Strażnicy - odc.9

Tymczasem w mieście…

Na peryferiach Warszawy od strony Białołęki na kilka lat przed pojawieniem się baśniowych stworów zaczęła działać firma NOZ, która specjalizowała się w werbowaniu najemników i wysyłania ich w różne miejsca nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Zajmowali niewielki budynek i dwa magazyny, do których nikt postronny nie miał dostępu. Wszystko było otoczone wysokim murem i pilnowane przez uzbrojonych strażników. Zwykli mieszkańcy myśleli, że jest to obiekt wojskowy, więc nie zastanawiali się nad tym, co się tam dzieje. Wojsko, to wojsko i tyle.

Poza strażnikami niewielu ludzi kręciło się po obiekcie, gdyż spotykano się tu tylko w wyjątkowych i ważnych sytuacjach lub podczas odprawy konkretnych osób lub grup na powierzone zadanie.

Dzisiaj przyjechały do firmy trzy bardzo ważne osoby z zarządu. Dwóch mężczyzny i kobieta. Każdy z własną obstawą składającą się z dwóch ochroniarzy, sekretarzy i asystentów. Na co dzień, bossowie  firmy zajmowali wysokie stanowiska w instytucjach, których nazw nikt nie wypowiadał na głos.

Dwóch mężczyzn było dobrze po czterdziestce, ale kobieta miała mniej więcej trzydzieści lat. Mogłoby się to wydawać dziwne, że w tak młodym wieku, tak wysoko awansowała. Kiedyś, ktoś zażartował sobie na ten temat mówiąc, że dostała pracę po tatusiu. Po kilku dniach żartowniś zniknął i od tej pory nikt nie próbował komentować jej bytności w zarządzie.

Spotkali się w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu bez okien z możliwością otwarcia drzwi tylko od wewnątrz. W środku stały trzy krzesła, które zajęła trójka z zarządu.

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę. Jeden z mężczyzn był wysokim i postawnym człowiekiem, który ledwo mieścił się na krześle. Ręce, jak łopaty założył na piersiach. Miał twarz całą w bliznach i usta zaciśnięte w wąską kreskę. Drugi był szczupły i żylasty, cały czas się wiercił, tak jakby nie mógł usiedzieć w miejscu. Miał przyjemną twarz, duszy towarzystwa i ani jednej blizny na ciele. Kobieta miała kasztanowe, długie włosy, które spięła w ciasny kok. Niebieskie oczy patrzyły czujnie, a usta, które mogłyby uchodzić za piękne zacisnęła tak mocno, że aż stały się sine.

- Ja się na to nie zgadzam – odezwała się.

- Masz jeden głos przeciw dwóm – odezwał się szczuplejszy mężczyzna.

- To nie znaczy, że możecie robić, co chcecie.

- Te potwory mają ogromną siłę i wytrzymałość. Możemy na nich zarobić – dodał drugi mężczyzna.

- Rozumiem zarobek i nawet go pochwalam – odparła – ale nie możemy robić z nich królików doświadczalnych.

- A kto nam zabroni? Rząd sobie z nimi nie radzi, a my moglibyśmy przy ich pomocy zaprowadzić na ulicach porządek – dodał.

- Chyba raczej terror – powiedziała – nie jesteśmy od tego, żeby przejmować władzę nad krajami. Wynajmujemy ludzi od zadań specjalnych.

- Oni są od zadań specjalnych – ożywił się szczuplejszy mężczyzna – weźmy na przykład takiego smoka, można by na nim latać i palić samoloty wroga. Albo takich centaurów, są jak husaria, będą w stanie rozgonić każdą demonstrację.

- Oczywiście, to wszystko ma sens – powiedziała kobieta –  ale jestem przeciwna eksperymentom medycznym. Sprawdzania ich wytrzymałości, regeneracji i szybkości.

