Strażnicy - odc.8

 

Marek Odolaniec pomaga kotołaczce, co całkowicie zmienia jego życie

Komendant od kilku lat był wdowcem i mieszkał sam. Miał co prawda dwóch synów, ale ci byli dorośli i studiowali poza Warszawą. Wpadali do niego od czasu do czasu i w święta. Dlatego mężczyzna, żeby nie siedzieć w czterech ścianach, spędzał czas na komendzie, a nawet niekiedy tam nocował. W nowym budynku było tyle niezagospodarowanych pomieszczeń, że nawet w dwóch z nich policjanci zrobili sobie salon i pokój sypialniany. Komendant często z niego korzystał.

Ale nie był jedynym chętnym, więc czasami musiał wracać do domu.

Miał spore trzypokojowe mieszkanie, którego od lat nie remontował, a po śmierci żony zupełnie zaniedbał. Nie chodziło o to, że miał brudno. Jako policjant nie znosił nieporządku, ale że korzystał tylko z kuchni, łazienki i jednego pokoju, reszta stała pusta i martwa, ożywając tylko na czas synowskich wizyt.

Pewnego dnia wracał późną nocą z komendy i kiedy był pod swoim blokiem, nagle zza rogu wybiegła mała postać i pędziła prosto na niego. Rozpoznał kotołaka i od razu stwierdził, że zatrzyma złodzieja, zanim ten upłynni towar.

Mimo tuszy, Marek Odolaniec poruszał się szybko i zwinnie. Złapał kotołaka, który okazał się przerażoną kobietą. Ta rozpoznała go natychmiast.

- Panie komendancie, niech mnie paaaan rrrratuuuje! – wykrzyknęła przeciągle -

 Niech paan rrratuje moje dzieeeci! – krzyczała z rozpaczą w głosie.

- Co się stało? – powiedział do niej ostro.

- Oni zaatakowali gniaaaazdo. Biegnę po pomooooc! – kotołaczka miała łzy w oczach.

Znał ją. Siedziała już dwa razy w areszcie, razem ze swoimi dziećmi. Miała ich czworo. Wiedział, o niej też, że jej mąż zginął podczas potyczki z tygrysołakiem. Ale wiedział również, że u kotołaków, wszystko może być równie dobrze wyssane z palca. Zwłaszcza, że kobieta wyglądała, jakby miała dwadzieścia kilka lat i trudno było uwierzyć w to, że ma czwórkę prawie dorosłych dzieci. Z resztą one niezbyt się od niej różniły.

- Kto atakuje gniazdo? – zapytał jednak.

- Wampirrrry – płakała.

- Prowadź – powiedział, a ona pobiegła przodem.

- Ilu ich jest?

- Dwóóóch!!!

Marek Odolaniec, nie miał jeszcze do czynienia z wampirami, ale wiedział od Róży, że są bardzo niebezpieczne. W biegu wystukiwał do niej numer.

- Oszalał pan – to były jej pierwsze słowa – jest druga w nocy.

- Kotołaki są atakowane przez wampiry.

- Gdzie? – Róży natychmiast przeszły wszystkie złości.

- Park Saski.

- Zaraz będę- zanim zakończyła rozmowę, dodała jeszcze – niech się pan do nich nie zbliża. Zwykła broń nie wystarczy. Poza tym w nocy są najsilniejsze.

Marek Odolaniec mimo przerażenia, jakie spowodowały słowa Róży, biegł dalej.

