Strażnicy - odc.4

 Róża wiezie Karola do babci
Karol zjawił się przy samochodzie o 9:45 i czekał niecierpliwie na właścicielkę.
Róża wraz z siostrami obserwowała go z okna.
- Nie jest taki zły – orzekła Malwina – tylko stary.
- To ty jesteś młoda – zaśmiała się Kalina.
- Będziesz go tak trzymać do 10:00? – zapytała Malwina Róży.
- Oczywiście, muszę być słowna.
- Jest dosyć nerwowy, krąży i krąży – meldowała młodsza siostra.
- Nic mu nie będzie – Róża zapięła torbę i zarzuciła na ramię – dobra idę, ale ani mi się ważcie wychylać przez okno i gadać bzdury. Jeszcze nie wiemy, co powie babcia, a ja chcę mieć, jak najmniej do usuwania z jego głowy.
- I tak będzie tego sporo – odezwała się Kalina – sama wyprawa do babci Delfiny i jej posiadłość zwalą go z nóg.
- O to będzie już się martwić starszyzna, ja będę czyścić ślady w Warszawie.
- Ile cię nie będzie? – zapytała Kalina.
- Myślę, że ze trzy dni.
- To do zobaczenia – siostry uściskały się i Róża weszła do windy.
Tymczasem Karol chodził wokół wozu i szukał jego jakiś nadzwyczajnych cech. Okazało się jednak, że oprócz tego, że był to najnowszy mercedes klasy S, niczym szczególnym się nie wyróżniał. Nie miał skrzydeł, ani ukrytego szofera widmo. Za to z bagażnika dochodziły dziwne odgłosy. Kiedy już miał przytknąć do niego ucho, hałas zniknął.
- O widzę, że jednak pan ze mną pojedzie – przywitała go Róża – proszę wsiadać. Nie wziął pan żadnej torby? – zdziwiła się – nie myślał pan chyba, że jedziemy na jeden dzień.
Karol Nowak lekko się wkurzył.
- Nie mówiła pani, że to kilkudniowy wyjazd.
- Nie mówiłam? – zdziwiła się Róża i lekko zawstydziła – rzeczywiście. Proszę zadzwonić do komendanta i poprosić o pozwolenie. Trzy dni, nie więcej.
Po chwili wszystko było już ustalone, oprócz jednego.
- Nie mam żadnych ubrań na zmianę – powiedział Karol.
- Spokojnie, na miejscu na pewno coś się dla pana znajdzie. Tam gdzie jedziemy mieszka około 70 osób, nie będzie problemu z wyborem. A teraz proszę wsiadać, drzwi zamykać.
W takich luksusach, jeszcze nie siedział.
Skórzane, zielone fotele, brązowa tapicerka, deska rozdzielcza z jakiegoś rzadkiego gatunku drzewa.
- Tata mi kupił na urodziny. Robiony na zamówienie – powiedziała Róża tak swobodnym tonem, jakby chodziło o książkę, a nie o niebotycznie drogie auto.
- Musi mieć pani majętnych rodziców.
- Owszem. Ja dopiero się dorabiam.
Karol wytrzeszczył oczy.
- Dorabia się pani?
- Tak, dlaczego pana to dziwi?
- Mieszka pani w drogim miejscu, ma sklep, prywatny gabinet…
- Cała kamienica do mnie należy…
Karol sarknął.
- Też tatuś kupił?
- Nie – zaśmiała się Róża – to była rodzinna zrzuta na start.
- Wszyscy jesteście tak bogaci?
- Tak.
Karol nie wiedział, co bardziej go denerwuje, czy to, że ona jest tak bogata, że on nie ogarnia, czy to, że mówi o tym, jak o jakiejś oczywistości.
- Moja rodzina przez wieki wiele zgromadziła, a niewiele wydawała – wyjaśniła Róża - w zasadzie tylko Strażnicy mieszkający wśród ludzi wydają kasę. Tam, gdzie jedziemy nie trzeba tego robić, a w Baśniowej Krainie – machnęła ręką – tam, co prawda jest waluta, ale złoto i drogie kamienie, mają podobną wartość co u was. My raczej tak tam płacimy.
- Drogie kamienie też macie? – pytał słabym głosem.
