Strażnicy - odc.11



Gdzieś na Mazurach…

Kobieta i dwóch mężczyzn siedziało w domku letniskowym przed dużym telewizorem i oglądało zmagania wybranych kandydatów na super najemników.

Kobieta nadal nie zgadzała się na eksperymenty genetyczne, które mogłyby podrasować gatunek ludzki. Tym bardziej cieszyła się z tego, że na to nie pozwoliła, kiedy zobaczyła najgroźniejszych Krajan w akcji. Mało tego, w duchu zaczęła wątpić, czy oni nadają się na żołnierzy, czy dają się oswoić na tyle, żeby słuchać rozkazów przełożonych.

Do pierwszych „zawodów” udało im się zwerbować czterech osobników. Dwa wilkołaki, smoka i berserka. Każdy z nich był wytrzymały, ale wilkołaki były indywidualistami, smok gadem, a berserk wpadał w szał i nie można było go zatrzymać.

- Musimy to przerwać – powiedziała do mężczyzn.

- Dlaczego? Przecież przeszli przez połowę etapów – odezwał się szczuplejszy.

- Tak, ale przy okazji zginęło pięcioro ludzi.

- Żeby stworzyć coś nowego, trzeba się pożegnać ze starym – powiedział wielkolud - Skoro dali się zabić, to znaczy, że nie byli dobrymi najemnikami.

- Czy ty siebie słyszysz? – zapytała kobieta – przecież to świetni ludzie. Z tym, że ludzie. Jaką miał jeden szansę przed płomieniami z pyska smoka. Albo drugi, który krzyczał do berserka stop, koniec testu, a ten i tak mu uciął głowę?

- Nie przerwiemy, te stwory są świetne – powiedział wielkolud – a o ich posłuszeństwo się nie martw. Już ja znajdę na nich sposób.

Kobiecie nie podobała się mina wspólnika. Wszystko co raz mniej jej się podobało.

 

Kapitan przyjmuje niecodzienne zgłoszenie

Dyżurny zadzwonił do Karola i powiedział, że jakaś królowa chce się z nim widzieć.

- Ładna? – zapytał Karol.

- Jeśli lubisz starsze kobiety.

- Niekoniecznie, ale zaprowadź ją do konferencyjnej, zaraz do niej pójdę.

Załatwił swoje papierki i poszedł zobaczyć królową. Kobieta miała około pięćdziesięciu lat. Wyglądała, jak wyjęta z Baśni tysiąca i jednej nocy. Zwiewne szarawary, buty z zadartymi noskami, na twarzy przeźroczysta woalka, która jednak nie ukrywała jej urody.

- Dzień dobry Wasza Wysokość – powiedział i się ukłonił. Ta łaskawie skinęła mu głową i pozwoliła usiąść.

Karol tego nie skomentował, bo wiedział, że tak powinien się zachować i tak powinno być.

- Wasza Wysokość chciała się ze mną widzieć?

- Jest pan powiernikiem Prawa, a to jest problem tej wagi.

- Czyżby ktoś z pani dworu złamał prawo i nie chcesz Pani, żeby wysyłał go do Baśniowej Krainy? Od razu mówię, że nie ma takiej opcji. Nie jestem przekupny.

Spojrzała na niego z wyrzutem, a on zauważył, że miała zaczerwienione oczy.

- Czy coś się stało?

- Tak. Mój syn zaginął?

- Jak to zaginął?

- Normalnie. Jednego dnia był, a potem już znikł.

- Ile czasu minęło.

- Tydzień.

- A może gdzieś dłużej zabawił?

- Nie. Wiedziałabym o tym. On wie, że ja jestem wrażliwa i zawsze mi mówi, gdzie i na ile jedzie.

Karol pomyślał – Mamisynek zerwał się z uwięzi.

- Czy twój syn  Pani, to książę z bajki?

- Nie, mój syn to Ali Baba i zawsze jeździł w towarzystwie. Tym razem wybrał się sam i nie wiem, co się z nim dzieje.