Alejka, przy której „mieszkały” kotołaki była oświetlona parkowymi latarniami. W ich świetle widział walkę na śmierć i życie. Dwie bardzo szybkie istoty osaczały grupkę pobratymców kobiety, którzy robili wszystko, żeby potwory nie zbliżyły się do nich i nie wyssały krwi. Niestety zauważył również dwa ciała leżące nieopodal. To byli pechowcy, którym nie udało się obronić przed napastnikami. Komendant działał odruchowo. Wyjął pistolet i strzelił do pierwszego z wampirów. Ten nawet się nie zachwiał, ale spojrzał w jego stronę i chyba uznał go za lepszy kąsek niż chuderlawe kotołaki, bo ruszył w jego stronę. Marek strzelał, ale to go nie zatrzymało. Nagle, nie wiadomo skąd na wampira spadł wielki kamień. Przygniótł go do ziemi i unieruchomił. Róża i jej siostry wkroczyły do akcji. Malwina i Kalina miały w rękach pochodnie, które od razu przytknęły do leżącego pod kamieniem wampira. Ten syczał na nie i wił się w płomieniach. Róża odtoczyła głaz żeby mieć lepszy dostęp do potwora. Gdyby komendant nie był tak przerażony, to z pewnością zastanawiałby się nad kilkoma rzeczami. Po pierwsze, skąd wziął się ten głaz, po drugie, jakim cudem Róża go odstawiła na bok, jakby był z pumeksu. Jednak mężczyzna  nie miał czasu się nad tym zastanawiać, zbyt zaaferowany całą sytuacją. Pomagał innym kotołakom odganiać pozostałego przy „życiu” wampira.  Róża widząc ich nieudolną walkę, wbiegła w krąg, złapała pasożyta i  skręciła mu kark.  Po chwili został spalony tak, jak i jego pobratymca.

- Do mnie – wykrzyknęła Róża i kotołaki, jak grzeczne dzieci ustawiły się w szeregu. Kobieta stanęła przed każdym z nich i oglądała je od stóp do głów, po czym kiwała ze spokojem głową.

- Jesteście czyści, nic wam nie grozi – spojrzała na komendanta – pozwoli pan do mnie.

Marek Odolaniec opierał ręce na udach i oddychał ciężko. Adrenalina powoli opadała i zmęczenie w starszym i grubszym ciele dawało o sobie znać. Do tego, mijał mu szok spowodowany, kolejnymi niemożliwymi dla jego racjonalnego mózgu wydarzeniami. Podszedł do niej i dał się zbadać.

- Pan też jest bez skazy, ale – pogroziła mu palcem – poroszę nie zapominać o ziółkach, które panu dałam. Stawy już są prawie zdrowe, szkoda by było zaczynać kurację od nowa.

Marek był zbyt oszołomiony, żeby odpowiedzieć. Odszedł na bok i oparł się zmęczony o drzewo i usiłował zrozumieć na co patrzy.

Kotołaczka klęczała nad zwłokami jednego ze swoich dzieci i płakała.

- Moooje dziecko, moje dzieeeecko – obok niej przyklękła gromadka pozostałych przy życiu młodych kotołaków. Wszyscy płakali i zawodzili nad nieszczęściem, które ich spotkało. Nie wyglądali już na bandę wesołych złodziejaszków, nawet jemu zrobiło się ich szkoda.

Róża podeszła do matki i mocno ją objęła. Komendantowi wydawało się, że płacze razem z nią. A potem coś jej powiedziała, ta skinęła głową i wstała. Przez kilka minut patrzyła na zwłoki i ocierała łzy. Potem skinęła reszcie dzieci i wszyscy odeszli od ciała. Ułożono obok niego i to drugie. To był osobnik z innego klanu, ale mieszkający w pobliżu. Pomagał i też zginął. Jego rodzina również zalewała się łzami, ale również stali z boku, patrząc co robią ludzkie strażniczki.

 Kalina i Malwina,  podeszły do zwłok z pochodniami i podpaliły je.

- Co robicie?! – wykrzyknął zdenerwowany komendant. Próbował do nich podejść, przeszkodzić im, ale zapłakana matka zastąpiła mu drogę.

- Tak trzeba – powiedziała cicho – zaraza nie może się rozpleniać.

Markowi ścisnęło się serce. Przygarnął kobietę do siebie i mocno przytulił.

Tymczasem dwa ciała kotołaków płonęły. Śmierdziało, ale nikt się nie ruszył nawet na krok. wszyscy stali w ciszy i czekali, aż zgasł ostatni płomyk.

Róża podeszła do nich i powiedziała.

- Zabiorę ich do siebie. To wyjątkowa sytuacja, nie mogę być obojętna na ich cierpienie – otarła łzę.

- A prawo pani nie zabrania?

Wskazała na matkę zmarłego

– Ona mnie potrzebuję. Nie zostawię jej. A panu bardzo dziękuję. Głupio pan postąpił, ale odważnie.