- I złoto.
- Kim wy jesteście?
- Strażnikami.
- Ale czym zarządzacie? Gdzie są wasze firmy?
- Mieszkamy w Międzyświecie, taka linia między światami – zaśmiała się – chociaż trudno nazwać to linią.
- A gdzie się ten Międzyświat znajduje? – parsknął Karol.
- A zaraz za Suwałkami – wyjaśniła Róża i wyjechała samochodem na ulicę.
Karol nic już nie powiedział, bo ilość niesamowitych informacji była już tak duża, że musiał je sobie poukładać.
Niestety, to nie był koniec niespodzianek. Ponieważ Róża, kiedy tylko wyjechała poza teren Warszawy, wcisnęła gaz do dechy. Karol najpierw nie wierzył w to, co widzi, że prędkościomierz wskazywał 258 km na godzinę, a potem nie wierzył, że kobieta śmiała łamać przepisy, wiedząc, że koło niej siedzi policjant.
- Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, że jest tu ograniczenie do 90 km/h.
- Naprawdę? – zdziwiła się uprzejmie – nigdy nie patrzę na znaki.
Karol zrobił się na twarzy purpurowy.
- Kobieto! Czy ty zdajesz sobie sprawę, co robisz?! – krzyknął.
Róża spojrzała na niego zdziwiona.
- Nie wiem, o co panu chodzi?
- Trzykrotnie przekroczyła pani prędkość?!
- Naprawdę tyle jadę?
- Proszę przestać sobie stroić ze mnie żarty! Jedzie pani, jak wariatka!
- Ja pana nie obrażam – oburzyła się Róża – poza tym, nie jestem zagrożeniem na drodze.
Karol uderzył się dłonią w czoło.
- To nie dzieje się naprawdę! – spojrzał na nią – przecież ja muszę panią aresztować?
- Nie ma sprawy, ale dopiero po naszym powrocie.
Mężczyzna chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zadzwoniła mu komórka. To był komendant.
- Sprawdzam czy żyjesz – zażartował szef.
Karolowi wyrwał się z gardła charkot, ponieważ Róża właśnie jechała na czołowe z tirem. Policjant nie wiedział, jakim cudem udało się jej skręcić na właściwy pas.
- Jeszcze żyję – jęknął słabo do słuchawki – ale informuję pana, że ten stan może się szybko zmienić, ponieważ Strażniczka jest piratem drogowym. Wie pan ile ma na liczniku?
- Ile?
- Aktualnie 302 km/h
Po drugiej stronie zaległa cisza, w końcu Marek Odolaniec odezwał się.
- Żartujesz?
- Chciałbym.
- Zapytaj się jej, czy nie boi się fotoradarów. Na pewno już jakieś minęliście.
Róża miała doskonały słuch, więc od razu odpowiedziała.
- Wasze fotoradary nie są w stanie mnie namierzyć.
- A policja? – dopytywał komendant – żaden radiowóz was nie goni?
- Były, jakieś dwa, ale nie zdążyli zareagować – poinformowała go Róża, a potem wyjaśniła – nie jestem zagrożeniem na drodze. Jestem bardzo szybka i mam doskonały refleks. Nic pana podwładnemu nie grozi.
- Acha, rozumiem – odparł drętwym głosem komendant – w takim razie, powodzenia.
Komendant rozłączył się z mocnym postanowieniem nie zastanawiania się nad tym, co usłyszał. Za to Karolowi Nowakowi pot strumieniami płynął po plecach.
- Proszę się uspokoić, przecież nawet pan nie czuje tej prędkości.
- A jak pani wyskoczy pies albo jeleń przed maskę, co wtedy pani zrobi?
- Minęłam już dwie sarny i dzika – odparła Róża – mówiłam, że nie jestem człowiekiem. A mój samochód nie wyszedł z waszej fabryki.
- Jest magiczny? – niedowierzał Karol.
- Robiły go krasnoludy, więc jest tak realny, że bardziej się nie da.
Karol oprócz złości, czuł irytację. Ona opowiadała mu o wszystkim, jak o czymś oczywistym, a przecież dla niego to był nieznany świat.
