Więzienna Planeta odc. 7


 ZIEMIA
Ania
Wyszła ze sklepu z siatką pełną butelek dobrego, czerwonego wina i skierowała się do samochodu. Sklep, w którym się zazwyczaj zaopatrywała znajdował się nieopodal klubu z muzyką na żywo. Przechodziła koło niego wielokrotnie, słysząc różnorakie granie, ale nigdy tam nie wstąpiła. Dzisiaj przystanęła na chwilę i zaczęła się przysłuchiwać grze kapeli złożonej z młodych ludzi, która robi, co może, żeby zainteresować publiczność. Średnio im to wychodziło.
Nie wiedziała, czemu to zrobiła, ale weszła do środka i podeszła prosto do wokalisty. Pomachała mu ręką. Przestał śpiewać, a po chwili jego kumple przestali grać.
- W drugim wersie lepiej wyjdzie wam w A7, a refren powinien kończyć się na a mol – odwróciła się i wyszła.
Kiedy wsiadała do samochodu zaczęli ponownie grać i wzięli jej sugestię pod uwagę. Od razu wyszło im lepiej.
Usiadła za kierownicą i zamarła.
„Dlaczego ja to zrobiłam?” – zadała sobie pytanie – „Czemu podeszłam do obcych ludzi i dawałam im rady? Czy ja zaczynam wariować?”
Wyrównała oddech. To nie mogło się więcej powtórzyć.
Wyjechała z parkingu na ulicę i już po chwili zapomniała o sprawie zbyt pochłonięta rozmową służbową z szefem na temat terminu oddania projektu.
Nie była to miła rozmowa i po niej musiała zaaplikować sobie pół butelki wina.
 
Nina
Policjant wprowadził Ninę na salę sądową, która pękała w szwach od publiczności. Były tam jej koleżanki, osoby poszkodowane, prasa i zwykli gapie.
Dziewczyna miała rękę w gipsie i kulała na jedną nogę. Ale szła z dumie uniesioną głową i zaciętym wyrazem twarzy. Postanowiła walczyć do końca.
Sędzia czytał zarzuty, a ona rozglądała się po sali. Nigdzie nie widziała Anabel ani Mariolki. Zgadywała, że będą przesłuchiwane w roli świadków.
- Czy przyznaje się pani do zarzucanych jej czynów? – sędzia skierował do niej pytanie.
- Nie. Wysoki Sądzie, ja tego nie zrobiłam – powiedziała Nina.
Zaczęła się rozprawa, podczas której wypowiadali się mężczyźni, których napadła i wywiozła do lasu. Patrzyła na nich z politowaniem, ale i lekkim rozbawieniem, bo żaden z nich nie mógł potwierdzić, że to była ona.
Nie widzieli jej twarzy, ledwo opisywali jej sylwetkę, dosyć często łącząc jej cechy z cechami Mariolki. Niestety to nie oni nasłali na nią policję, a Anabel. Potem przyszła do aresztu i proponowała jej dobrego adwokata, ale Nina odmówiła i wzięła zwykłego z urzędu. Miała nadzieję, że mimo wszystko uda jej się wywinąć.
Wtedy wykreśli Anabel z listy znajomych, weźmie Mariolkę i założą osobną frakcje, do której dołączą dziewczyny najbardziej oddane sprawie.
I tego postanowiła się trzymać.
 