- Dzięki tym badaniom będzie można udoskonalić człowieka – powiedział większy z mężczyzn – będziemy lepsi, silniejsi…

- Okrutniejsi – dodała – tych, których złapaliście nie dało się okiełznać, a zanim ich unieruchomiliście zginęło siedem osób – nie uważacie, że to jest zbyt niebezpieczne?

- Oswoimy drani – parsknął duży mężczyzna – nie ma innej opcji.

- Jestem za – zgodził się ten drugi.

- A ja przeciw. Uważam, że trzeba z nimi po dobroci, nie można ich porywać i zmuszać do eksperymentów.

- Jesteś za miękka – parsknął szczuplejszy.

- Raczej rozsądna.

- Wiesz, że po dobroci nic z tego nie wyszło?

Kobieta spojrzała na nich surowo.

- Kim my jesteśmy? Przestępcami czy prowadzimy legalną firmę najemniczą?

- Z co raz większą armią i wpływami. – zachichotał mniejszy mężczyzna.

- Nie podoba mi się to, co mówisz – odparła.

- Spokojnie, spokojnie – duży mężczyzna wstał i popatrzył na nich z góry – myślę, że mam pomysł.

- Przedstaw go – odezwała się kobieta.

- Zróbmy obóz przetrwania dla chętnych potworów. Bez eksperymentów, ale w bardzo trudnych warunkach. Trening wyłoni tych, którzy się nadają.

- A co zrobimy z tymi, którzy odpadną? – zapytała.

- To twój problem – duży popatrzył na nią złośliwie – zapewne ich uratujesz i umieścisz w swojej instytucji. Ilu to już ich masz?

- Wystarczająco i dobrze wiesz, że są lojalni i dobrzy w swoim fachu.

- Ale to ludzie. Kto przyjmie potwora, który wygląda, jak niedźwiedź?

- Tak, jak powiedziałeś, to mój problem – uśmiechnęła się do niego słodko.

- Zatem zgoda? – zapytał szczupły mężczyzna.

- Tak.

- Tak – powiedziała kobieta – ale zanim zaczniecie się bawić w poligon, chcę zobaczyć plan i wszystkie dokumenty.

- Oczywiście. Tak, jak zawsze – powiedział duży.

- I nie próbujcie mnie oszukać – dodała.

- Nie jestem wariatem - odparł

- Ani ja – dodał drugi mężczyzna.

 

Nocny dyżur

Karol zrobił obchód więzienia i wypuścił dwie kolejne ofiary wirusa, które ozdrowiały. Były to pokojówki królewskiej pary, które od razu udały się pod wskazany adres hotelu, żeby służyć swoim władcom. Ci wyszli kilka dni wcześniej, wściekli i niezadowoleni z tego, że nie mogą ukarać policjantów, za to, że wsadzili ich do więzienia. Byli wściekli również dlatego, że znowu mieli normalne kształty, a nie chcieli do nich wracać. Najchętniej wszystkich skazali by na śmierć. Nie mogli jednak nic zrobić, bo powiernik prawa, czyli Karol, powiedział im kilka słów do słuchu i musieli pogodzić się z tym, że nie mogą mieszkać w zamkach i pałacach, które są muzeami lub należą do innych osób. Zabronił im również skracać kogokolwiek o głowę, ani nie pozwolił na karę chłosty. Teraz królewska para siedziała nabzdyczona w hotelu i dumała, co dalej robić.

Kiedy wrócił na dyżurkę telefony dzwoniły już od dobrych kilku chwil. Podniósł pierwszą słuchawkę z brzegu.

- Proszę natychmiast coś z tym zrobić! W tym hałasie nie da się spać! – krzyknął jakiś obywatel.

Kapitan spojrzał na zegar, była druga w nocy,  a kotołaki zaczęły koncert o dwunastej. Słychać je było nawet tutaj. Nie wiedział, że można być, aż tak głośnym.

- Nic nie możemy zrobić – powiedział do obywatela.

- Jesteście policją, zróbcie coś – rozłączył się.

