Strażnicy - odc.10

Marek Odolaniec - samiec
alfa.
Komendant wyszedł z osiedlowego sklepu i skierował się do swojego
mieszkania. Postanowił zrobić sobie dzisiaj wieczór filmowy, więc kupił piwo i popcorn. W połowie drogi podeszła do
niego drobna kobieta.
- Dzień dobry – powiedziała melodyjnym głosem.
Mężczyzna od razu rozpoznał w niej kotołaczkę.
- Dzień dobry – odparł i chciał ją wyminąć. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął to stracić dwie dychy, które trzymał w kieszeni.
- Kopuła znikła przed chwilą, więc od razu się do pana wybrałam – oznajmiła.
To zatrzymało mężczyznę w miejscu.
- Mogę wiedzieć, po co?
- Jest pan naszym samcem alfa, więc uznałam, że trzeba zdać panu relację, co się u nas dzieje.
Mężczyzna spojrzał na Kirę.
- Nie może sobie pani znaleźć innego przywódcy? Na przykład wśród innych kotołaków?
- Pan jest zwycięzcą.
- Przecież w walce brali udział pani pobratymcy, a ja jestem człowiekiem.
- Oni mają swoje stada, nie mogę do nich dołączyć.
- A czy w ogóle musi mieć pani przywódcę?
- Nie muszę, ale uznałam, że chcę. Została mi trójka dzieci, to jest… - zająknęła się – chcę żeby ktoś je chronił.
- A jak to sobie pani wyobraża? – zaśmiał się bez cienia wesołości komendant – że zamieszkam z wami na drzewie, porzucę pracę i stanę się drobnym złodziejaszkiem?
Kira spojrzała na niego uważnie.
- Nooo nieeee – miauknęła.
- To jak ja mam was chronić?
- Zamieszkamy bliżej pana – wskazała palcem okazałą lipę – to drzewo się nada.
Marek Odolaniec złapał się za głowę.
- Szanowna pani, proszę sobie poszukać innego alfy, ja nie mam zamiaru się wami zajmować. Oczywiście, gdyby działa się wam krzywda, pomogę, ale nie dlatego, że mam dobre serce, ale dlatego, że jestem policjantem. Ja was nawet nie lubię. Wkurzacie mnie – wyrzucił z siebie, a potem tego pożałował. Kira schowała głowę w ramiona i wydawało mu się, że pociągnęła nosem.
Użył wszystkich swoich sił, żeby się nad nią nie litować.
- Proszę wracać do swoich dzieci i nie zawracać mi głowy – burknął i odszedł.
Nie był z siebie zadowolony, ale nie mógł pozwolić na to, żeby każdy obywatel, nawet tak pokręcony, jak kotołak, wszedł mu butami w życie.
W mieszkaniu podszedł do okna i wyjrzał dyskretnie na podwórze.
Kira nadal stała w miejscu ze spuszczonymi ramionami.
- Nie – powiedział do siebie głośno i z premedytacją opuścił rolety.
Tymczasem gdzieś w mieście…
Trójka wpływowych ludzi ponownie spotkała się na Białołęce i omawiała sprawę tajemniczej kopuły w Parku Saskim. Siedzieli w tym samym pomieszczeniu, na tych samych krzesłach. Jedynie, co różniło to spotkanie od poprzedniego, to że zgromadzeni byli zrelaksowani i nie mieli powodu do sporu.
- Po tygodniu zniknęła tak szybko, jak się pojawiła – odezwał się mężczyzna z bliznami.
- Wiem – odparła kobieta – bardziej mnie interesuje, w jaki sposób się pojawiła i co lub kto ją uruchomił.
- Może te kotołaki – odezwał się drugi mężczyzna.
- Zapomnij – odparł mężczyzna z bliznami – to lekkoduchy i utracjusze. Nie byli by w stanie niczego wymyślić.
- To po co tam pojechałeś? Chciałeś ich pozabijać? – zapytał szczupły mężczyzna.
- Gdybyś słyszał ich wycie, sam być chciał ich pozabijać. Pojechałem tam, bo chciałem wypróbować nasze nowe psy tropiące. W końcu te kotołaki, to koty, nie?
- No tak – parsknęła z irytacją kobieta – chciałeś mieć przykrywkę do swoich brudnych działań.
- Co masz na myśli? – warknął facet z bliznami.
- To, że normalnie nie mógłbyś wypuścić swoich piesków, a że kotołaki dały ludziom w kość, mogło zaowocować legalną nagonką.
Facet z bliznami uśmiechnął się pod nosem.
- Na szczęście nie byłem stratny, ta kopuła okazała się o wiele ciekawsza.
- Coś ustaliliście? – zapytała kobieta mężczyzn.
- Na razie próbowaliśmy porozmawiać z kotołakami, ale one nie są chętne do współpracy – powiedział szczupły mężczyzna.
- Porwij jednego – powiedział ten z bliznami.
- Ani mi się ważcie. Żadnych porwań.
- Masz lepszy pomysł? – zapytał szczupły mężczyzna.
- Mam- odparła kobieta – to złodziejaszki i sprzedawczyki, przekupimy je.
- Zgoda – powiedział mężczyzna z bliznami – ale, jak to nie wyjdzie, zrobimy to po mojemu.
- Zgoda – odparła reszta.
Jednorożec
Był późny wieczór, kiedy Karol wyszedł z delikatesów, obładowany zakupami. Szybkim krokiem ruszył do mieszkania. W ostatnich dniach wszystko robił na ostatnią chwilę, późno albo bladym świtem. Praca na ich niezwykłym komisariacie trwała niemalże dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Ironicznie pomyślał sobie, że może wszyscy powinni mieć tam służbowe mieszkania, bo w swoich domach i tak za bardzo nie przebywają. Szedł wyludnioną uliczką i kątem oka zauważył ruch. Odwrócił się i w ostatniej chwili rzucił wszystko na ziemię i zanurkował na trawnik. Ponad nim przeskoczył czarny jednorożec.
Karol poderwał się na równe nogi i spojrzał za uciekającym zwierzęciem.