 
Agata
Weszła do mieszkania trzymając w ręku pakiet papierów.
- Po co nam skrzynki pocztowe, skoro jedyne co tam się znajduje, to reklamy i bezpłatne gazety – otworzyła szafkę pod zlewem – napiszę o tym felieton – burczała.
I już miała wrzuć wszystko do kosza na śmieci, kiedy spośród kolorowych kartek wysunęła się biała koperta.
- A to co? Zaproszenie na pokaz garnków?
Obejrzała stempel i zamarła.
To był list z ziemskiego centrum Więziennej Planety.
Zadrżała. Nie powinni wysyłać jej listów do domu, jeżeli już, to do redakcji? Skąd znali mój adres?
- Permanentna inwigilacja! – wykrzyknęła – o tym też napiszę felieton, a nawet książkę.
Usiadła przy kuchennym stole i położyła kopertę na blacie.
Dreszcz przeszedł jej po plecach.
- A jak przesadziłam z moim wścibstwem i oni pozwali mnie do sądu?
Wzięła się w garść i otworzyła list.
Było to krótkie pismo, w którym została zaproszona na spotkanie z Olgą Kowalską, która życzyła sobie ją widzieć 12 września o godzinie 10 00 rano w sali konferencyjnej, budynek C - parter.
Nie uwierzyła własnemu szczęściu i przeczytała pismo jeszcze dwa razy. Żeby upewnić się, że to prawda.
- Udało mi się! – wykrzyknęła radośnie, chociaż tak naprawdę, to nie była jej zasługa, a wkurzonych na nią członków instytucji.
Ale Agata była pewna, że po spotkaniu z panią Olgą na pewno uda jej się dostać do Karnego Miasta.
Spojrzała w kalendarz, 12 września wypadał równo za dwa tygodnie, miała więc trochę czasu, żeby się dobrze do tego spotkania przygotować.
 
WIĘZIENNA PLANETA
 
Karol i Olga
- Czemu zobaczę panią dopiero za miesiąc? – pytał Karol.
- Przejdzie pan pod opiekę innych specjalistów, dzięki czemu będę mogła obiektywnie stwierdzić, czy rzeczywiście robi pan postępy w terapii.
- A pani gdzie wtedy będzie?
- Na Ziemi – odparła zgodnie z prawdą.
Karolowi zaświeciły się oczy.
- A może mi pani coś stamtąd przywieźć?
- Nie – powiedziała- jest pan w tej chwili pozbawiony wszelkich praw i przywilejów, nie może pan mnie o nic prosić.
Pokiwał głową i stwierdził.
- Szkoda- po czym zapytał – a po powrocie będzie pani mogła mi opowiedzieć, co się tam dzieje?
- Nie. Przykro mi.
Zauważyła, że po raz pierwszy się zirytował.
Więźniowie na co dzień nie myśleli o domu, Ziemi, rodzinie czy znajomych i skupiali się na tu i teraz, ale wystarczyła jedna wzmianka o czymś dla nich bliskim, a budziła się w nich tęsknota.
- Czy chce pan ze mną porozmawiać o tym, co pan w tej chwili czuje? – zapytała.
- Przecież widać – burknął.
- Proszę na mnie nie burczeć, bo to i tak nic panu nie da.
Próbował się opanować. Nie chciał tak kończyć ostatniego spotkania przed miesięczną rozłąką. Ale sam musiał przyznać, że na chwilę stracił nad sobą panowanie. Nie wiedział jeszcze, czy to z jej powodu, czy też z powodu odmowy przywiezienia mu pamiątki.
- Wiem – odparł swoim zwykłym obojętnym tonem – przepraszam.
- Ja się nie gniewam. Raczej cieszę się, że mam pan jakieś emocje.
- Uważa pani, że nie mam w sobie emocji? Że jestem zimny? Obojętny?
- Takie stwarza pan pozory, ale po dzisiejszej reakcji, mogę w końcu napisać w moich notatkach, że jednak jest pan człowiekiem.
Nastała cisza. Olga zrozumiała swój błąd. Chciała zażartować, ale miała do czynienia z zimnym racjonalistą, który poważnie traktował jej słowa.
- Tym razem, to ja przepraszam – powiedziała szybko.
Ale cisza trwała. Karol patrzył na nią poważnym wzrokiem i myślał.
Olga nie chciała dać tego po sobie poznać, ale czuła się przyszpilona tym wzrokiem do fotela.
W końcu Karol się odezwał.
- To, że nie okazuję uczuć, nie oznacza, że ich nie mam. Mam mnóstwo emocji, a większość z nich dotyczy pani.
- Zatem miesiąc rozłąki dobrze nam zrobi. Postaram się, żeby część osób, która będzie się z panem widywała, była kobietami. Będzie pan mógł dzięki temu zweryfikować uczucia wobec mnie.
- Łudzi się pani myśląc, że podoba mi się pani tylko dlatego, że długo nie widziałem innych kobiet. Ja wiem, co zawsze lubiłem i co lubię, pani wypełnia to w stu procentach.
- Nie zna mnie pan.
- Ale poznam.
Olga wstała.
-  Z pewnością, ale na pewno nie tak, jakby pan chciał.
Karol również wstał i zastąpił jej drogę do wyjścia.
- Nie zniechęci mnie pani tym, że jest dyrektorem więzienia.
- Karolu, więzień i dyrektor więzienia to marna szansa na przyszłość. Poza tym, do tanga trzeba dwojga, a na razie jest pan sam, jak palec.
Karol wyciągnął rękę i w tym momencie do sali weszło dwóch strażników. Olga powstrzymała ich, ale też odsunęła się od więźnia.
- Nie może mnie pan dotykać – przypomniała.
- Teraz nie, ale przyjdzie taki czas…
- Nie przyjdzie – zapewniła go.
Karol zaśmiał się cicho.
- A jednak nie jest pani wobec mnie obojętna. Widzę, jak zaróżowiły się pani policzki, słyszę krótki oddech…
- Proszę skończyć – ucięła i ruszyła do drzwi – do zobaczenia za miesiąc.
- Nie mogę się już doczekać.
 