Kolejne telefony dotyczyły tego samego, tylko nastrój rozmówców był różny.

A kotołaki darły się, jak koty w marcu. To była druga noc żałoby, a mogły być jeszcze dwie. Nie wiedział, czy miasto, to przetrzyma.

W ciągu dnia ludzie próbowali wejść do parku i ich przegonić, ale widząc ich ilość wycofywali się. Komendant Główny był wściekły i groził Markowi Odolańcowi wylaniem z pracy, ale ten spokojnie wytłumaczył mu w czym rzecz i dodał, że owszem może coś z tym zrobić, tylko, że z ośmioma osobami raczej nie da rady. Jego szef warknął coś niemiłego i powiedział, że jak nie przestaną, to wezwie wojsko. Ale one nie przestały i kolejnej nocy, ponownie się darły.

I rzeczywiście przyjechało wojsko. Karol został o tym powiadomiony przez Marka Odolańca, więc szybko opuścił komisariat i pojechał na miejsce zdarzenia.

Zatrzymał radiowóz tuż przy wojskowym jeepie i wysiadł. Komendant stał niedaleko z założonymi rękami na piersiach. Karol zdziwił się, bo widział u niego lekki uśmieszek.

- Co pana tak bawi?

- Nie mogą sobie dać z nimi rady – śmiał się.

- To znaczy?

- To znaczy, że wojskowi próbują ich złapać, ale póki co, to zniknął im jeden samochód, siedem pistoletów i dwa mundury.

Karol patrzył na niego z niedowierzaniem.

- I pana to bawi?

- Trochę tak. Bo w końcu nasi koledzy i wojskowi zobaczą, że nie jest łatwo poradzić sobie z baśniowymi stworami.

Zauważyli, że idzie do nich Komendant Główny, więc zamilkli.

- Wiesz, jak się z nimi obchodzić? – warknął do Marka Odolańca.

- Wiem, ale nie powstrzymam ich. Mówiłem już panu, to ich żałoba po stracie dwóch członków stada. 

- Rozmawiałeś z nimi?

- Tak. Powiedzieli, że jeszcze tylko jutro będą wyć i skończą.

- To trwa, całą noc! – krzyknął przełożony.

Marek Odolaniec nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ podjechały do nich cztery opancerzone samochody. Wysiadły z nich zamaskowane osoby i jedna w garniturze. Był to wysoki i barczysty mężczyzna z bliznami na twarzy.

- Oferujemy pomoc. Raz dwa uporamy się z waszym problemem – powiedział.

Karol Nowak spojrzał na nich i bardzo się zdziwił. Potrząsnął głową. Nie rozumiał, co się z nim dzieje. Widział ich, jako czarne cienie, a potem wszystko minęło i ponownie stali przed nim zamaskowani ludzie.

- Nie – powiedział cicho do Marka Odolańca – nie zgadzam się.

Ale Komendant Główny go usłyszał.

- Dlaczego kapitanie?

- To źli ludzie – powiedział i natychmiast się zamknął, bo uświadomił sobie, że to co mówi jest dziwne. Jak miał wytłumaczyć wszystkim, że po prostu, to wie.

- To najemnicy.

- Dlatego nie zgadzam się na ich wynajęcie. Kotołaki to cywile, a od ich spraw jest policja, nie wojsko, a już na pewno nie najemnicy.

- Skoro jest pan taki mądry, proszę iść ich uspokoić.

- Dobrze, pójdę – Karol już chciał to zrobić, ale zauważył Różę. Odetchnął w duchu.

Kobieta podeszła do nich i ziewnęła.

- Powiedzcie mi ludzie, czy wy umiecie uszanować zwyczaje innych ras? Czy za każdym razem będziecie wzywać wojsko?

- Kim pani jest?! – wykrzyknął Komendant Główny.

Ta jednak zignorowała jego pytanie i mówiła dalej.

- Skoro kotołaki powiedziały trzy dni, to będzie wycie przez trzy dni, a mija już druga noc. Nie jesteście w stanie wytrzymać jeszcze jednej?