Ruszył w pogoń, ale jaką miał szansę z czterema kopytami. Po chwili zwierzę znikło w ciemnościach. Usłyszał tylko dalekie rżenie, a potem już nic.
Wrócił po swoje zakupy i przykucnął zbierając to, co mu się wysypało.
- Czy nie powinien być biały? – zadał sobie pytanie, a potem kolejne.
- Nawet jeśli jest czarny, to czemu jego sierść była matowa i brudna?
Stwierdził, że to niepokojące i od razu zadzwonił do Róży.
- Niech pan przyzna, żyć pan beze mnie nie może – zaśmiała się mu perliście w słuchawkę.
- Zapewniam panią, że mogę – odparł zaskoczony tym powitaniem. Przez chwilę analizował, to co usłyszał i powiedział – piła pani alkohol.
- Oczywiście, na imprezach rodzinnych pije się alkohol – przyznała mu rację i znowu zachichotała.
- To strażnicy mogą być wstawieni?
- Oczywiście, a nawet pijani, jak bela, ale ja jeszcze tego stanu nie osiągnęłam.
- Czyli odpowie pani na moje pytania?
- Oczywiście. Na wszyściusieńkie – zgodziła się – ale nie wiem, czy szczerze.
- I tak spróbuję.
- Wal pan.
- Widziałem jednorożca – powiedział, a po drugiej stronie zaległa cisza. Po czym Róża powiedziała całkiem już trzeźwym i poważnym głosem.
- Niemożliwe.
- Możliwe. Prawie mnie staranował.
- Ich nie powinno tu być. To są zwierzęta.
- Nie rozumiem?
- Zwierzęta, nie baśniowe stwory, tylko zwierzęta. Ich stada zamieszkują głębokie i dalekie lasy Baśniowej Krainy.
- A te wszystkie historie o tym, że tylko dziewica może je dosiąść i że są bardzo mądre, to bajki?
- Są mądre, a co do dziewic nic mi nie wiadomo. Wiadomo jednak, że nie znoszą zła i taką istotę od razu atakują.
- Czyli jestem zły?
- Nie chciał pana zabić. Gdyby tak było, to już by pan nie żył. Pobiegł pan za nim?
- Kawałek, ale go zgubiłem.
- A teraz siedzi pan w domu?
- Tak.
- Proszę wyjrzeć za okno i zobaczyć, czy czasem nie stoi u pana pod blokiem.
Karol spełnił prośbę Róży i po chwili powiedział.
- Nie ma go. Ale w ciemności trudno cokolwiek zobaczyć.
- Jednorożce są tak białe, że aż świecą. Nie mógł go pan pominąć.
- Był czarny.
- Co?! – wykrzyknęła Róża tak głośno, że aż mu zadzwoniło w uszach.
- Był czarny – powtórzył.
Usłyszał, jak kobieta szpetnie zaklęła, po czym powiedziała.
- Proszę nigdzie nie wychodzić, zaraz u pana będę – i rozłączyła się.
Chciał jej powiedzieć, że przecież nie wie, gdzie on mieszka, ale pewnie wiedziała. Wszystkie nadprzyrodzone istoty wiedziały, gdzie on mieszka.
Nawet się nie zdziwił, jak po pięciu minutach zaparkowała u niego pod blokiem.
Od razu spojrzała w jego okno i machnęła ręką, żeby do niej przyszedł.
Wyszedł i zobaczył, że ona stoi, jak słup soli i nasłuchuje.
Nie wiedział, czy to przesłyszenie czy coś innego, ale miał wrażenie, że płyty chodnikowe się ruszają, blok trzeszczy, a trawa głośno szeleści. A sama Róża iskrzyła białawą poświatą. Podszedł do niej i ze zgrozą stwierdził, że patrzy na kamienne oblicze. Odruchowo puknął ją w czoło, ale zamiast zimnego granitu dotknął ciepłej skóry.
- Ej – syknęła – zwariował pan?
Pomasowała bolące miejsce.
- Wydawała się pani z kamienia.
- To tylko wrażenie. Usiłowałam się wczuć w okolicę. To mi pomoże znaleźć czarnego jednorożca.
- Czemu się pani denerwuje? Czyżby groziło mu jakieś niebezpieczeństwo?
- Jemu? – pokręciła głową – raczej ludziom. Mam nadzieję, że pana nie dotknął.
- Nie. Rzuciłem się na ziemię i on nade mną przeskoczył.
- To dobrze.
Róża wpatrzyła się w ciemność.
- Niedobrze – mruknęła do siebie, po czym spojrzała na Karola – nie ma go tu. Gdzieś zniknął. Zapadł się pod ziemię, ale gdzie?
- Byłbym wdzięczny, gdyby mówiła pani jaśniej – kapitan przypomniał o swojej obecności.
- Nie jest dobrze. Skoro jednorożec został skażony złem z Mrocznych Podziemi, to znaczy, że powstają duże wyrwy w Baśniowej Krainie, ale i tutaj. Czyli te wampiry nie były przypadkowe. Tylko, gdzie jest ta dziura?
- Jaka dziura?
- Wyrwa między światami. Zło rośnie w siłę i zaczyna się przedzierać.
- Brzmi pani, jak z książki Władca Pierścieni.
Spojrzała na niego poważnie.
- To nie zabawa. Mroczni mieszkańcy są źli i tylko źli. Jeśli skazili jednorożca, najwrażliwszą na świecie zwierze na dobro i piękno, to znaczy, że urośli w siłę i trzeba natychmiast temu zaradzić.
- I co pani z tym zrobi?
- Zadzwonię do babci i jej wszystko opowiem.
- A ja? Co mam robić?
- W związku z czym?
- No z czarnym jednorożcem?
- Jeśli się pojawi, proszę go zastrzelić – powiedziała Róża.
Popatrzyła na niego i widząc jego zbolałą minę złagodniała. Uśmiechnęła się do niego i powiedziała już spokojnym i ciepłym tonem.
- To ładnie, że go pan żałuje. Ale proszę mi wierzyć, on będzie panu za to bardzo wdzięczny. Skróci mu pan cierpienia, a poza tym uratuje pan wielu ludzi przez przemianą w mroczne istoty.