- Ali Baba i czterdziestu rozbójników? – nie mógł się powstrzymać Karol. Gdyby królowa znała ludzkie bajki, jak nic by się zdenerwowała, ale miał do czynienia z Krajanką.

- Tak ich nazywają, ale to dobrzy chłopcy – odparła i pociągnęła nosem – zawsze mi przywożą prezenty ze swoich wojaży.

Prezenty – pomyślał Karol – ciekawe, skąd je mają.

- A ojciec Ali Baby?

- Nic mu nie powiedziałam, bo on za nim nie przepada. Woli naszego starszego syna, następcę tronu, Aladyna.

Robi się co raz ciekawiej.

- A mąż ma na imię Szahrijarz.

- A ty Pani?

- Szeherezada, ale co to ma do rzeczy? – zirytowała się nagle.

- Potrzebuję tego do protokołu – powiedział zmieszany Karol i zaczął zapisywać wszystko, co mu kobieta powiedziała.

- Zrobimy, co w naszej mocy – odparł Karol – możesz jeszcze Pani zapytać Strażników, może oni pomogą?

- Nie pomogą - wybuchła płaczem królowa - Im nie wolno się do nas wtrącać. Byłam u jednej, ale powiedziała, że od szukania zaginionych jest policja.

- Rozumiem i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby odnaleźć syna Waszej Wysokości – pożegnał ją.

Wziął kartki od protokołu i poszedł przepisać je na komputerze.

- Zazwyczaj mamy skargi zażalenia – mruknął do siebie – po raz pierwszy ktoś zgłasza zaginięcie. I do kogo się zwraca? Do ludzi. A Ali Baba pewnie zatrzasnął się w Sezamie.

Karol pokręcił głową. Muszę skończyć z tymi złośliwościami.

 

Róża rozmawia z siostrami o Karolu

Siostry siedziały na balkonie w części mieszkalnej Malwiny, objadały się naleśnikami w polewie truskawkowej i popijały wino. Było piękne, sobotnie popołudnie, pogoda w sam raz na relaks.

- Powiedz sobie szczerze, ciągnie cię do pana kapitana – powiedziała do Róży Kalina.

Siostra spojrzała na nią z pod oka i zapytała.

- Po czym wnioskujesz?

- Po tym, że pojechałaś do niego i to na dodatek z wielką księgą. Równie dobrze mógłby ją studiować u nas na zapleczu.

- Nie gadaj głupot Kalino – powiedziała cierpko Róża – po prostu uznałam, że jako powiernik Prawa powinien ją pierwszy przestudiować. My sobie w razie czego poradzimy. On nie. Same wiecie, że jest jeszcze w wielu sprawach zielony, jak szczypior.

- Ja uważam, że Kalina ma rację – wtrąciła się do rozmowy Malwina – coś cię do niego ciągnie.

- Obie oszalałyście – irytowała się Róża – przecież gdyby mi się podobał, powiedziałabym wam o tym. Po co miałabym to ukrywać?

- Może i ci się nie podoba, ale cię ciągnie – nie dawała za wygraną Kalina – nie zapominaj, że jest BOHATEREM.

- No właśnie i jeszcze to – mruknęła Róża – nie spodziewałam się, że tak na niego podziała ten papier od Ryszarda. Przecież kapitan, to zwykły człowiek. Zero nadprzyrodzoności. Tymczasem nawet istoty z Mrocznego Podziemia go znajdują. Jednego człowieka na dwa i pół miliona mieszkańców stolicy. Wyobrażacie, to sobie?

- I cię do niego ciągnie – przypomniała niezmordowana Kalina.

- W końcu to BOHATER -  dorzuciła swoje trzy grosze Malwina.

- To czemu was nie ciągnie?

- Bo to twój BOHATER – odpowiedziała Kalina i zanim Róża zdążyła zareagować dodała - ty się mu pokazałaś, ty zaczęłaś z nim współpracę, ty mu zaufałaś. Różo, to twoja opowieść albo bajka.

Strażniczka zamiast wejść w kolejną wymianę zdań zamyśliła się nad tym, co jej powiedziała siostra. Nie mogła zaprzeczać, że co raz więcej ją z nim wiązało. Głośno powiedziała.