Marek Odolaniec już chciał coś burknąć, ale Róża uśmiechnęła się do niego.

- To był komplement.

Komendant pokręcił głową.

- Nie jest pani miła.

- Możliwe, ale szczera. A teraz proszę puścić Kirę i pozwolić mi się nią zająć.

Mężczyzna puścił kotołaka i odetchnął.

- Proszę wrócić do domu. My tu posprzątamy.

- Ale ja muszę coś więcej wiedzieć, spisać… – mówił komendant.

- Jutro przyjdziemy na komendę, wszystko wyjaśnimy, ale dzisiaj… ciężka noc.

- Dobrze. Będę na was czekał.

Już zaczął odchodzić, kiedy Róża krzyknęła jeszcze za nim.

- Proszę sprawdzić kieszenie, czy czegoś panu nie zabrała.

Okazało się, że stracił pięć dych.

Kira podeszła do niego i mu je oddała.

- Przepraszam, nie umiem się powstrzymać.

Marek odetchnął głęboko.

- Weź je sobie – i odszedł.

Do rana nie zmrużył oka. Zastanawiał się nad kilkoma rzeczami i zadawał sobie pytania, na które nie mógł znaleźć odpowiedzi. Na przykład, dlaczego ciało wampira, tak szybko spłonęło? Albo, czemu Strażniczka nagle stała się wyższa od pasożyta? Czy może miał omamy wzrokowe?  I tak przez całą noc, w końcu zrezygnował z próby zaśnięcia, wstał i udał się na komendę. Dopiero tam, podczas zdawania relacji podwładnym, część emocji z niego zeszła, pytania przestały być ważne i poczuł się zmęczony. Lena odesłała go do posterunkowej sypialni i nakazała kolegom chodzić na paluszkach.

 

Obudził go kapitan i poinformował, że przyszła Róża z bandą kotołaków.

- Nie mów tak, oni wczoraj stracili bliską osobę – mruknął zaspany komendant.

- Jak na osoby w żałobie zachowują się dosyć normalnie – powiedział kwaśno Karol.

- Czyli? – Marek Odolaniec spojrzał na niego bystro.

- Jak zwykle, rozrabiają. I już zginęło kilka rzeczy.

- A co na to pani Róża.

- Nic. Siedzi z jedną z nich i trzyma za rękę.

Po chwili wszyscy znaleźli się u niego w gabinecie. Rzeczywiście, trzy młode kotołaki kręciły się niespokojnie na krzesłach, szturchały i wybuchały cichym śmiechem. Marek Odolaniec zwrócił się do matki.

- Czy może pani ich uspokoić?

Kotołaczka spojrzała na niego, przewróciła figlarnie oczami i powiedziała do niego coś, co go zaskoczyło.

- Sam niech pan to zrobi, w końcu jest pan samcem alfa.

Komendant zamarł, a Karol, który również był na spotkaniu o mały włos, a parsknąłby śmiechem. Ale spojrzał na Różę, która była poważna i w ogóle nie dziwiła jej ta sytuacja.

- Czegoś nie rozumiem? – wykrztusił komendant i spojrzał na Różę. Ta jednak nic nie powiedziała. Dlatego zwrócił się do Kiry.

- Może mi pani wytłumaczyć, o co chodzi z tym samcem alfa?

- Wczoraj obronił pan moją rodzinę, zachował się pan męsko, jest pan samcem alfa. Najsilniejszy. Może pan zrobić z moimi dziećmi porządek, ja nie będę protestować – powiedziała poważnie.

Marek złapał się za głowę.

- Ale ja nic nie zrobiłem? To pani Róża i jej siostry pokonały waszych wrogów.

- Ale wziął pan udział w walce. My, kotołaki umiemy to docenić. Jesteśmy fizycznie słabe i kruche, jeśli tylko możemy nie walczymy, ale czasami trzeba. Nawet jeśli przeciwnik jest silniejszy. Nie lubi nas pan, wciąż oskarża o kradzieże i zakłócanie porządku. Mógł pan stać i tylko się przyglądać, jak giniemy, ale pan nas obronił. To było wielkie, dlatego jest pan naszą alfą.