- Dobrze. Zaufam pani i tak zrobię – powiedział Karol i kilka razy odetchnął. Po czym zapytał się.
- Wstąpi pani na herbatę?
Róża pokręciła głową.
- Następnym razem. Teraz muszę porozmawiać z babcią.
- Trzymam panią za słowo.
Wsiadła do samochodu, ale zanim zamknęła drzwi powiedziała:
- Proszę na siebie uważać.
- Dobrze.
I już jej nie było.
Za to przed nim stał czarny jednorożec. W jego czerwonych oczach widział obłęd. Ucieszył się, że nie zdążył się jeszcze przebrać i że wciąż miał pod ramieniem broń. Powoli wyciągnął pistolet.
Ręka mu drżała, ale wycelował w głowę zwierzęcia. Ten pochylił ją, tak jakby ustawiał się pod strzał. Karol wystrzelił. Głośny huk poszedł po osiedlu, ale kapitan na to nie zwrócił uwagi. Ponieważ w momencie, kiedy kula ugodziła łeb jednorożca, ten rozpłynął się w powietrzu, a w głowie Karola pojawiło się słowo. „Dziękuję.”
- Wolałeś zginąć niż być zły, przyjacielu – mruknął Karol i wrócił do domu.
Marek Odolaniec kapituluje
Nawet nie zdziwił się widząc Kirę i jej dzieci na drzewie, które rosło niedaleko jego bloku. Podszedł do nich i powiedział.
- Czy wy kogokolwiek się słuchacie?
Kira zaśmiała się i figlarnie przewróciła oczami.
- Mówiłem ci, żebyś dała mi spokój?
Kobietka zeskoczyła zwinie z drzewa i stanęła przed komendantem.
- Nie mogę pana słuchać, kiedy pan gada głupoty. Jest pan samcem alfa, a więc muszę być blisko pana.
- A, co jeśli samiec alfa nie chce być blisko pani i pani dzieci? – zapytał się jej.
- Nie słucham pana – uśmiechnęła się promiennie i przewróciła oczami.
Spodziewał się takiej odpowiedzi. Spojrzał na drzewo i podrapał się w głowę.
- Naprawdę chcę pani mieszkać na tej starej lipie? W Parku Saskim są bardziej atrakcyjne drzewa?
- Lipa nie jest zła – odparła Kira – jest wysoka, a to jest najważniejsze. Żaden drapieżnik nie wejdzie nam do gniazda.
- Widzę, że już zaczęliście budowę – wysoko ponad ich głowami, młode kotołaki przybijały deski do grubych konarów.
- Niewiele nam trzeba do szczęścia – wzruszyła ramionami Kira.
- Czemu nie zamieszkacie w domu? – zapytał, a ona zrobiła minę, jakby wypowiedział brzydkie słowo.
- To jest nasz nowy dom. W Baśniowej Krainie, tak właśnie mieszkaliśmy.
- Ale pewnie tam było cały rok ciepło.
- Owszem.
- A tu zimą może być nawet minus 15 stopni. Jak sobie poradzicie?
Kira wzruszyła ramionami.
- Przyjdzie czas, to będziemy się martwić. To jak, możemy zamieszkać blisko pana? – zmieniała błyskawicznie temat.
Marek pokiwał głową na znak, że się zgadza, ale też pogroził jej palcem.
- Ale jeśli w okolicy cokolwiek zostanie ukradzione, osobiście odeślę was do domu.
Kira myślała przez chwilę, po czym dodała.
- Dobrze. Dopilnujemy, żeby żaden złodziej się tu nie wkradł.
- Ja mówiłem o tobie i twoich pobratymcach – fuknął Marek Odolaniec.
Ale Kira w odpowiedzi tylko się uśmiechnęła i wskoczyła na drzewo.
Mimo ludzkich kształtów, poruszała się zwinnie, jak kot.
- Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że pod spodniami ma ukryty ogon.
Mruknął do siebie mężczyzna.
Audiencja u króla Ryszarda Wielkiego Głupca
Po telefonie Róży, Delfina niezwłocznie udała się do króla Ryszarda. Ten przyjął ją bez żadnych problemów, ale w jednym z wielu gabinetów, a nie jak zwykle w sali audiencyjnej.
Strażniczka opowiedziała wszystko, co jej przekazała Róża.
Teraz siedziała w przepastnym fotelu i czekała na to, co król odpowie.
- Zaraz poślę kogoś na Zielone Łąki i niech zbada sprawę jednorożców – odezwał się w końcu.
- Twoja wola królu – odparła Delfina – ja w twoje królestwo się nie wtrącam.
- Nie? – zaśmiał się Ryszard – to czemu tu jesteś?
- Jestem tylko informatorem, królu.
- Co macie zamiar zrobić z wyrwami w ludzkim świecie?
Delfina odparła.
- Najpierw musimy je znaleźć, a jak już się to uda, zamkniemy je.
- A czy nie moglibyście…. – zaczął Ryszard, ale Strażniczka mu przerwała.
- Nie królu, nie moglibyśmy. To, że przekazuję wam wieści wynika tylko i wyłącznie z naszej wieloletniej znajomości i z tego, że nie życzę wam źle. Ale sam chciałeś zerwania umowy, więc teraz musicie sami sobie poradzić z tą sytuacją.
- Szkoda – westchnął – ale masz rację, musimy sobie radzić sami. Dziękuję za przekazanie mi tych wieści. Możesz odejść.
W ciemności
Około północy w starej gazowni na Woli, coś się poruszyło. Mały cień przebiegł przez pustą halę i wyskoczył przez dziurę w oknie na zewnątrz. Istota stanęła w wysokiej trawie i głośno wciągnęła powietrze nosem. Potem uśmiechnęła się paskudnie i zachichotała.
- Oj będę miał tu co robić. Oj będę się bawił, oj, jak miło, jak miło.
I pogwizdując ruszył w stronę pogrążonego snem miasta.