- Kim pani jest?!

Róża spojrzała na niego i otaksowała wzrokiem. Mężczyzna poczuł się nieswojo. Zmrużyła oczy. A on popatrzył na nią jeszcze raz i wyglądał tak, jakby jej nie widział. Odszedł bez słowa i wsiadł do radiowozu.

- Co pani mu zrobiła? – zapytał Marek Odolaniec.

- Zapomniał o mnie – uśmiechnęła się – ale proszę się nie martwić, wszystko inne będzie pamiętał.

- Grzebanie w głowach… - zaczął Karol.

- Nie grzebię, nie chcę być pamiętana, zwłaszcza, że przychodzę z pomocą.

- Jaką.

Róża machnęła rękę na stojące na uboczu pięć kobiet. Podeszły do niej, a ona je przedstawiła.

- To driady. Umieją zorganizować kopułę, która odetnie hałas od ludzi. Z tym, że przez najbliższy tydzień nikt z parku nie wyjdzie, ani do niego nie wejdzie. Oczywiście oprócz driad.

- Co mamy im dać w zamian? – Karol nie łudził się, że Baśniowe Stwory zrobią coś za darmo.

- Chcą zamieszkać w tym parku.

- A co w nim jest takiego atrakcyjnego?

- Drzewa – powiedziała jedna z kobiet.

Dopiero wtedy Karol zauważył, że była zielona i miała na sobie strój zrobiony z roślin.

- Mieszkamy w nich. A tutaj znajdują się takie, które nam pasują – dodała druga o skórze tak ciemnej, że ledwo było ją widać.

- Nie sprawimy kłopotów. Żyjemy w pokoju i w zgodzie z naturą.

Mężczyźni popatrzyli po sobie, w końcu Marek Odolaniec odezwał się.

- Skoro nie przeszkadza im sąsiedztwo kotołaków, to niech sobie tu zamieszkają.

- Idziemy – powiedziała zielona do reszty.

Przeszły obok żołnierzy, którzy w ogóle nie zwrócili na nie uwagi i znikły w alejce parku.

- Jakim cudem one to zrobiły? – zapytał komendant.

- One na co dzień są niewidzialne. Teraz się ujawniły, bo je o to poprosiłam.

- Jak to są niewidzialne? Przecież z taką umiejętnością mogą robić sobie, co chcą?!

- Nic nie będą robić – zapewniła ich Róża – najbardziej na świecie lubią mieszkać w drzewach i tam spędzają większość życia.

- W drzewach?

- W środku, w symbiozie z nimi – tłumaczyła Róża – ale myślę, że to opowieść na inny czas. Teraz patrzcie, co się stanie.

I właściwie nic się nie stało. Oprócz tego, że zaległa cisza. Oczywiście nie całkowita, ponieważ Warszawa nie zasypiała nigdy, ale nie było już słychać darcia się kotołaków. Wojskowi próbowali wejść do parku, żeby zbadać przyczynę spokoju, ale natknęli się na niewidzialną barierę, której w żaden sposób nie mogli sforsować.

Nagle pojawiły się w powietrzu zabrane wcześniej wojskowym rzeczy, które z głuchym plaśnięciem opadły na chodnik. Zaraz po nich został wypchnięty poza osłonę zabrany samochód.

- Czyżby driady miały zbawienny wpływ na kotołaki? – zapytał Karol Róży.

- Pewnie poszło o drzewo – zaśmiała się Róża.

- O co?

- Dobili targu.

- Nie rozumiem?

Kobieta ziewnęła i dodała.

- Kiedyś opowiem, ale teraz wybaczcie panowie, ale idę spać – i odeszła.

Policjanci zostali sami i popatrzyli na siebie.

- Idziemy zobaczyć, o co chodzi z tą kopułą? – zapytał Karol.

- Jasne.

