Sofia- Bułgaria- cz.1


W Bułgarii byłam miesiąc temu, ale dopiero teraz mam czas żeby to opisać.
Zanim jednak zacznę opowiadać o zabytkach i jedzeniu, najpierw podzielę się z Wami tym, co mnie tam zaskoczyło.
Sofia jest bardzo podobna do Warszawy. Ma zabudowę pamiętajacą czasy komuny i wiele osiedli przypominało mi np. Tarchomin. Część starego miasta i okolic mogę przyrównać do ulicy Chmielnej czy Nowego Świata, a park, obok którego mieszkaliśmy, kojarzył mi się z tym na Bródnie. Z tym, że Sofia jest bardziej cofnięta w czasie, niby są nowoczesne budowle i szklane domy, ale i tak można się poczuć, jak na początku XXI wieku. Ale to nie jest wadą tego miasta. Po prostu czułam się tam swojsko. Nie miałam odczucia, że jestem w innym kraju. Zwłaszcza, że oni mają akcent podobny do nas. Spodziewałam się zaśpiewu rodem z Rosji czy Ukrainy, tymczasem oni go nie mają. Dlatego, czy to na ulicy, czy to w metrze moje uszy były obojętne na to, co słyszałam wokół siebie. Kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła, to że wyobrażałam sobie Bułgatów w bardziej egzotycznej odsłonie, bardziej bałkańskiej ewentualnie tureckiej. A okazało się, że ja i mój brat jesteśmy bardziej egzotyczni niż oni. 



Jeszcze jedna rzecz mnie zdziwiła, oni są cichsi od Polaków. My za przeproszeniam drzemy ryło, a oni mówią spokojnie (nie dotyczy nastolatków, ci zawsze się drą). W parkach jest dużo ludzi i dzieci, ale nie miałam uczucia, że zakrzykują otoczenie. Ludzie są spokojni i umieją odpoczywać. My jesteśmy bardziej nerwowi i hałaśliwi (nie dotyczy młodych, dorosłych Bułgarów w nocy pod monopolowym;)). I ostatnia rzecz, która mnie zaskoczyła. Przyroda. No jest taka sama, jak u nas. I trawa i kwiaty i drzewa. Jedynie kaktusy rosnące na balkonach i daszkach były egzotyczne. Za to na głównym deptaku rosły kasztanowce, w górach świerki, a na łące pleł się rumianek.  Pewnie bliżej Morza Czarnego znalazłabym więcej nieznanych mi roślin, w Sofii i okolicach, było, jak w Warszawie. 
Jak wiecie ostatnio jestem fanką słowiańskich języków, dlatego w Bułgarii czułam się, jak ryba w wodzie. Znam cyrylicę, więc i napisy nie miały dla mnie tajemnic. Bułgarskie literki trochę się różnią od rosyjskich, ale można je bez problemu skojarzyć. I jak w innych krajach jestem niema, to w Bułgarii rozgadałam się na maksa. Czytałam napisy, opisy, tłumaczyłam piąte przez dziesiąte i byłam wniebowzięta tym, że tyle rozumiem. I ponawiam moją tezę, że w słowiańskich językach da się dogadać. Pan w knajpie mówił coś do mnie po angielsku, a ja mówiłam: mów pan po bułgarsku. No to on odpowiafał w swoim, a ja w swoim. I na koniec, to on, a nie ja powiedział: "my, Słowianie, to się umiemy dogadać.' Chociaż są w niektórych słowach zaskakujące różnice. Zwykłe dziękuję, po ukraińsku jest diakuju, po rosyjsku spasiba, a po bułgarsku....MERCI! Zadziwiające. 
No i to odwrotne kręcenie głową. Nacięłam się na nie w metrze, kiedy pytałam o drogę. Kiedy odeszłam od tych ludzi, usłyszałam, że się śmieją. Załapałam, że chodzi o tak i nie. W Bułgarii tak, to jak u nas kręcenie głową na nie, a ich nie, to nasze potakiwanie. Swoją drogą, skąd im się to wzięło? AI mi podpowiada, że Bułgarzy zaszczepili to w sobie, kiedy Turcy ich okupowali i zmuszali do przyjęcia islamu pod groźbą kary śmierci. Kręcili głową, że niby wyrzekają się chrześcijaństwa, ale w sercu mieli nie. Tych przyczyn jest więcej, ale ja daję ten jeden pomysł.
Wracając do tematu. Kiedy usłyszałam śmiech, zrozumiałam, że to przez odwrotne kręcenie głową. Podeszłam do nich i pytam kręcąc głową: tak tak, nie nie? Znowu się roześmiali, ale podeszła dziewczyna i powiedziała: spokojno... i jeszcze raz potwierdziła, że znajdujemy się na dobrej stacji metra.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Cypr cz.1