Karol się kształci
Miał wolny weekend. Pierwszy od wielu tygodni. Postanowił spędzić go na leniuchowaniu przed telewizorem i czytaniu gazet. Nie planował żadnych spotkań rodzinnych ani przyjacielskich. Miał mały wyrzut sumienia, że może powinien spotkać się z rodzicami, ale był tak zmęczony, że najpierw postanowił leniuchować. Dlatego, kiedy wieczorem usłyszał dzwonek do drzwi, to był bardzo niezadowolony. Przez chwilę udawał, że go nie ma, ale osoba naciskająca dzwonek nie dawała za wygraną. Podszedł do wizjera i zobaczył stojącą na klatce schodowej Różę. W rękach dzierżyła ogromną księgę.
Otworzył drzwi i od razu powiedział.
- Nawet nie pytam, skąd pani znała mój numer mieszkania.
W odpowiedzi kobieta uśmiechnęła się promiennie, a Karolowi po raz kolejny zmiękły kolana.
- Czy propozycja wspólnej herbaty nadal jest aktualna? – zapytała.
Wpuścił ją do mieszkania ze słowami.
- Nie sprzątałem.
- Nie zwracam uwagi na takie pierdoły – powiedziała wesoło.
Zaprowadził ją do małego stolika, na którym od razu położyła wielką księgę. Miała przynajmniej czterdzieści centymetrów szerokości i pięćdziesiąt długości. Wyglądała na bardzo starą. Oprawiana w skórę, wzmocniona żelaznymi okuciami. Pożółkłe stronice grubego papieru wystawały lekko za okładkę. Przez myśl Karola przeleciało – Jak ona to udźwignęła?
- Zamówiłam nam dużą pizzę – powiedziała - powinna być za minutę.
- Od smoka bagiennego.
- Oczywiście.
Róża usiadła na otomanie i kiedy Karol robił im w kuchni coś do picia, rozejrzała się po pomieszczeniu. Mieszkanie Karola było, takie jak on sam. Proste, męskie i bez zbędnych rzeczy. Podobało jej się tu, mimo, że sama wolała otaczać się pluszami, poduchami i orientalnymi kobiercami. Uznała mieszkanie kapitana za dobre miejsce z dobrym człowiekiem w środku, od którego będzie musiała wymagać dużo więcej niż powinna. Ale skoro był policjantem od spraw nadprzyrodzonych, to musiał wiedzieć, jak najwięcej o czyhających na nich niebezpieczeństwach. Zwłaszcza, że był powiernikiem Prawa. Mogła zrobić to szkolenie wszystkim policjantom, ale jakoś czuła, że on powinien wiedzieć najwięcej, a co reszcie przekaże, to już będzie zależało od niego. Wiedziała również, że Karol stał się BOHATEREM. Wszyscy Krajanie to wiedzieli i jak się okazuje mieszkańcy Mrocznego Podziemia również. Będą się teraz do niego przylepiać różne historie, dlatego postanowiła mu pomóc przetrwać. W końcu każdy BOHATER ma swoją wybrankę serca, dzięki której udaje mu się dokonywać czynów niemożliwych.
Róża zaśmiała się w myślach z wybranki serca. Raczej powinna o sobie powiedzieć, głos rozsądku i przewodnik po nieznanych wodach. Jak zwał tak zwał, nie chciała żeby zginął. Nie chciała, żeby stał się czarnym bohaterem.
Przyjechał dostawca z pizzą. Karol dał napiwek znajomemu smokowi i zaniósł jedzenie do salonu.
Róża powiedziała wesoło.
- Jestem głodna, jak wilk, a pan?
- Średnio, ale zjem kawałek czy dwa.
W trakcie jedzenia rozmawiali na temat książki i jej zawartości. Róża powiedziała mu, że w niej znajdują się dane o wszystkich znanych potworach z Mrocznych Podziemi oraz sposoby ich likwidacji.
- Niestety nie mogę jej panu pożyczyć na długo, bo sama wyciągnęłam ją z naszej strażniczej biblioteki. Mam ją na miesiąc. Daję ją panu na dwa tygodnie, potem moja kolej. Proszę jej nie fotografować, ma 700 lat i nie lubi zbędnego oświetlania. Dlatego proszę do niej zaglądać tylko wieczorem i to przy lampce.
- Tak, jak teraz jest dobrze? – zapytał.
- Doskonale – odparła – po dwóch tygodniach będę prosiła o zwrot. Jeśli nie zdąży pan wszystkiego przyswoić, to nic nie szkodzi, ponieważ pozostałe dwa tygodnie poświęcimy z siostrami na przepisywanie tego dzieła, a wtedy zrobię ksero i panu podrzucę własny egzemplarz – zaśmiała się- oczywiście w mniejszym formacie.
- Czemu pani najpierw jej nie przepisała?
- Czas. Musi pan się szybko uczyć. Bo skoro gdzieś jest wyrwa, to znak, że za chwilę będziemy mieć kolejne potwory z Mrocznego Podziemia.
- A Strażnicy szukają tej wyrwy?
- Oczywiście, ale to nie jest takie proste. Ona lub one, bo może ich być więcej, są czasowe. Mogą działać dwa dni lub miesiąc, ale potem oni ją zamykają.
- Oni?
- No władcy Mrocznego Podziemia.
- A kim oni są?
Róża dłuższy czas patrzyła na niego i zastanawiała się czy mu powiedzieć. W końcu odezwała się.
- Na razie nic panu nie powiem. Miejmy nadzieję, że nigdy ich pan nie spotka.
- Są w tej księdze?
- Nie. Nie ma ich. Oni są w innej księdze, ale to jest owiane tak wielką tajemnicą, że tylko cześć z nas ma do niej dostęp. Ja jestem jeszcze za młoda.
- Ale wie pani kim oni są?
- Ogólnie. W tej najpowszechniejszej wersji, tak.
- Mają wiele wcieleń?
- Panie Karolu. Nic więcej nie powiem. A pan niech nie dopytuje. Nigdy nie pozwoliliśmy, żeby wyleźli ze swojej nory do świata i chcę, żeby tak pozostało. O wiele ważniejsze dla pana będzie teraz poznanie najczęstszych bywalców waszego świata.
- Czyli kogo? Wampirów?
- I nie tylko. Zombie, jeźdźcy bez głowy, białe damy, upiory czy koszmary.
- Robi się dosyć duszno – zażartował Karol.