Przez niemal dwie godziny, policjanci, wojsko i najemnicy próbowali sforsować niewidzialną barierę, ale nic ich nie przemogło.

- I co to ma być?! – krzyczał Komendant Główny – czy to zniknie?

- Powiemy mu, że za tydzień? – szepnął Karol.

Marek Odolaniec uśmiechnął się wrednie.

- Nie, nie ma takiej potrzeby. Wracajmy na posterunek.

 

Mężczyźni rozsiedli się w dyżurce nad parującymi kubkami kawy i rozmawiali.

- Kapitanie – zaczął komendant – uważam, że trzeba zacząć spisywać wszystko, czego dowiadujemy się o Krajanach. Słowem, trzeba każdemu z nich założyć teczkę.

- Zgadzam się z tym i uważam, że jeśli każdemu, to każdemu. Nie tylko tym, którzy lądują na komisariacie, czy są wplątani w nasze działania, ale również tym, których spotykamy na co dzień.

Marek Odolaniec pokiwał z aprobatą głową.

- Ale uważam również, że nie może to być rzecz powszechnie znana – kontynuował Karol – pani Róża wielokrotnie wspominała, że baśniowe stwory mogą paść ofiarą okrucieństwa ludzi. I nie twierdzę, że chodzi tu o zwykłych Kowalskich, ale o tych, którzy mają władzę, pałają żądzą zysku, sensacji, czy po prostu są okrutni. Nie chciałbym, żeby to wpadło w ich ręce.

- Masz rację, dlatego będziemy to spisywać na komputerze, który będzie odcięty od Internetu, a dostęp do niego będzie mieć tylko nasza ósemka.

- Ufa pan wszystkim?

- Pani Róża ufa, mnie to wystarczy.

- A jeśli dojdą nowi pracownicy?

- Tylko nasza ósemka, nikt więcej – odparł Marek Odolaniec – nowi będą dostawać tylko tyle informacji, ile będzie im potrzebne do czynności służbowych.

- A gdzie postawimy ten komputer?

- Mamy tu tyle pomieszczeń, że na pewno coś się znajdzie.

Panowie wypili kawę i komendant poszedł się przespać do „sypialni”, a Karol pozostał na posterunku do rana. Około siódmej wrócił do mieszkania i od razu poszedł spać.

 

Róża ma przemyślenia

Strażniczka wróciła do mieszkania i od razu położyła się do łóżka, jednak sen nie nadchodził. Położyła się na wznak i westchnęła:

- No tak, rozbudzili mnie, wyciągnęli z łóżka, więc teraz mogę sobie już tylko pomarzyć o śnie.

Spojrzała na zegarek, była trzecia w nocy. Postanowiła zasnąć i zamknęła oczy.

Po pięciu minutach wstała, narzuciła szlafrok i poszła do kuchni.

Otworzyła lodówkę, a potem ją zamknęła, pstryknęła włącznik od czajnika i usiadła przy stole.

Coś jej nie pasowało. Miała wrażenie, że coś jej umknęło.

Skupiła się i zaczęła odtwarzać sytuację spod Parku Saskiego.

- Policja, wojsko, kotołaki i driady. Ale tam był jeszcze ktoś. – mówiła do siebie – kim byli ludzie ubrani na czarno? Czemu stali w cieniu? Musiała koniecznie pogadać z Karolem.

 

Karol rozmawia z Różą

Kapitan, jak zwykle znalazł się na zapleczu u Róży, gdzie usiadł przy wysokim stole i czekał, aż kobieta zrobi im coś do picia.

- Dzisiaj jest okropny upał, dlatego dodałam do naszej herbaty po liściu rośliny pochodzącej z Baśniowej Krainy, ale proszę się nie martwić, nie jest trująca – postawiła przed nim kubek z parującym płynem. Popatrzył na niego nieufnie, dlatego Róża dodała.

- Chłodzi od środka, będzie się pan czuł rześki i świeży, jak w mroźny poranek.

- Ale to gorąca herbata.