- Proszę się na mnie nie wkurzać – powiedziała pogodnie – tak, jak powiedziałam, jeśli Starszyzna zgodzi się wam pomóc, to i ja będę mówić jaśniej. Póki co, nie ma takiej potrzeby.
- Moim zdaniem, jest.
- Nie.
- Dlaczego?
- Jeżeli Starszyzna nie wyrazi swojej aprobaty, to ani pan ani cały pana komisariat nie będzie o nas pamiętał.
- Dwa razy panią znalazłem – pochwalił się.
- Tylko dlatego, że na to pozwoliłam. Dałam panu punkt zaczepienia.
- A Baśniowe Stwory? One mogą znowu mi o was powiedzieć.
- Nie będzie pan na to słowo reagował. Będzie dla pana tak obojętne, jak nie wiem, kisiel albo wątróbka.
- Nie pozwalam pani mieszać mi w głowie.
- Ja panu nie mieszam, ja tylko pozbawię pana informacji o Strażnikach.
- Zabraniam pani! – wykrzyknął.
- Nie będzie pan tego świadomy.
- Jak to nie, będę miał luki w pamięci.
Spojrzała na niego z politowaniem, co go jeszcze bardziej wkurzyło.
- Mówi pan serio? Myśli pan, że nie jesteśmy profesjonalistami?
- Na pewno jest pani najbardziej zadufaną i arogancką osobą jaką poznałem.
- I bardzo dobrze, nie może być na tym świecie za miło – zaśmiała się Róża i wyminęła stado krów idących brzegiem szosy.
Karol Nowak postanowił nie odzywać się do końca podróży.
Kiedy już byli prawie na miejscu, kobieta raptownie zahamowała i zatrzymała się na poboczu.
- Cholera, następny! – warknęła i wysiadła z samochodu.
Karol zobaczył, jak Strażniczka wbiega na pole i jak w jej rękach nie wiadomo skąd powił się długi kij, zakończony metalowym grotem.
Wpadła w krzaki i po chwili wyprowadziła stamtąd nabitego na włócznię mężczyznę. Był ubrany w długą szatę skrywającą całe ciało. A na głowie miał szeroki kapelusz, chroniący twarz przed słońcem. Karol otworzył szeroko oczy i wyskoczył z wozu.
- Co pani robi?! – krzyknął.
- Niech pan wraca do środka! To draństwo nie jest wcale bezbronne! – krzyknęła do niego.
Ale policjant już do niej biegł. Odruchowo wyciągnął pistolet i krzyknął do niej.
- Puść tego człowieka!
- To nie jest człowiek – odkrzyknęła – proszę wrócić do samochodu!
W tej samej chwili wampir jednym ruchem uwolnił się od włóczni i od razu skoczył w stronę Karola, który stanął zdezorientowany, bo jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś tak szybko biegał.
- Niech pan ucieka! – wrzasnęła Róża, zamachnęła się i rzuciła włócznią w stronę biegnącego wampira. Ta wbiła mu się w plecy i na chwilę pozbawiła równowagi. Potwór nie wydał żadnego artykułowanego dźwięku, tylko przeraźliwie syczał i biegł dalej. Był już przed Karolem, kiedy Róża dogoniła go i zerwała mu kapelusz z głowy. Potwór przeraźliwie wrzasnął i złapał się za głowę. Na czubku łysej czaszki pojawiły się krwawe pęcherze. To samo na rękach.
- Szkoda, że dzisiaj jest zachmurzone niebo – mruknęła Róża – trochę dłużej to potrwa.
Karol nadal stał, jak wryty i patrzył, jak kobieta rozrywa na wampirze szatę. Pod spodem był goły, ale Karol zdążył zauważyć, że wyglądał, jak manekin.
- Nie rozmnażają się, nie jedzą i nie wydalają – wytłumaczyła Róża – pewne części ciała nie są im potrzebne.
Stwór pod wpływem dziennego światła wił się i kurczył.
- To go boli?
- Nie – odparła poważnie Róża – to nieumarły. Oprócz rządzy krwi, nic nie czuje.
Stwór nagle rozpadł się w pył. Nic po nim nie zostało.
- Widzi pan? Proch. Nic więcej.
Po czym Róża obejrzała szatę, która została jej w ręku.
- Ciekawe skąd to miał? – zastanowiła się.