- Nie za bardzo duszno – odparła Róża – oni są cieleśni.
- Dzień dobry – powiedziała melodyjnym głosem.
Mężczyzna od razu rozpoznał w niej kotołaczkę.
- Dzień dobry – odparł i chciał ją wyminąć. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął to stracić dwie dychy, które trzymał w kieszeni.
- Kopuła znikła przed chwilą, więc od razu się do pana wybrałam – oznajmiła.
To zatrzymało mężczyznę w miejscu.
- Mogę wiedzieć, po co?
- Jest pan naszym samcem alfa, więc uznałam, że trzeba zdać panu relację, co się u nas dzieje.
Mężczyzna spojrzał na Kirę.
- Nie może sobie pani znaleźć innego przywódcy? Na przykład wśród innych kotołaków?
- Pan jest zwycięzcą.
- Przecież w walce brali udział pani pobratymcy, a ja jestem człowiekiem.
- Oni mają swoje stada, nie mogę do nich dołączyć.
- A czy w ogóle musi mieć pani przywódcę?
- Nie muszę, ale uznałam, że chcę. Została mi trójka dzieci, to jest… - zająknęła się – chcę żeby ktoś je chronił.
- A jak to sobie pani wyobraża? – zaśmiał się bez cienia wesołości komendant – że zamieszkam z wami na drzewie, porzucę pracę i stanę się drobnym złodziejaszkiem?
Kira spojrzała na niego uważnie.
- Nooo nieeee – miauknęła.
- To jak ja mam was chronić?
- Zamieszkamy bliżej pana – wskazała palcem okazałą lipę – to drzewo się nada.
Marek Odolaniec złapał się za głowę.
- Szanowna pani, proszę sobie poszukać innego alfy, ja nie mam zamiaru się wami zajmować. Oczywiście, gdyby działa się wam krzywda, pomogę, ale nie dlatego, że mam dobre serce, ale dlatego, że jestem policjantem. Ja was nawet nie lubię. Wkurzacie mnie – wyrzucił z siebie, a potem tego pożałował. Kira schowała głowę w ramiona i wydawało mu się, że pociągnęła nosem.
Użył wszystkich swoich sił, żeby się nad nią nie litować.
- Proszę wracać do swoich dzieci i nie zawracać mi głowy – burknął i odszedł.
Nie był z siebie zadowolony, ale nie mógł pozwolić na to, żeby każdy obywatel, nawet tak pokręcony, jak kotołak, wszedł mu butami w życie.
W mieszkaniu podszedł do okna i wyjrzał dyskretnie na podwórze.
Kira nadal stała w miejscu ze spuszczonymi ramionami.
- Nie – powiedział do siebie głośno i z premedytacją opuścił rolety.
Tymczasem gdzieś w mieście…
Trójka wpływowych ludzi ponownie spotkała się na Białołęce i omawiała sprawę tajemniczej kopuły w Parku Saskim. Siedzieli w tym samym pomieszczeniu, na tych samych krzesłach. Jedynie, co różniło to spotkanie od poprzedniego, to że zgromadzeni byli zrelaksowani i nie mieli powodu do sporu.
- Po tygodniu zniknęła tak szybko, jak się pojawiła – odezwał się mężczyzna z bliznami.
- Wiem – odparła kobieta – bardziej mnie interesuje, w jaki sposób się pojawiła i co lub kto ją uruchomił.
- Może te kotołaki – odezwał się drugi mężczyzna.
- Zapomnij – odparł mężczyzna z bliznami – to lekkoduchy i utracjusze. Nie byli by w stanie niczego wymyślić.
- To po co tam pojechałeś? Chciałeś ich pozabijać? – zapytał szczupły mężczyzna.
- Gdybyś słyszał ich wycie, sam być chciał ich pozabijać. Pojechałem tam, bo chciałem wypróbować nasze nowe psy tropiące. W końcu te kotołaki, to koty, nie?
- No tak – parsknęła z irytacją kobieta – chciałeś mieć przykrywkę do swoich brudnych działań.
- Co masz na myśli? – warknął facet z bliznami.
- To, że normalnie nie mógłbyś wypuścić swoich piesków, a że kotołaki dały ludziom w kość, mogło zaowocować legalną nagonką.
Facet z bliznami uśmiechnął się pod nosem.
- Na szczęście nie byłem stratny, ta kopuła okazała się o wiele ciekawsza.
- Coś ustaliliście? – zapytała kobieta mężczyzn.
- Na razie próbowaliśmy porozmawiać z kotołakami, ale one nie są chętne do współpracy – powiedział szczupły mężczyzna.
- Porwij jednego – powiedział ten z bliznami.
- Ani mi się ważcie. Żadnych porwań.
- Masz lepszy pomysł? – zapytał szczupły mężczyzna.
- Mam- odparła kobieta – to złodziejaszki i sprzedawczyki, przekupimy je.
- Zgoda – powiedział mężczyzna z bliznami – ale, jak to nie wyjdzie, zrobimy to po mojemu.
- Zgoda – odparła reszta.
Jednorożec
Był późny wieczór, kiedy Karol wyszedł z delikatesów, obładowany zakupami. Szybkim krokiem ruszył do mieszkania. W ostatnich dniach wszystko robił na ostatnią chwilę, późno albo bladym świtem. Praca na ich niezwykłym komisariacie trwała niemalże dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Ironicznie pomyślał sobie, że może wszyscy powinni mieć tam służbowe mieszkania, bo w swoich domach i tak za bardzo nie przebywają. Szedł wyludnioną uliczką i kątem oka zauważył ruch. Odwrócił się i w ostatniej chwili rzucił wszystko na ziemię i zanurkował na trawnik. Ponad nim przeskoczył czarny jednorożec.
Karol poderwał się na równe nogi i spojrzał za uciekającym zwierzęciem.
Ruszył w pogoń, ale jaką miał szansę z czterema kopytami. Po chwili zwierzę znikło w ciemnościach. Usłyszał tylko dalekie rżenie, a potem już nic.
Wrócił po swoje zakupy i przykucnął zbierając to, co mu się wysypało.