- Najlepsza na upał – uśmiechnęła się Róża i pociągnęła spory łyk ze swego kubka.

- Chciała pani ze mną o czymś porozmawiać, ale i ja mam kilka pytań.

Skinęła głową i odparła.

- Proszę pytać.

- Ile jest baśniowych stworów?

- Dwanaście milionów czterysta osiemdziesiąt pięć tysięcy dwieście osiem osobników.

Mężczyzna spojrzał na nią dziwnie.

- Żartuje pani?

- Nie.

- Zna pani ich liczbę, co do osoby?

- Owszem, jestem Strażniczką.

- Tak? A ilu jest ludzi?

- Nie wiem, nie prowadzę statystyk.

Kapitan poczuł się lekko zawiedziony.

- Nie obchodzą panią ludzie?

- Obchodzą, ale was są miliardy, a ich kilkanaście milionów. Poza tym od wieków moja rasa stała na straży dwóch światów i zawsze miała więcej do czynienia z Krajanami.

- Dlaczego?

- Ponieważ, to oni wciąż sprawiali nam problemy, a wy, poza nielicznymi wyjątkami, nie mieliście o nas pojęcia.

- Dlaczego?

- Bo tak, jak i Krajanie, należymy do innego świata niż wasz. Międzyświat działa podobnie do Baśniowej Krainy, bliżej nam do nich, niż do was.

- Dlaczego? Wyglądacie, jak ludzie i zachowujecie się, jak ludzie.

- Możliwe, ale nimi nie jesteśmy. Owszem, krzyżujemy się z wami, tak jak i z Krajanami, ale… - przerwała – może zacznę od początku.

- Słucham.

- Wszyscy Strażnicy są braćmi i siostrami. Nie krzyżujemy się ze sobą.

- Dlaczego?

- Nie da rady. Mamy do siebie neutralny stosunek, miłość braterską, jesteśmy połączeni niewidzialną siecią dla was niezrozumiałych połączeń i mamy to samo DNA.

- Niemożliwe.

- Możliwe. Ze Strażnika rodzi się zawsze Strażnik.

- Co to znaczy?

- To znaczy, że niezależnie od tego, z kim się zwiążemy czy z wami czy z Krajanami, zawsze rodzi się Strażnik.

- Próbowaliście, to zmienić?

- Nie. Nie odczuwamy takiej potrzeby.

- A skąd się tu wzięliście?

- Ponoć jakieś 80 tysięcy lat temu zderzyły się cztery alternatywne światy. Wasz, Baśniowych Stworów, Strażników i Mroku, czyli dzisiaj Mrocznych Podziemi.

- To brzmi, jak bajka.

- Dziwię się, że pan tak mówi – powiedziała cierpko Róża.

- Czemu się pani dziwi?

- Ponieważ, ta bajka dzieje się przed pana oczami, my, Krajanie, wampiry, to od jakiegoś czasu pana codzienność.

- Niby tak, ale wciąż mi trudno w to uwierzyć.

- My mieliśmy więcej czasu, żeby się przyzwyczaić.

- Zaraz, zaraz - przerwał Karol – a jak się rozmnażaliście zanim zderzyły się nasze światy?

- A ja wiem? – Róża wzruszyła ramionami – to było 80 tysięcy lat temu, nikt nawet nie zna początków naszej bytności na ziemi. Mamy tylko skrawki informacji i wiemy, że od samego początku staliśmy wyżej cywilizacyjnie.

- A Baśniowe Stwory?

- Nie wiem, nie jestem specem od historii starożytnej Krajan ani Mrocznych Podziemi. Wiem tylko, że od dziesiątków tysięcy lat jesteśmy Strażnikami między światami. Pilnujemy Krajan, unikamy ludzi i nie dajemy wyjść na powierzchnię złym mocom.

Karol coś przeliczał.

- Skoro jesteście tutaj od tylu tysięcy lat, to czy nie powinno być was mniej więcej tyle, co nas, tak jak i Krajan. Czemu tak nie jest?