- Możliwe, że to moja bajka, ale ona nie jest o miłości, ale o walce dobra ze złem, do której staje drużyna.

- Pierścienia – dokończyła Malwina.

- Ach tak? W takim razie, ty z Kaliną to Pippin i Meriadok.

- A ty Sam – zaśmiała się Malwina – kapitan to Frodo.

- W takim razie komendant, to Aragorn – śmiała się na całego Kalina.

I tę miłą wymianę zdań przerwał dzwonek do drzwi sklepu. Dla wygody w każdym mieszkaniu zainstalowano głośniki, dzięki czemu, był doskonale słyszany  dla każdej z nich.

 - Kogo to do nas niesie w sobotę?– powiedziała Róża i wstała.

Wszystkie trzy zeszły na parter i zobaczyły przed szklanymi drzwiami wysokiego mężczyznę, o zwalistej budowie ciała. Miał gęstą brodę i modnie ostrzyżone włosy. Na sobie miał drogi garnitur i firmowe buty. Widząc je przez szybę, uśmiechnął się szeroko.

- Wilkołak? – zdziwiła się Malwina.

- Ano – Róża otworzyła drzwi i pierwsze, o co spytała, to – jak zadzwoniłeś do drzwi? Przecież jest bariera?

- Dałem jakiemuś dzieciakowi dychę i on to za mnie, zrobił – odparł niskim basem wilkołak.

- Nie wyglądasz na chorego, więc co cię do nas sprowadza?

- Musicie nam pomóc.

- Wam? Czyli całemu klanowi?

- Tak.

- A co się stało? Urząd skarbowy dobrał się wam do tyłka? – ironizowała Kalina.   

Wilkołak zgrzytnął zębami, zacisnął pięści, ale się opanował.

- Nie żartuję. Proszę o pomoc. Jako przywódca watahy i jako ojciec.

Róża już chciała odpowiedzieć, żeby sobie poszedł, bo i tak nie może dla niego zrobić, ale zauważyła we wzroku wilkołaka coś, co kazało jej się spytać.

- A co się stało?

- Mój syn i syn Werga, oni zaginęli.

- Wytropcie ich, po coś w końcu macie super węch. – powiedziała zimno Kalina.

- Poczekaj Kalino – przerwała jej Róża – skoro Wreg przyszedł do nas, to znaczy, że nie może go wytropić, tak?

- Tak.

- A mówiliśmy wam Krajanom tyle razy, że ludzie są od was przebieglejsi. To nie, musieliście się tu pchać, a teraz się dziwicie, że coś idzie nie tak – zgrzytała zębami Malwina.

Róża patrzyła na niego ze smutkiem.

- Wybacz Wreg, nie mogę ci pomóc. Nie mogę się do was wtrącać.

- Na twoim balkonie mieszka elfik! – wybuchł mężczyzna – jej pomogłaś!

- To moja przyjaciółka, to raz, a dwa ona ma tam służbowe mieszkanie, do domu jej nie wpuściłam – odparła Róża – poza tym, co ja mogę? Skoro wy nie możecie ich znaleźć, to ja tym bardziej.

- Macie swoje sposoby – Strażniczka widziała rozpacz w oczach Wrega.

- Ja wam nie mogę pomóc, ale na posterunku policji jest kapitan Nowak.

- Powiernik Prawa?

- Tak, ten sam. On zna się na ludziach i na ich odnajdywaniu. Zgłoś się do niego.

- Dobrze. Zgłoszę się.

Wreg odszedł ze spuszczoną głową.

- Oj nie masz litości dla pana Karola – śmiała się Kalina – dbasz o to, żeby BOHATER  się nie nudził.

- Znowu zaczynasz bredzić – prychnęła Róża – tylko w ten sposób będę mogła pomóc Wregowi. Zwłaszcza, że w ciągu kilku dni, to już trzecia osoba, która zgłosiła zaginięcie dziecka. I wszystkie z nich, to istoty niebezpieczne. Dlaczego zapadły się pod ziemię? Nie podoba mi się to.

- Nie wolno nam się wtrącać – przypomniała Malwina.