- To ubranie? – zapytał Karol, który usiłował nie zwariować.
- Tak. One nie są zbyt pomysłowe. Ktoś musiał mu to dać.
- A co jest wyjątkowego w tej szacie?
- Odbija promienie słońca, tak jak i kapelusz. Dlatego podróżował za dnia. Niedobrze.
- Ile jest wampirów na świecie?
- A ja wiem? Nigdy nie byłam w Mrocznych Podziemiach – po czym zwinęła szatę i poszła w stronę samochodu. Karol myślał, że nie zrobi ani jednego kroku, ale na szczęście się udało.
Kiedy Róża ruszyła zupełnie się już uspokoił.
- Jestem pełna podziwu dla pana opanowania – powiedziała do niego.
- O mało nie narobiłem w gacie.
- Ale strzelił pan do niego całe sześć razy.
- Naprawdę? – zdziwił się Karol i wyjął broń. Rzeczywiście brakowało kilku nabojów – nawet tego nie zarejestrowałem.
- Muszę przyznać, że ma pan niezły refleks.
- Dziękuję, ale w tym wypadku, na niewiele się zdał. Nie chciałbym już czegoś takiego przeżywać.
Róża roześmiała się perliście.
- Nie mogę tego panu obiecać, ale obiecuję, że jeśli Starszyzna zgodzi się wam pomóc, to nauczę pana, jak bronić się przed wampirami. I nie będzie w tym ani grama czosnku.
- Dlaczego nie zostałem bibliotekarzem? – zapytał sam siebie.
- Bo to mało ciekawe zajęcie – odparła Róża – o widzi pan ten zjazd do lasu?
- Tak.
- Zaraz będziemy na miejscu.
Wjechali na polną drogę, na której kobieta zwolniła i zaczęła czegoś wypatrywać. Nagle otworzył się przed nimi migający i przezroczysty tunel, w którego wjechała. Z pozoru nic się nie zmieniło. Byli na tej samej drodze do lasu, ale kiedy do niego wjechali, ten bardzo szybko się skończył, a zamiast niego Karol ujrzał morze.
- Co? Jak to? – pytał.
- To nie Bałtyk – od razu mu powiedziała – to Skrajne Morze Międzyświata. Moja babcia Delfina tym wszystkim zarządza. Nie radzę teraz wysiadać. Tutaj też żyją Baśniowe Stwory, a proszę mi wierzyć, spotkanie z Syreną lub Homarem Pustelnikiem nie należy do najbardziej przyjemnych.
- Ale na drodze jesteśmy bezpieczni?
- Ze mną wszędzie będzie pan bezpieczny – zapewniła go i wjechała na biały klif.
- Jedziemy po gładkiej, jak stół szosie – stwierdził.
- A czego się pan spodziewał? Kocich łbów?
- Tak, jakby? – zawstydził się lekko, ale szybko o tym zapomniał, ponieważ w oddali zobaczył dziwną budowlę. Był to zamek  złożony z kilkunastu gigantycznych muszli i muszelek. Cegły były tak wypolerowane, że w lśniły w słońcu. Kiedy byli już całkiem blisko, mężczyzna mógł podziwiać ornamenty, ozdoby i rzeźby zdobiące budowlę. Stał sam na skraju klifu i oprócz nadmorskich traw i kilku skarlałych sosenek, nic go nie otaczało. Róża zaparkowała w wyznaczonym miejscu niedaleko wejścia.
- Dalej idziemy pieszo. Babcia nie lubi nowinek ze świata.
Ale zanim poszli, otworzyła bagażnik i powiedziała.
- Wyłazić.
Ze środka wyleciała chmara elfików, które bardzo szybko odfrunęły w znanym tylko sobie kierunku. Z bzyczenia można było wywnioskować, że są bardzo szczęśliwe z powrotu do domu.
- Wiedziała pani, że one tam są? – zdziwił się Karol.
- Oczywiście, już wczoraj w nocy się tam pakowały. A że nie potrafią niczego robić po cichu, to trudno było nie zgadnąć, co planują.
- I czemu ich pani nie przegoniła?
- A czy ja wiedziałam o tym, że wsiadły mi do bagażnika? – uśmiechnęła się i puściła do niego oko.  
