i to od początku do końca. Może czasami stracić panowanie nad
statkiem, ale nie na pół sezonu, ponieważ wybrał się szukać swojego ja albo
zagubił się w czasie.
Poprawność
polityczna – to też nie pomaga tej serii. Tak, wiem, ST od samego początku
łamał pewne tabu, jak np. pocałunek białego mężczyzny z czarną kobietą. Każda
odsłona ma odcinki, gdzie załoga zastanawia się czy zrobienie czegoś jest
etyczne czy też nie. Dobro jednostki czy ogółu, wojna czy dyplomacja,
akceptacja inności czy odrzucenie, albo zagadka po co Rosjanin na pokładzie u
kapitana Kirka - Pavel Andrieievich Chekov*? To było ryzykowne, biorąc pod uwagę, że
serial powstawał w trakcie wojny w Wietnamie, a Zimna Wojna hulała na całego. I nie musiało mi się wszystko podobać, czasami
wybory bohaterów nie mieściły się w moim kanonie myślenia czy postępowania, ale
byłam w stanie to przełknąć, gdyż pojawiały się raz na jakiś czas i nie
dominowały na fabułą. Niestety, do Discovery wrzucili chyba wszystko, co w
dzisiejszych czasach ludzi dzieli i niestety, ale nie pokazali tego w taki
sposób, żeby ludzie, którzy nie zgadzają się na poprawność polityczną może nie
zmienili zdania, ale przynajmniej mogli stwierdzić, ok. to nie moja bajka, ale
te postaci, to też ludzie, też należy je szanować. Ja generalnie jestem
przeciwniczką poprawności politycznej, gdyż uważam, że ona ogranicza wolność
słowa, jednym daje prawo do wyrażania myśli, a innym zamyka usta. Ale na pewno
uważam, że każdy ma prawo do własnego zdania, które należy szanować, ale
niekoniecznie uważam, że trzeba się z nim zgadzać. I nie można z tego powodu
zamykać komuś ust. Bylebyśmy ze sobą rozmawiali i słuchali siebie nawzajem, a
nie obrzucali się epitetami i nie dopuszczali oponenta do głosu. I niestety
Discovery zniechęcił mnie do oglądania części postaci, z powodu zbyt dużej
poprawności, którą nie ukrywam przewijałam. I wielu fanów serii też na to
zwracała uwagę, mimo, że mieli mniej radykalne poglądy niż ja. Ich też to
zniechęcało do oglądania. No i do mnie nie przemawia to, że w ramach
poprawności (chociaż dla mnie, to jest jakiś kolejny niedostępny poziom
dzisiejszego zwariowania świata), główna bohaterka ma na imię Michał. Nie
Michalina, a Michał. I mimo, że lektor czytał to po angielsku - Michael, to
nadal nie jest to Michalina a Michał. No ja tego nie kupuję, zwłaszcza, że jest
piękna i kobieca. I dla porównania, w Star Trek: Picard (2019-2023) też
pojawiają się poprawności polityczne, ale nie były na pierwszym planie i nie
zakrywały fabuły. Dlatego nie zostałam zniechęcona, a wręcz bardzo mi się ten
serial spodobał, mimo, że średnia wieku bohaterów była miej więcej po
70-tce. Poza tym, kto nie kocha PicardaJ, nawet jeśli ma 100
lat. Aktor grający jego rolę, Patrick Stewart, ma 85J.
Pseudofilozoficznoegzystencjonalny
bełkot – kolejna rzecz, która zniechęciła mnie i innych fanów ST do tej serii.
W innych odsłonach, przemyślenia brzmiały mniej więcej tak: dziennik pokładowy
kapitana takiego a takiego, rok taki a taki. Lecimy w pustce, chyba się
zgubiliśmy, nie wiem czy uda nam się wrócić na szlak. A pod koniec odcinka:
dziennik pokładowy kapitana, znowu jesteśmy na szlaku, dzięki pomysłowości
załogi i kosmicznej procy, udało nam się znowu wstrzelić w trasę.
Albo:
dziennik pokładowy lekarza, jeśli nie wymyślę szczepionki, wszyscy zginiemy, a
pod koniec odcinka: na szczęście spotkaliśmy gnoma, który dał nam za worek
ziemniaków składnik do szczepionki, dzięki temu załoga pomału wraca do zdrowia.
Tymczasem
w Discovery: dziennik kapitana, lecimy, lecimy w nieznane, kto wie, co może nas
spotkać za horyzontem, załoga jest zmęczona, ale musi wytrzymać, mamy misję,
nie możemy zawieść. Sama nie wiem co ja tu robię, czemu jestem kapitanem, ja
taka nic nieznacząca istota, inni są ode mnie sto razy lepsi, czemu ja? A na
koniec odcinka: znowu lecimy, nasza misja trwa, kto wie, co nas spotka u kresu
tej drogi. Czy moja załoga to przetrwa, kto zginie, kto przeżyję. Nie wiem kim
jestem?
Za
dużo rozwleczonych przemyśleń i rozmów, za mało konkretów.