- A kto się wtrąca? My tylko pomagamy policji.

 

Komendant i kapitan są przerażeni

Poniedziałek zaczął się wyjątkowo spokojnie. Z aresztu wypuszczono ostatnią osobę, która wyzdrowiała z „rysunkowego wirusa”, a w więzieniu pozostała jedynie grupa kotołaków (stali bywalcy) oraz chochlik złodziejaszek, który posiadał czapkę niewidkę. Czapkę zarekwirowano i odesłano do Baśniowej Krainy, a chochlik dostał ostrzeżenie i dwa tygodnie za kratami.

Policjanci zajęli się zaległymi sprawami, które w większości tego dnia udało się rozwiązać. Karol nie miał co prawda tyle szczęścia, bo nie znalazł zaginionego dziecka Szecherezady, ale nikt mu nie zawracał głowy, więc uzupełniał raporty.

I ktoś nagle powiedział.

- Ale dziś spokojny dzień.

I wszystko się skończyło. Na komisariat weszło dziesięciu mężczyzn, wyglądających na gangsterów. Ubranych w drogie garnitury oraz buty. Na nadgarstkach błyszczały im złote zegarki. Wszyscy byli brodaci, z modnie ułożonymi fryzurami. Do dyżurnego policjanta podszedł najwyższy i najpotężniejszy z nich i warknął.

- My do kapitana Nowaka. Prowadź – dyżurny zaszczękał zębami i zerwał się zza biurka i poprowadził grupę w głąb budynku. Nie wiedział czemu, ale ze strachu wszystkie włoski stanęły mu dęba na karku, a w głowie tłukła się myśl.

„Uwaga! Śmiertelne niebezpieczeństwo!”

Jeszcze bardziej się wystraszył, kiedy zdał sobie sprawę, że ci wielcy mężczyźni poruszają się zwinnie i cicho. Tak cicho, że dwa razy się obejrzał, żeby upewnić się, czy za nim idą. Niestety, szli.

Policjant zapukał do pokoju kapitana, ale nikt mu nie odpowiedział.

Szczękając zębami, poinformował grupę, że ten pewnie siedzi u komendanta.

- Prowadź – warknął ten sam mężczyzna.

Okazało się, że rzeczywiście tam był.

Wielki mężczyzna odsunął dyżurnego, jakby ten był manekinem i wszedł do gabinetu.

Marek Odolaniec i Karol Nowak zamarli widząc watahę wchodzącą do małego pomieszczenia. Nagle zrobiło się bardzo ciasno i dziwnie. Kapitan i komendant nie wiedzieli czemu, ale nagły strach chwycił ich za gardło. Czuli, że są w niebezpieczeństwie, ale nie wiedzieli czemu, ponieważ gromada wielkich chłopów nie wykazywała żadnych agresywnych zamiarów.

- Panie Powierniku Prawa – zwrócił się przywódca do Karola – jesteśmy wilkołakami.

Marek Odolaniec i Karol Nowak, zbledli. Wiedzieli, że wilkołaki to jedne z najgroźniejszych Baśniowych Stworów, ale do tej pory nie mieli z nimi jeszcze do czynienia.  

Komendant czuł, że nie może złapać powietrza. To samo działo się z Karolem.

Przywódca widząc, co się dzieje westchnął i warknął coś do reszty. Wilkołaki zaczęły wychodzić, zostało tylko dwóch.

Usiedli na krzesłach naprzeciw policjantów, którzy nadal byli, jak skamieniali.

- Nie zjemy was – zapewnił wilkołak.

Mężczyźni pokiwali głowami i zaczęli z trudem łapać powietrze.

- Dlaczego tak reagujemy? – zapytał ich komendant.

- Pierwotny instynkt mówi wam, że macie się nas bać. Rzeczywiście jesteśmy groźni, ale w waszym świecie jeszcze niczego nie zrobiliśmy. Przynajmniej nasze dwie watahy, za inne nie odpowiadam – sprostował ten sam wilkołak – ja jestem Wreg, a to mój brat Werg i mamy problem. Nasi synowie zapadli się pod ziemię.