- Niby rozumiem, ale sama pani powiedziała, że nie mogą wejść tam, gdzie nie są zaproszeni?
- Ma pan doskonałą pamięć do szczegółów – zaśmiała się – ale odpowiem panu. Specjalnie postawiłam samochód tak, żeby mogły się włamać. Od kilkunastu dni płakały, że tęsknią za domem. I ja, nie łamiąc zasad im to ułatwiłam.
Spojrzała za nimi i zauważyła, że kilka z nich zawróciło.
Podlecieli do Róży i bzyczeli jednocześnie mocno gestykulując.
Kobieta wyjaśniła Karolowi o co chodzi.
- Lili została na drzewie. Nie wiedzą, czy nie chciała wracać, czy nie zdążyła wsiąść do wozu.
Efiki wskazały Karola i znowu o czymś rozprawiały.
- Uważają, że Lili zakochała się w panu i postanowiła zostać.
Karol uniósł ze zdziwienia brwi.
- To takie rzeczy są możliwe? – zdziwił się.
- A dlaczego nie. W bajkach często jest jakaś beznadziejna i nieodwzajemniona miłość – zaśmiała się Róża, po czym zwróciła się do elfików – kiedy wrócę do domu odnajdę ją i przywiozę następnym razem. Może tak być?
Te skinęły głowami i odleciały.
- Lili ma dopiero 12 lat i jest jeszcze młoda.
- To jeszcze dziecko?! – wykrzyknął Karol – na dodatek została sama…
- To ładnie, że się pan zmartwił, ale dla elfików 12 lat, to jak dla nas 18. Da sobie radę- zamyśliła się na chwilę – chociaż, to Lili, niepoprawna marzycielka. Zadzwonię do sióstr i powiem im, żeby miały na nią oko.  
- A co właściwie te elfiki robią?
- Później panu wszystko powiem, teraz zapraszam na spotkanie z moją babcią Delfiną.
 
Karol Nowak znajduje się w innym  świecie i przeżywa szok
Pierwszy szok, jaki przeżył Karol Nowak był związany z babcią Delfiną.
Kiedy Róża mówiła, że to jej babcia, on wyobrażał sobie pomarszczoną staruszkę, podpierającą się laską i mówiącą słabym głosikiem.
Tymczasem kobieta, która wyszła im na powitanie wyglądała, jakby miała góra 40 lat, świetną figurę, piękną twarz bez zmarszczek i gęste blond włosy opadające swobodnie na plecy. Jedynie oczy zdradzały, że nie ma się do czynienia z młodą osobą. Kiedy na niego spojrzała, miał wrażenie, że przejrzała go na wylot i wie o nim wszystko, łącznie z tym, o czym sam by nie chciał pamiętać. Była ubrana w połyskującą, długą, bladoniebieską suknię z rozcięciem do uda. Wokół dekoltu i na rękawkach znajdowały się hafty o morskim motywie. Na środkowym palcu lewej ręki miała duży pierścień w kształcie muszli.
Przywitała ich w zamkowym holu.
- Witajcie – miała tak piękny i melodyjny głos, że Karolowi serce szybciej zabiło.
„Co się ze mną dzieje?” – pytał sam siebie.
- Przejdzie panu – Róża poklepała go po ramieniu. Mężczyzna poczuł się tak, jakby został obnażony. Zaczerwienił się po same uszy.
- Różo – upomniała ją surowo babcia – naucz się wreszcie trzymać język za zębami.
- Przepraszam babciu –powiedziała wcale nie skruszona kobieta.
- Musi jej pan wybaczyć, ale zachowuje się tak, jak jej ojciec. On też jest zbyt bezpośredni – wyciągnęła do niego szczupłą i bardzo kształtną dłoń – jestem Delfina, Starsza wśród Strażników.
Karol wybąkał swoje imię i rangę, po czym zapytał.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie wygląda pani na starszą, a tym bardziej na babcię.
Delfina uśmiechnęła się do niego ciepło.
- Jestem dużo starsza niż się to panu wydaje. Strażnicy żyją bardzo długo.
- Ile? 120 lat? – rzucił pierwszą liczbę, jaka przyszła mu do głowy.
Delfina spoważniała i odrzekła.