Marek Odolaniec spojrzał na Różę, która tym razem odezwała się.

- Mówiąc po ludzku, może pan im rozkazywać – po czym dodała – ale proszę się nie łudzić, będą posłuszne tylko w pana obecności. Z ich naturą pan nie wygra. I proszę pamiętać, że chodzi tylko o tę rodzinę, reszta kotołaków będzie pana traktować, jak zwykle olewczo i z niechęcią.

Kira uśmiechnęła się zalotnie i znowu przewróciła oczami.

Komendant spojrzał na trójkę rozrabiaków i huknął.

- Spokój – młode kotołaki natychmiast grzecznie usiadły i wpatrzyły w niego, jak w obrazek, a on dodał – oddajcie wszystko, co zabraliście w komisariacie.

Młode kotołaki popatrzyły na siebie smutno, a potem na matkę, ta jednak ich ignorowała. Niechętnie wyjęli z kieszeni, zszywacz, dwa długopisy, przycisk do papieru i dwa pączki. Wszystko wylądowało na biurku komendanta. Ten pokiwał z uznaniem głową i powiedział.

- Niczego nie możecie stąd zabierać, jasne?

- Taaak alfooo – miauknęły posłusznie młode kotołaki.

Marek Odolaniec odetchnął zadowolony, a potem zaczął wypytywać się ze szczegółami o to, co zaszło w nocy. Na koniec zapytał Kiry.

- Czy czegoś pani potrzebuje?

- Nie – łzy zakręciły jej się w oczach – ale dziękuję.

Kotołaki wyszły, ale Róża pozostała.

- Chce pani jeszcze coś nam powiedzieć? – zapytał kapitan.

- Tak. Jest to dobra i zła wiadomość jednocześnie.

- Proszę mówić, niech pani nas nie oszczędza – powiedział zrezygnowany komendant.

- Dobra wiadomość jest taka, że te wampiry nie pochodziły z Mrocznych Podziemi. Były słabe.

- Słabe – jęknął komendant na myśl o wczorajszej walce.

- To byli ludzie przemienieni w wampiry, myślę, że nie miały więcej niż kilka miesięcy. Gdyby pochodziły z Mrocznych Podziemi albo miały za sobą kilka lat żerowania, nikt w tym parku nie uszedłby z życiem – spojrzała na Karola i powiedziała – widział pan, jak porusza się dojrzały wampir.

- Tak i nie chcę mieć już z takim do czynienia – potwierdził kapitan.

Strażniczka zwróciła się do komendanta.

- Te dwa wczorajsze uskakiwały przed pana kulami czy przed kijami, którymi próbowały ich odgonić kotołaki. Miały jeszcze ludzkie odruchy. Pamięć komórkowa. Wampiry, które chodzą po ziemi wiele lat, w ogóle by się tym nie przejęły, bo nic nie jest w stanie ich zranić.

- Prócz słońca – zgadywał Karol.

- I ognia – dodała Róża.

- To ta dobra wiadomość, a zła? – przypomniał Marek Odolaniec.

- Zła jest taka, że nie wiemy ilu przemienionych ludzi chodzi po mieście i czy załatwiły ich tamte wampiry, które zostały zlikwidowane przez Strażników, czy też nowe osobniki. I trzeba to, jak najszybciej ustalić.

- Jak to zrobić? – zapytał Karol – nie mamy wielu sił.

- Pomożemy wam – zapewniła Róża – zwołam Strażników z miasta i okolic i jeszcze dziś przeczeszemy miasto.

- Dziś? – zdziwił się Karol.

- Nie ma na co czekać, a ja nie chcę kolejnych ofiar wśród Krajan.

- A wśród ludzi?

- Wśród ludzi też, ale proszę wybaczyć ich jest mniej.

- Jak zwykle jest pani szczera do bólu – powiedział komendant.

- Nic na to nie poradzę – uśmiechnęła się do niego promiennie i wstała – za godzinę przed komisariatem.

Komendant chrząknął.

- Przypominam, że to mój komisariat.

- Zatem czekam na rozkazy – skłoniła głowę.

Marek Odolaniec powiedział.