- Czy nie powinien być biały? – zadał sobie pytanie, a potem kolejne.
- Nawet jeśli jest czarny, to czemu jego sierść była matowa i brudna?
Stwierdził, że to niepokojące i od razu zadzwonił do Róży.
- Niech pan przyzna, żyć pan beze mnie nie może – zaśmiała się mu perliście w słuchawkę.
- Zapewniam panią, że mogę – odparł zaskoczony tym powitaniem. Przez chwilę analizował, to co usłyszał i powiedział – piła pani alkohol.
- Oczywiście, na imprezach rodzinnych pije się alkohol – przyznała mu rację i znowu zachichotała.
- To strażnicy mogą być wstawieni?
- Oczywiście, a nawet pijani, jak bela, ale ja jeszcze tego stanu nie osiągnęłam.
- Czyli odpowie pani na moje pytania?
- Oczywiście. Na wszyściusieńkie – zgodziła się – ale nie wiem, czy szczerze.
- I tak spróbuję.
- Wal pan.
- Widziałem jednorożca – powiedział, a po drugiej stronie zaległa cisza. Po czym Róża powiedziała całkiem już trzeźwym i poważnym głosem.
- Niemożliwe.
- Możliwe. Prawie mnie staranował.
- Ich nie powinno tu być. To są zwierzęta.
- Nie rozumiem?
- Zwierzęta, nie baśniowe stwory, tylko zwierzęta. Ich stada zamieszkują głębokie i dalekie lasy Baśniowej Krainy.
- A te wszystkie historie o tym, że tylko dziewica może je dosiąść i że są bardzo mądre, to bajki?
- Są mądre, a co do dziewic nic mi nie wiadomo. Wiadomo jednak, że nie znoszą zła i taką istotę od razu atakują.
- Czyli jestem zły?
- Nie chciał pana zabić. Gdyby tak było, to już by pan nie żył. Pobiegł pan za nim?
- Kawałek, ale go zgubiłem.
- A teraz siedzi pan w domu?
- Tak.
- Proszę wyjrzeć za okno i zobaczyć, czy czasem nie stoi u pana pod blokiem.
Karol spełnił prośbę Róży i po chwili powiedział.
- Nie ma go. Ale w ciemności trudno cokolwiek zobaczyć.
- Jednorożce są tak białe, że aż świecą. Nie mógł go pan pominąć.
- Był czarny.
- Co?! – wykrzyknęła Róża tak głośno, że aż mu zadzwoniło w uszach.
- Był czarny – powtórzył.
Usłyszał, jak kobieta szpetnie zaklęła, po czym powiedziała.
- Proszę nigdzie nie wychodzić, zaraz u pana będę – i rozłączyła się.
Chciał jej powiedzieć, że przecież nie wie, gdzie on mieszka, ale pewnie wiedziała. Wszystkie nadprzyrodzone istoty wiedziały, gdzie on mieszka.
Nawet się nie zdziwił, jak po pięciu minutach zaparkowała u niego pod blokiem.
Od razu spojrzała w jego okno i machnęła ręką, żeby do niej przyszedł.
Wyszedł i zobaczył, że ona stoi, jak słup soli i nasłuchuje.
Nie wiedział, czy to przesłyszenie czy coś innego, ale miał wrażenie, że płyty chodnikowe się ruszają, blok trzeszczy, a trawa głośno szeleści. A sama Róża iskrzyła białawą poświatą. Podszedł do niej i ze zgrozą stwierdził, że patrzy na kamienne oblicze. Odruchowo puknął ją w czoło, ale zamiast zimnego granitu dotknął ciepłej skóry.
- Ej – syknęła – zwariował pan?
Pomasowała bolące miejsce.
- Wydawała się pani z kamienia.
- To tylko wrażenie. Usiłowałam się wczuć w okolicę. To mi pomoże znaleźć czarnego jednorożca.
- Czemu się pani denerwuje? Czyżby groziło mu jakieś niebezpieczeństwo?
- Jemu? – pokręciła głową – raczej ludziom. Mam nadzieję, że pana nie dotknął.
- Nie. Rzuciłem się na ziemię i on nade mną przeskoczył.
- To dobrze.
Róża wpatrzyła się w ciemność.
- Niedobrze – mruknęła do siebie, po czym spojrzała na Karola – nie ma go tu. Gdzieś zniknął. Zapadł się pod ziemię, ale gdzie?
- Byłbym wdzięczny, gdyby mówiła pani jaśniej – kapitan przypomniał o swojej obecności.
- Nie jest dobrze. Skoro jednorożec został skażony złem z Mrocznych Podziemi, to znaczy, że powstają duże wyrwy w Baśniowej Krainie, ale i tutaj. Czyli te wampiry nie były przypadkowe. Tylko, gdzie jest ta dziura?
- Jaka dziura?
- Wyrwa między światami. Zło rośnie w siłę i zaczyna się przedzierać.
- Brzmi pani, jak z książki Władca Pierścieni.
Spojrzała na niego poważnie.
- To nie zabawa. Mroczni mieszkańcy są źli i tylko źli. Jeśli skazili jednorożca, najwrażliwszą na świecie zwierze na dobro i piękno, to znaczy, że urośli w siłę i trzeba natychmiast temu zaradzić.
- I co pani z tym zrobi?
- Zadzwonię do babci i jej wszystko opowiem.
- A ja? Co mam robić?
- W związku z czym?
- No z czarnym jednorożcem?
- Jeśli się pojawi, proszę go zastrzelić – powiedziała Róża.
Popatrzyła na niego i widząc jego zbolałą minę złagodniała. Uśmiechnęła się do niego i powiedziała już spokojnym i ciepłym tonem.
- To ładnie, że go pan żałuje. Ale proszę mi wierzyć, on będzie panu za to bardzo wdzięczny. Skróci mu pan cierpienia, a poza tym uratuje pan wielu ludzi przez przemianą w mroczne istoty.
- Dobrze. Zaufam pani i tak zrobię – powiedział Karol i kilka razy odetchnął. Po czym zapytał się.
- Wstąpi pani na herbatę?
Róża pokręciła głową.
- Następnym razem. Teraz muszę porozmawiać z babcią.