Ten
serial jest smutny. Nawet, kiedy wszystko dobrze się skończyło, on nadal jest
smutny, bo przecież nie wiemy, co jest przed nami i jakie problemy się pojawią.
I to wszystko w ponurych barwach oraz w zwolnionym tempie.
Możecie
się też zastanawiać, czemu przewinęłam tyle scen? Były to głównie sceny z rozterkami
życiowymi bohaterów (raz mogłam ich wysłuchać, ale oni powtarzali to, w co
drugim odcinku). Poza tym przewijałam jeszcze sceny, kiedy oni tak szli i szli
i szli – zwolnione tempo jest passe. I bitwy trwały jak na mój gust za długo,
więc też je czasami przewijałam.
Ale
głównie w 4 i 5 sezonie, bo chciałam w końcu zakończyć swoje męki.
W
starszych odsłonach też zdarzały się nudne odcinki i je również przewijałam,
ale w Discovery nastąpiła, jak w Totku kumulacja, z tym, że nikt nie wygrał
miliona złotych.
Postaci
– aktorzy nie przekonali mnie swoją grą do bohaterów, wszystkich z wyjątkiem
Saru. Przez większość serialu czuje się sztywność w stosunkach między
załogantami. Zła gra aktorska też w kilku momentach nie pomaga. Ma się wrażenie,
że dialogi są wymuszone, a aktorzy nie włożyli w nie serca. A nasza główna
bohaterka wciąż ma minę, jakby miała zatwardzenie albo zaraz miała się
rozpłakać, nawet jeśli się uśmiecha. W zasadzie, to wciąż zalewa się łzami. No
sorry, ale kapitanowie statku muszą mieć twardy tyłek. Nie mogą sobie tak po
prostu płakać i myśleć: o ja biedna, co ja zrobię, ojoj. Albo wzruszać się w co
drugiej scenie, bo coś ją zabolało albo ucieszyło.
Ogólnie
serialowi brak lekkości.
A
czy mam coś o nim dobrego do powiedzenia?
Tak,
napęd zarodnikowy nawet mi się podobał, chociaż powodował, że załoga nie
penetrowała tak kosmosu, jak lecąc w warp, ponieważ w sekundę znajdowali się u
celu. Ale jest to jakiś pomysł na podróże. Podobały mi się lokacje, były piękne
i dopracowane. Stroje też były bardzo fajne, nie były monotonne. Tu duży plus.
Bo w innych ST stroje załogi praktycznie przez cały czas są te same, jedynie
czasami, bohaterowie w czasie wolnym zakładali dresJ.
Tutaj było kilka rodzajów mundurów, a najpiękniejsze w 5 sezonie. Inni
bohaterowie z poza floty, politycy, inne rasy też miały dopracowane formy,
stroje i fryzury. To duży plus tej serii. Sceny batalistyczne, choć za długie,
to jednak bardziej widowiskowe niż we wcześniejszych Star Trekach. I jeszcze
jeden plus, to jest jedyny serial Star Trek, gdzie kobiety nie są nadmiernie
rozebrane albo ubrane w stroje opinające je tak, że w zasadzie wszystko widać.
Bohaterki są normalnie ubrane i to jedyna poprawność, którą kupuję. Zmienił się
stosunek do kobiety, chociaż niektóre w filmie były zbyt męskie. A nie ma
jednak nic piękniejszego, jak kobieca kobieta, nawet jeśli jest kapitanem. I tu
akurat nasz Michał był bardzo kobiecy.
Ale
to za mało, żeby serial porwał człowieka w inny świat. Atmosferę tworzą
bohaterowie, nawet jeśli przez 4 sezony noszą ten sam krój munduru. Myślę, że
nie wrócę do tego serialu.
Gratuluję
tym, którzy dotarli do końca wpisuJ.
PS.
Nie wgłębiałam się w tematykę konkretnych przykładów poprawności politycznej,
ponieważ nie chciałam, żeby zdominowała ten tekst.
*Rozwiązanie
zagadki jest takie: po pierwsze, w ZSRR zabroniono puszczania Star Trek, ale z
drugiej strony wytykano, że nie ma na statku Rosjan (a przecież, to oni byli
pierwsi w kosmosie), dlatego twórcy serialu dodali go do obsady. Po drugie
rzeczywiście wśród wielu ras i narodów, które wchodziły w skład statku
Enterprise nie mogło zabraknąć Rosjanina (bo byli pierwsi w kosmosie). Po
trzecie, w czasie Zimnej Wojny był to gest przyjaźni wobec bloku wschodniego
(może ironiczny, ale gest).
Powiązane
linki:
https://zprzymruzeniemoczu.blogspot.com/2026/01/moja-startrekomania.html
https://zprzymruzeniemoczu.blogspot.com/2025/06/star-trek-jak-spartolic-universum.html
https://zprzymruzeniemoczu.blogspot.com/2020/10/o-star-treku-jeszcze-sow-kilka.html
https://zprzymruzeniemoczu.blogspot.com/2020/09/star-trek-lata-1966-1969.html
Zdjęcie wzięte z:https://www.hiclipart.com/free-transparent-background-png-clipart-qfwtq/download#google_vignette

Komentarze
Prześlij komentarz