- Za godzinę pod komisariatem, a ty chłopie przestań rżeć – ostatnie słowa rzucił do kapitana.

- Tak jest alfo – Karol nie wytrzymał i zaczął się śmiać, po chwili dołączyła do niego Róża. Niestety komendant nie podzielił ich wesołości, burknął.

- Zejdźcie mi z oczu, ale już!

Wyszli z gabinetu, ale jeszcze przez chwilę nie mogli się uspokoić. W końcu, kiedy przestali się śmiać, Róża powiedziała do Karola.

- Wracając do kotołaków, zapomniałam wam jeszcze powiedzieć, że oni przechodzą żałobę, więc będą przez najbliższe kilka nocy zawodzić. Najlepiej im nie przeszkadzać, a telefony ze skargami na hałas ignorować.

- Ile to będzie trwało? – zapytał poważnie Karol.

- Trzy, cztery noce.

- Tylko te rodziny, które straciły bliskich?

Róża skrzywiła się.

- No właśnie, nie. Zlezą się do parku wszystkie klany z miasta. Naprawdę będzie głośno.

- Dobrze, że Park Saski nie ma wokół zbyt wielu mieszkańców.

- I tak będą skargi – zapewniła Róża, po czym zmieniła temat  - a co do dzisiejszego szukania wampirów, polecam zatrudnić elfiki. Lilii zapewni nam wsparcie u kilku grup, które mieszkają w Warszawie.

- Elfiki? – zdziwił się – są maleńkie.

- Wszędzie wejdą, szybko latają i wampiry je ignorują – podpowiedziała Róża.

- Ile ich może być?

- Około pięciuset. Proszę przygotować dużo bakalii- zaśmiała się, ale widząc poważną minę Karola spoważniała – czy powiedziałam coś nie tak?

Kapitan potrząsnął głową.

- Nie. Po prostu, bardzo nam pani pomaga, dziękuję.

- Nie ma za co – uśmiechnęła się promiennie, aż Karolowi zrobiło się miękko w kolanach – do zobaczenia za trzydzieści minut.

 

- Szeregowa Lilii – powiedział Marek Odolaniec – odpowiadasz za swoich pobratymców.

Elficzka wyprężyła małe ciałko i zasalutowała.

- Podzielisz ich na 50 dziesięcioosobowych grup, wyślesz je we wskazane przeze mnie rejony i przeszukacie piwnice.

Lili zabzyczała ochoczo.

- Ale pamiętaj – pogroził jej palcem – jeśli tylko zauważycie coś podejrzanego nie wszczynacie alarmu tylko wracacie do grupy i informujecie, co widzieliście. Zrozumiałaś?

Lili ponownie zasalutowała i odleciała fikając koziołki.

Komendant spojrzał na Różę.

- Zrozumiała?

- Mniej więcej. Potraktuje to, jak zabawę w chowanego – zaśmiała się Róża.

Marek Odolaniec spojrzał na Strażników, których przyprowadziła kobieta. Łatwo ich było odróżnić od ludzkich sióstr i braci. Ludzcy strażnicy byli, po prostu ludźmi, ale oni… Dwie kobiety, przepiękne i smukłe, jak modelki, z pełnymi wargami i wielkimi, jak łania oczami. Były bliźniaczkami, które nawet idąc obok siebie działały, jak dobrze zsynchronizowane urządzenia. Trzech mężczyzn było rosłych, barczystych i bardzo przystojnych. Mieli niskie, ciepłe głosy, a wzrok tak przeszywał, że nawet mężatka Lena musiała, co i raz wachlować się dłonią.

- A wy, co będziecie robić? – nie ośmielił się wydać im rozkazu.

- Podzielimy się na rewiry i razem z elfikami przetrząśniemy piwnice i ciemne zaułki. Wy powinniście iść z nami. Jedna osoba do jednego Strażnika. – odparła Róża – tylko pamiętajcie, żeby nie wchodzić samotnie do żadnej podejrzanej dziury. I miejcie pochodnie. Wiem, że to będzie dziwnie wyglądało, ale wampiry są łatwopalne.

- Tylko, co na to ludzie powiedzą? – martwił się komendant.

- Róbcie wszystko, żeby nic nie widzieli – odparła Róża.