- Rozumiem, że zgłaszacie zaginięcie – Karol usiłował mówić normalnym głosem, ale z trudem wydobywał dźwięki z gardła.

- Tak. Róża powiedziała, żeby się do pana zgłosić – powiedział Wreg.

„Więc to jej sprawka”? – pomyślał Karol.

- Proszę nam wszystko opowiedzieć, kiedy panowie widzieli po raz ostatni swoje dzieci, ile mają lat, rysopis – Karol sięgnął po kartkę i długopis.

- A to nie wystarczy zgłosić i już? – dziwił się Wreg.

- Nie. Żeby znaleźć zaginioną osobę musimy mieć, jak najwięcej danych.

- Dziwne to – mruknął Wreg – co ma do tego, kiedy ich widzieliśmy po raz ostatni. Jeszcze to o wyglądzie, to rozumiem, ale reszta?

Komendant postanowił się odezwać.

- Szanowni panowie, w policji wykorzystujemy dedukcję, składamy wydarzenia, jak puzzle, kawałek po kawałku. Każdy szczegół jest ważny. Na przykład, czy w pokojach synów nie było jakiś niecodziennych broszurek.

- Broszurek?

- No takich, które zapraszają młodych ludzi na spotkania, które potem mogą się okazać pułapką, która wciąga nastolatka na przykład do sekty.

- Rozumiem – powiedział Wreg – my zazwyczaj używamy węchu i tak odnajdujemy swoich, gdziekolwiek by nie byli. Ale w tym przypadku, trop ucina się w jednym miejscu i klops.

- Proszę nam opowiedzieć, gdzie urywa się ten ślad.

Werg i Wreg spędzili na komisariacie około dwóch godzin opisując wiele rzeczy ze szczegółami. Na koniec powiedzieli do kapitana.

- Bardzo pana prosimy, żeby przyjechał pan do naszych domów i przeszukał pokoje chłopaków. My nie umiemy korzystać z dedukcji, ale jeśli pan znajdzie coś podejrzanego, to my będziemy w stanie wywęszyć skąd ta rzecz, czy pismo pochodzi. Potrafimy współpracować.

- Jesteśmy wzorowymi obywatelami – i uśmiechnęli się drapieżnie.

- A co jeśli okaże się, że panów synowie nie żyją? – odważył się zapytać Karol.

Wilkołaki spojrzały na niego z politowaniem.

- To, że wpadli w złe towarzystwo, jest pewne, to że nie żyją, wątpię? Niby kto mógłby ich zabić? Jesteśmy na szczycie drabiny ewolucyjnej, naprawdę niełatwo się nas pozbyć.

- Rozumiem. Na razie panom dziękujemy i jak tylko coś znajdziemy, to damy znać – powiedział kapitan.

- Zapraszamy do nas na rekonesans – przypomniał Wreg.

- Dzisiaj? – zdziwił się Karol.

- Nie. Dziś nie, ale jutro. Proszę wpaść około 13 00 – wilkołak wyjął wizytówkę – tu ma pan adres. Dziękujemy i do widzenia.

Kiedy wyszli obaj policjanci odetchnęli i przez bardzo długi czas milczeli.

- W życiu się tak nie bałem – powiedział w końcu komendant – nawet tych wampirów.

- Ja też. Dobrze, że siedziałem, bo obawiam się, że nogi mogłyby się pode mną ugiąć i byłby wstyd.

- Czy Róża mówiła ci coś o tych wilkołakach?

- Niewiele. Tylko, że one często za nich wychodzą za mąż.

- Oszalały!

- Możliwe.

- Idź do niej i wypytaj się o wszystko. Puszczę cię jutro do ich domów tylko wtedy, jeśli ona z tobą pojedzie. Nie mogę oprzeć się myśli, że zrobią z ciebie główne danie.

- Myślimy więc o tym samym – Karol głośno przełknął ślinę.

Potem chciał wstać, ale nogi miał nadal, jak z waty.

- Chyba jeszcze chwilę posiedzę.

- Posiedź synu, posiedź – odparł Marek Odolaniec.

 

Kolejny odcinek 25 lutego

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"