-Jest kilka przyczyn tego stanu rzeczy. Strażnicy są długowieczni, ale mogą rozmnażać się jedynie do sześćdziesiątego roku życia. Przez to, że wciąż wyglądamy i czujemy się młodo często zapominamy, że nas jednak też czas goni i dla wielu było już za późno. Do tego, przez wieki, wielu Strażników wybierało samotniczy tryb życia nie martwiąc się o przetrwanie gatunku, no i były dwie wielkie wojny między nami a Krajanami. To wszystko zmieniło.

- Opowie mi pani o nich?

- Pierwsza miała miejsce ok. dwóch tysięcy lat przed naszą erą. Linia graniczna Międzyświata oplatała całą Ziemię. Krajan było kilkaset milionów, nas około trzech milionów. Jak zwykle nie chcieliśmy ich puścić do ludzi. Skończyło się tym, że nas zostało około ośmiuset tysięcy, a ich kilkadziesiąt milionów. Ale ta wojna nie była tak tragiczna w skutkach, bo w porę obie strony się opamiętały, widząc, że niektórym grozi wyginięcie.

- Niektórym?

- Krajanie nie są jednolici. W Baśniowej Krainie funkcjonuje kilka tysięcy gatunków: rusałki, trolle, cyklopi, magowie, dobre wróżki i inne. Na szczęcie wtedy udało się uniknąć nieodwracalnych skutków walk. Niestety była i druga wojna, około  IX wieku naszej ery. O ile wcześniej Baśniowe Stwory przenikały do świata ludzi i nic wielkiego się nie działo, to  od V do IX wieku, były zabijane przez hordy europejskich barbarzyńców, na przykład przez Hunów. Nawet Eskimosi widząc Yeti wbijali mu włócznię w serce, nawet nie próbując się z nim najpierw porozumieć. Jakby ziemianie podświadomie widzieli w nich zagrożenie dla własnego świata. Dlatego zamknęliśmy granice, żeby przeczekać ten zły czas i nie dawaliśmy Krajanom przejścia. Wkurzyli się na nas i rozpoczęła się wojna, która trwała około stu lat i doprowadziła do tego, że nas zostało sześcioro, a krajan kilkadziesiąt tysięcy. Wojna była tak zażarta, że żadna ze stron nie zauważyła, że wiele ras znikło z powierzchni ziemi i przepadło na zawsze. Do dzisiaj nie możemy się z tym pogodzić. Żeby tego było mało, zupełnie zapomnieliśmy o Mrocznych Podziemiach i jak grzyby po deszczu zaczęły wyłazić zombiaki, wampiry, upiory czy inne czarne indywidua. Oni jeszcze bardziej zagrozili egzystencji Krajan. Musieliśmy zjednoczyć siły, a raczej ich resztki, żeby ich pokonać. Baśniowa Kraina była pokryta mrokiem, pyłem i wielkimi obszarami martwej natury. Mieszkańcy Mrocznych Podziemi zajęli trzy czwarte ich terytorium. Odzyskanie nad nimi panowania zajęło przodkom króla Ryszarda dwieście lat.

Na  tych zgliszczach podpisaliśmy pokój i opłakując bliskich, zaczęliśmy pomału odbudowywać nasze światy. I aż do teraz było dobrze, ale Ryszard Wielki Głupiec uparł się wypuścić swoich w wasz świat. No i była trzecia wojna, ale krótka, no i zakończyła się tym, że ma pan ich w swoim mieście i ja też nie wiem, co dalej z tym będzie.

Karol na razie postanowił nie komentować, ani nie wyciągać pochopnych wniosków. Najpierw chciał się, jak najwięcej dowiedzieć.

- A ilu was jest teraz?

- Dwadzieścia tysięcy sto dwanaście osób.

- Jak odbudowaliście swoją populację?