- Nas jest tylko ośmioro, nie możemy wszyscy opuścić posterunku – przypomniał Karol.

- Wasza trójka wystarczy – orzekła Róża – mamy jeszcze dwudziestu trzech ludzkich braci  i sióstr, wystarczy.

Karol poszedł z Różą, jej siostrami i Lilii. Z ciekawością patrzył, jak one działają. Od samego początku uważał, że ten sposób nie ma sensu, bo miasto jest ogromne, a ich mało. Ale potem musiał zmienić zdanie. Oni nie działali bezmyślnie. Byli, jak myśliwi na polowaniu. Szli chodnikami i nasłuchiwali, patrzyli co robią elfiki, rozmawiali z nimi, ale też z innymi Krajanami, którzy chętnie udzielali odpowiedzi. Nikt nie chciał paść ofiarą wampirów.

Pierwszego złapali na Woli. Ukrywał się w starej fabryce. Wypatrzyły go elfiki i od razu im o tym doniosły.

- W dzień są słabe i śpią – powiedziała do niego Kalina.

- A skąd wiadomo, że to wampir, a nie na przykład bezdomny? – dopytywał Karol.

- Zapach – oznajmiła Kalina – one go wyczuły.

- A pani?

- Ja jeszcze nie, ale Róża na pewno.

- A jaki to zapach?

- Jak z krypty. Bezdomni śmierdzą brudem, potem i niekiedy fekaliami. Ci cmentarzem.

Wampir okazał się przemienionym człowiekiem i nawet się nie obudził, kiedy go podpalały. Karol nie mógł na to patrzeć, mimo, że widział nagiego wampira i wiedział, że on jest pod ubraniem, jak manekin. Jednak, gdzieś w głowie świtała mu myśl :„A jeśli one się mylą?”

Pomyłki jednak nie było. Człowiek nie byłby obojętny na płomienie.

- Taki sam świeżak, jak i tamci – orzekła Róża – ruszamy dalej.

Od innych Strażników dowiedzieli się, że znaleziono jeszcze trzech, a do wieczora jeszcze siedmiu przemienionych ludzi. Poszukiwania zakończono przed zmrokiem.

Wszyscy spotkali się na komisariacie. Pięćsetka elfików latała nad głowami ludzi i Strażników, ucieszona z prezentu, jakim okazały się paczki bakalii na głowę.

- Mam nadzieję, że znaleźliśmy wszystkie wampiry – odezwał się Marek Odolaniec.

- My też mamy taką nadzieję – odparł jeden ze Strażników – wszyscy byli jeszcze kilka tygodni temu ludźmi, przemienieni mniej więcej w tym samym czasie. Mogły to zrobić te wampiry, które zlikwidowaliśmy. I oby tak było.

- Na wszelki wypadek, oprócz broni noście pochodnie – poradziła Róża – jeśli przyjdzie się wam z nimi zmierzyć, po prostu spróbujcie je podpalić.

- Uda się? – pytał Karol.

- Z takimi młodymi wampirami z pewnością – powiedział Strażnik – stary wampir nie da wam się tak łatwo podejść. Ale zawsze to jakaś obrona.

- Dziękujemy za radę i pomoc – powiedział Marek Odolaniec.

- Nie ma za co – odparł Strażnik – ale proszę pozostać w kontakcie tylko z Różą. Nie wymażemy wam pamięci, ale to ona jest odpowiedzialna za kontakty z wami.  

- Rozumiem i zapewniam, że nie będziemy was niepokoić.

- Do zobaczenia – na komisariacie została Róża i jej siostry.

- Mam wrażenie, że odwaliliście za nas robotę – powiedział Karol z goryczą.

- Nieprawda – powiedziała Malwina – wszyscy szukaliśmy.

- To prawda. Panie kapitanie, proszę nie popadać w zły humor- powiedziała pogodnie Róża – robicie bardzo dużo dla Krajan, pomagacie im i strzeżecie prawa, ale wampiry, to nawet dla nas trudna sprawa. Miejmy nadzieję, że te pijawki zjawiły się tu przypadkowo.

- Oby – zakończyła rozmowę Kalina.

 

Kolejny odcinek 09 lutego

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"