- Trzymam panią za słowo.
Wsiadła do samochodu, ale zanim zamknęła drzwi powiedziała:
- Proszę na siebie uważać.
- Dobrze.
I już jej nie było.
Za to przed nim stał czarny jednorożec. W jego czerwonych oczach widział obłęd. Ucieszył się, że nie zdążył się jeszcze przebrać i że wciąż miał pod ramieniem broń. Powoli wyciągnął pistolet.
Ręka mu drżała, ale wycelował w głowę zwierzęcia. Ten pochylił ją, tak jakby ustawiał się pod strzał. Karol wystrzelił. Głośny huk poszedł po osiedlu, ale kapitan na to nie zwrócił uwagi. Ponieważ w momencie, kiedy kula ugodziła łeb jednorożca, ten rozpłynął się w powietrzu, a w głowie Karola pojawiło się słowo. „Dziękuję.”
- Wolałeś zginąć niż być zły, przyjacielu – mruknął Karol i wrócił do domu.
Marek Odolaniec kapituluje
Nawet nie zdziwił się widząc Kirę i jej dzieci na drzewie, które rosło niedaleko jego bloku. Podszedł do nich i powiedział.
- Czy wy kogokolwiek się słuchacie?
Kira zaśmiała się i figlarnie przewróciła oczami.
- Mówiłem ci, żebyś dała mi spokój?
Kobietka zeskoczyła zwinie z drzewa i stanęła przed komendantem.
- Nie mogę pana słuchać, kiedy pan gada głupoty. Jest pan samcem alfa, a więc muszę być blisko pana.
- A, co jeśli samiec alfa nie chce być blisko pani i pani dzieci? – zapytał się jej.
- Nie słucham pana – uśmiechnęła się promiennie i przewróciła oczami.
Spodziewał się takiej odpowiedzi. Spojrzał na drzewo i podrapał się w głowę.
- Naprawdę chcę pani mieszkać na tej starej lipie? W Parku Saskim są bardziej atrakcyjne drzewa?
- Lipa nie jest zła – odparła Kira – jest wysoka, a to jest najważniejsze. Żaden drapieżnik nie wejdzie nam do gniazda.
- Widzę, że już zaczęliście budowę – wysoko ponad ich głowami, młode kotołaki przybijały deski do grubych konarów.
- Niewiele nam trzeba do szczęścia – wzruszyła ramionami Kira.
- Czemu nie zamieszkacie w domu? – zapytał, a ona zrobiła minę, jakby wypowiedział brzydkie słowo.
- To jest nasz nowy dom. W Baśniowej Krainie, tak właśnie mieszkaliśmy.
- Ale pewnie tam było cały rok ciepło.
- Owszem.
- A tu zimą może być nawet minus 15 stopni. Jak sobie poradzicie?
Kira wzruszyła ramionami.
- Przyjdzie czas, to będziemy się martwić. To jak, możemy zamieszkać blisko pana? – zmieniała błyskawicznie temat.
Marek pokiwał głową na znak, że się zgadza, ale też pogroził jej palcem.
- Ale jeśli w okolicy cokolwiek zostanie ukradzione, osobiście odeślę was do domu.
Kira myślała przez chwilę, po czym dodała.
- Dobrze. Dopilnujemy, żeby żaden złodziej się tu nie wkradł.
- Ja mówiłem o tobie i twoich pobratymcach – fuknął Marek Odolaniec.
Ale Kira w odpowiedzi tylko się uśmiechnęła i wskoczyła na drzewo.
Mimo ludzkich kształtów, poruszała się zwinnie, jak kot.
- Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że pod spodniami ma ukryty ogon.
Mruknął do siebie mężczyzna.
Audiencja u króla Ryszarda Wielkiego Głupca
Po telefonie Róży, Delfina niezwłocznie udała się do króla Ryszarda. Ten przyjął ją bez żadnych problemów, ale w jednym z wielu gabinetów, a nie jak zwykle w sali audiencyjnej.
Strażniczka opowiedziała wszystko, co jej przekazała Róża.
Teraz siedziała w przepastnym fotelu i czekała na to, co król odpowie.
- Zaraz poślę kogoś na Zielone Łąki i niech zbada sprawę jednorożców – odezwał się w końcu.
- Twoja wola królu – odparła Delfina – ja w twoje królestwo się nie wtrącam.
- Nie? – zaśmiał się Ryszard – to czemu tu jesteś?
- Jestem tylko informatorem, królu.
- Co macie zamiar zrobić z wyrwami w ludzkim świecie?
Delfina odparła.
- Najpierw musimy je znaleźć, a jak już się to uda, zamkniemy je.
- A czy nie moglibyście…. – zaczął Ryszard, ale Strażniczka mu przerwała.
- Nie królu, nie moglibyśmy. To, że przekazuję wam wieści wynika tylko i wyłącznie z naszej wieloletniej znajomości i z tego, że nie życzę wam źle. Ale sam chciałeś zerwania umowy, więc teraz musicie sami sobie poradzić z tą sytuacją.
- Szkoda – westchnął – ale masz rację, musimy sobie radzić sami. Dziękuję za przekazanie mi tych wieści. Możesz odejść.
W ciemności
Około północy w starej gazowni na Woli, coś się poruszyło. Mały cień przebiegł przez pustą halę i wyskoczył przez dziurę w oknie na zewnątrz. Istota stanęła w wysokiej trawie i głośno wciągnęła powietrze nosem. Potem uśmiechnęła się paskudnie i zachichotała.
- Oj będę miał tu co robić. Oj będę się bawił, oj, jak miło, jak miło.
I pogwizdując ruszył w stronę pogrążonego snem miasta.
Karol się kształci
Miał wolny weekend. Pierwszy od wielu tygodni. Postanowił spędzić go na leniuchowaniu przed telewizorem i czytaniu gazet. Nie planował żadnych spotkań rodzinnych ani przyjacielskich. Miał mały wyrzut sumienia, że może powinien spotkać się z rodzicami, ale był tak zmęczony, że najpierw postanowił leniuchować. Dlatego, kiedy wieczorem usłyszał dzwonek do drzwi, to był bardzo niezadowolony. Przez chwilę udawał, że go nie ma, ale osoba naciskająca dzwonek nie dawała za wygraną. Podszedł do wizjera i zobaczył stojącą na klatce schodowej Różę. W rękach dzierżyła ogromną księgę.