- Mam 254 lata, a dożywamy do trzystu, chociaż historia zna przypadki, że niekiedy strażnicy dożywali do 400 wiosen.
Karol potrząsnął ze zdumienia głową. Nie wiedział co powiedzieć, nie wiedział, czy kobieta sobie z niego żartuje czy nie. Nie mieściło mu się w głowie, że ktoś może tyle żyć.
Róża dodała.
- Wy, ludzie dożywacie 80 – 90, są tacy, co i ponad 100. Elfiki żyją 30 lat, a krasnoludy 700 – 800, wiedźmy i czarodzieje potrafią wydłużyć swoje życie do 160-170 wiosen, tak już jest na tym świecie, każdy gatunek ma inaczej.
- Ale, ale to nie możliwe – jąkał się Karol.
- Tak samo możliwe, jak to, że po pana mieście biegają postacie w legend i mitów – powiedziała Delfina – przecież jeszcze dwa lata temu nie miał pan pojęcia o ich istnieniu, a teraz? Wierzy pan w to, co widzi?
- Trudno w to nie wierzyć, zwłaszcza, kiedy popełniają przestępstwo  - odparł Karol.
- To niech pan również w to uwierzy, że na świecie istnieje całe mnóstwo różnych stworzeń, z których jedne żyją krócej, a inne dłużej.
Mężczyzna spojrzał na Różę i zapytał.
- A pani? Ile ma lat? 80 czy 156?
- 27 – uśmiechnęła się do niego promiennie – i jestem bardzo młodym Strażnikiem.
- Dokładnie i jeszcze wiele musi się nauczyć – dodała Delfina i zwróciła się bezpośrednio do Karola – proszę sobie tym nie zaprzątać głowy, bo to nie powinno mieć dla pana żadnego znaczenia. Ważne jest tylko to, czy Starszyzna zgodzi się wam pomóc, czy też nie.
- Ilu będzie tych starszych? – zapytał.
- Szesnastu, bo tylu ukończyło 250 rok życia.
- A inni? Mają mniej?
- Tak. Inni mają mniej.
Karol przeżywał szok za szokiem.
- Mam rozumieć, że tylko szesnaście osób ma od 250 lat  wzwyż?
- Tak.
- A ilu w sumie was jest?
- 25 tysięcy.
- Acha.
- A to i tak głównie dzięki pokoleniu rodziców Róży, oni jako pierwsi od setek lat posiadają więcej niż dwoje dzieci.
- Już o nic więcej nie pytam, bo mi bania pęknie od nadmiaru nowości – powiedział Karol.
- Słusznie, proszę nie pytać – zgodziła się babcia Delfina – zaraz ktoś pana zaprowadzi do pokoju. Proszę się również nie martwić o ubranie, powiesiliśmy w szafie kilka kompletów, mam nadzieję, że się panu spodobają.
- Skąd pani o tym wie? – zapytał.
Delfina zaśmiała się.
- Miał już pan o nic nie pytać, ale odpowiem panu. Telepatia.
Z jednych z drzwi wyszły dwie niskie istoty o ludzkim kształcie. Jedna miała niebieską skórę i brak jej było w oczach tęczówki, a druga była blada, jak trup, za to oczy miała czarne niczym węgle.
- To są moi pracownicy. Dwa wodniki. Ten niebieski pochodzi znad jezior, a blady z morza. Zaprowadzą pana do pokoju. Proszę się nie martwić mówią po ludzku.
- Dzień dobry – powiedział blady potworek – zapraszam za mną.
Karol spojrzał niepewnie na Różę.
- Proszę iść, tutaj wszyscy są przyjaźni. Nic się panu nie stanie.
Kiedy mężczyzna zniknął w najbliższych drzwiach, babcia Delfina zaprosiła Różę do pokoju wypoczynkowego na rozmowę. Na stole już ktoś ustawił tacę z ciastem i gorącą herbatą. Pokój, tak jak i reszta zamku był urządzony w motywy morskie. Nawet poduszki wyglądały, jak spienione bałwany.
Kobiety usiadły w miękkich fotelach i Delfina zapytała.
- Opowiedz mi o nim.

 Kolejny odcinek zaraz po tym 15 stycznia, bo potem będzie tydzień przerwy

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"