- Nie było łatwo. Byliśmy przygotowani na wyginięcie, ponieważ z tych sześciu osób tylko trzy były jeszcze w wieku rozrodczym. Jedna z nas nie widząc szans na przetrwanie postanowiła przyuczać ludzkie dzieci do roli strażników.

- A czemu nie widziała szans dla siebie, nie miała się z kim związać?

- To były mroczne czasy. Granicę zmniejszono do Europy Północno – Wschodniej, a tam nie było zbyt wielu ludzi. Krajanie byli pokonani i wściekli, rzadko zapuszczali się pod granicę. Poza tym musieli odbudować swój kraj i policzyć straty.  

- Skoro było mało ludzi, skąd ta strażniczka wzięła ludzkie dzieci?

- To było niespodziewane szczęście w ogromnym nieszczęściu. Zaraza zdziesiątkowała okoliczne wioski i zostało sporo sierot, wzięła do domu jedenaścioro z nich.

- I co było potem?

- Potem napatoczył się upierdliwy wilkołak, z którym walczyła i chroniła przed nim dzieci, a potem urodziła mu troje Strażników. No i w ciemnym tunelu zaświtało dla nas nowe światełko.

- A pozostali Strażnicy.

- Mężczyzna miał czwórkę dzieci, a kobieta dwoje. Oprócz tego posiadali po kilkoro ludzkich dzieci. I tak jest do dzisiaj. W niemalże każdej naszej rodzinie mamy ludzkich braci i siostry.

- A co z waszym rozmnażaniem?

- Kiedy wszystko doszło do jako takiej normy, znowu pojawili się samotnicy i gapowicze. Dopiero pokolenie moich rodziców ma nas więcej niż jedno. Ja mam jeszcze dwóch starszych braci.

Róża uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:

- Teraz moja kolej na zadawanie pytań.

- Proszę, niech pani pyta.

- Kim byli ci ludzie…

Nie zdążyła dokończyć zdania, bo Karol ją ubiegł.

- Najemnicy. Z NOZ – Najemnicy od Zaraz, taka firma, która niby działa legalnie, ale wiadomo, że to nie do końca jest prawda. Bardzo bogata organizacja, wynajmuje różnej maści awanturników, ale i sama prowadzi lukratywne akcje.

- Co oni tam robili?

Karol wzruszył ramionami.

- Nie wiem, pewnie szukali łatwego zarobku – a potem coś sobie przypomniał i opowiedział Róży o tym, jak ich w pierwszej chwili zobaczył.

- Czy ja zwariowałem? – zapytał na koniec.

- Nie.

- Czyli naprawdę mogłem widzieć czarne cienie zamiast ludzi? Dlaczego?

- Ryszard Wielki Głupiec dał panu prawo i znając życie dodał jeszcze to i owo do pana egzystencji.

- Czyli co?! – wkurzył się Karol – grzebał mi w głowie? Przemienił w jakiegoś szamana?

- Nie. Ale może obcowanie z tak potężnym dokumentem, wyostrzyło panu zmysły?

Kapitan potarł dłonią czoło i powiedział cicho.

- Chciałbym żeby wszystko było, jak dawniej. Normalnie bez jakiś dziwnych zdarzeń i w ogóle.

- Ale tak nie jest. Może kiedyś będzie, ale tego nie wiemy – odparła Róża.

- I co ja mam z tym zrobić? Z tym „darem” – pokazał palcami cudzysłów.

- Najlepiej cieszyć się, że się go ma – widząc, że nadal jest poirytowany dodała – proszę pamiętać, że nie żyje już pan w normalnych czasach, nowe umiejętności mogą się panu tylko przydać. A nawet pomogą przetrwać.

Kapitan pokręcił z rezygnacją głową i wstał. Róża nie chciała go już zatrzymywać, ale zapytała jeszcze.

- Mam nadzieję, że pan również uważa, że to są źli ludzie?

- Tak, też tak uważam. Do widzenia.

- Do widzenia.


Kolejny odcinek 15 lutego

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"