Otworzył drzwi i od razu powiedział.
- Nawet nie pytam, skąd pani znała mój numer mieszkania.
W odpowiedzi kobieta uśmiechnęła się promiennie, a Karolowi po raz kolejny zmiękły kolana.
- Czy propozycja wspólnej herbaty nadal jest aktualna? – zapytała.
Wpuścił ją do mieszkania ze słowami.
- Nie sprzątałem.
- Nie zwracam uwagi na takie pierdoły – powiedziała wesoło.
Zaprowadził ją do małego stolika, na którym od razu położyła wielką księgę. Miała przynajmniej czterdzieści centymetrów szerokości i pięćdziesiąt długości. Wyglądała na bardzo starą. Oprawiana w skórę, wzmocniona żelaznymi okuciami. Pożółkłe stronice grubego papieru wystawały lekko za okładkę. Przez myśl Karola przeleciało – Jak ona to udźwignęła?
- Zamówiłam nam dużą pizzę – powiedziała - powinna być za minutę.
- Od smoka bagiennego.
- Oczywiście.
Róża usiadła na otomanie i kiedy Karol robił im w kuchni coś do picia, rozejrzała się po pomieszczeniu. Mieszkanie Karola było, takie jak on sam. Proste, męskie i bez zbędnych rzeczy. Podobało jej się tu, mimo, że sama wolała otaczać się pluszami, poduchami i orientalnymi kobiercami. Uznała mieszkanie kapitana za dobre miejsce z dobrym człowiekiem w środku, od którego będzie musiała wymagać dużo więcej niż powinna. Ale skoro był policjantem od spraw nadprzyrodzonych, to musiał wiedzieć, jak najwięcej o czyhających na nich niebezpieczeństwach. Zwłaszcza, że był powiernikiem Prawa. Mogła zrobić to szkolenie wszystkim policjantom, ale jakoś czuła, że on powinien wiedzieć najwięcej, a co reszcie przekaże, to już będzie zależało od niego. Wiedziała również, że Karol stał się BOHATEREM. Wszyscy Krajanie to wiedzieli i jak się okazuje mieszkańcy Mrocznego Podziemia również. Będą się teraz do niego przylepiać różne historie, dlatego postanowiła mu pomóc przetrwać. W końcu każdy BOHATER ma swoją wybrankę serca, dzięki której udaje mu się dokonywać czynów niemożliwych.
Róża zaśmiała się w myślach z wybranki serca. Raczej powinna o sobie powiedzieć, głos rozsądku i przewodnik po nieznanych wodach. Jak zwał tak zwał, nie chciała żeby zginął. Nie chciała, żeby stał się czarnym bohaterem.
Przyjechał dostawca z pizzą. Karol dał napiwek znajomemu smokowi i zaniósł jedzenie do salonu.
Róża powiedziała wesoło.
- Jestem głodna, jak wilk, a pan?
- Średnio, ale zjem kawałek czy dwa.
W trakcie jedzenia rozmawiali na temat książki i jej zawartości. Róża powiedziała mu, że w niej znajdują się dane o wszystkich znanych potworach z Mrocznych Podziemi oraz sposoby ich likwidacji.
- Niestety nie mogę jej panu pożyczyć na długo, bo sama wyciągnęłam ją z naszej strażniczej biblioteki. Mam ją na miesiąc. Daję ją panu na dwa tygodnie, potem moja kolej. Proszę jej nie fotografować, ma 700 lat i nie lubi zbędnego oświetlania. Dlatego proszę do niej zaglądać tylko wieczorem i to przy lampce.
- Tak, jak teraz jest dobrze? – zapytał.
- Doskonale – odparła – po dwóch tygodniach będę prosiła o zwrot. Jeśli nie zdąży pan wszystkiego przyswoić, to nic nie szkodzi, ponieważ pozostałe dwa tygodnie poświęcimy z siostrami na przepisywanie tego dzieła, a wtedy zrobię ksero i panu podrzucę własny egzemplarz – zaśmiała się- oczywiście w mniejszym formacie.
- Czemu pani najpierw jej nie przepisała?
- Czas. Musi pan się szybko uczyć. Bo skoro gdzieś jest wyrwa, to znak, że za chwilę będziemy mieć kolejne potwory z Mrocznego Podziemia.
- A Strażnicy szukają tej wyrwy?
- Oczywiście, ale to nie jest takie proste. Ona lub one, bo może ich być więcej, są czasowe. Mogą działać dwa dni lub miesiąc, ale potem oni ją zamykają.
- Oni?
- No władcy Mrocznego Podziemia.
- A kim oni są?
Róża dłuższy czas patrzyła na niego i zastanawiała się czy mu powiedzieć. W końcu odezwała się.
- Na razie nic panu nie powiem. Miejmy nadzieję, że nigdy ich pan nie spotka.
- Są w tej księdze?
- Nie. Nie ma ich. Oni są w innej księdze, ale to jest owiane tak wielką tajemnicą, że tylko cześć z nas ma do niej dostęp. Ja jestem jeszcze za młoda.
- Ale wie pani kim oni są?
- Ogólnie. W tej najpowszechniejszej wersji, tak.
- Mają wiele wcieleń?
- Panie Karolu. Nic więcej nie powiem. A pan niech nie dopytuje. Nigdy nie pozwoliliśmy, żeby wyleźli ze swojej nory do świata i chcę, żeby tak pozostało. O wiele ważniejsze dla pana będzie teraz poznanie najczęstszych bywalców waszego świata.
- Czyli kogo? Wampirów?
- I nie tylko. Zombie, jeźdźcy bez głowy, białe damy, upiory czy koszmary.
- Robi się dosyć duszno – zażartował Karol.
- Nie za bardzo duszno – odparła Róża – oni są cieleśni.
Otworzyła księgę i zaczęła się nauka.
Kolejny odcinek 20 lutego
Komentarze
Prześlij komentarz