Robert
Wracał wraz z więźniami z budowy muru, kiedy podeszła do niego jedna z więźniarek i powiedziała z zachwytem w głosie.
- Ależ pan jest dzielny.
- Czemu pani tak mówi? – zapytał.
- Całe miasto o tym mówi.
- O czym? – nie rozumiał.
- O tym, jak pan zabił gołymi rękoma tego zwierzaka.
Plotki rozchodziły się tu lotem błyskawicy.
- Wcale nie chciałem go zabić – powiedział.
- Ale bronił pan nas przed jego zębiskami i pazurami – przymilała się więźniarka.
- Raczej siebie przed śmiercią – mówił spokojnym i rzeczowym tonem.
- Proszę nie być takim skromnym – kobieta już chciała wyciągnąć do niego rękę, ale powstrzymała się. Wiedziała, że nie może dotykać strażników.
- Proszę wracać do grupy, jeszcze nie doszliśmy do miasta – odesłał ją szorstko.
Posłuchała, ale zanim odeszła, mruknęła zalotnie.
- Ale w mieście będzie pan już po pracy i ja…
- Proszę ze mną nie rozmawiać – uciął rozmowę i został w tyle.
Wkurzał się, bo od rana nie mógł się opędzić od kobiet. Ta była trzecią, która próbowała go poderwać. Kto by pomyślał, że wystarczyło tylko dokonać bohaterskiego czynu, żeby wszystkie wygłodniałe baby się na niego rzuciły.
 
 
 
Tomasz
Podczas spotkania kontrolnego, opiekun podsumował miesiąc jego pracy nad sobą, mówiąc:
- Jest co raz lepiej, ale…
- Czy kiedykolwiek usłyszę zdanie bez, ale? – zapytał Tomasz, ale bez złości czy irytacji w głosie.
- Na pewno kiedyś nadejdzie taki moment, ale nie dziś – uśmiechnął się do mężczyzny.
- W czym problem?
Opiekun spojrzał na niego poważnie i rzekł.
- Trudno jest uwierzyć zawodowemu kłamcy. Jest pan zbyt dobry, zbyt ułożony, zbyt poprawny. Trudno jest nam uwierzyć, że w tak krótkim czasie porzucił pan swoje stare życie i podjął nowe, uczciwe.
- Czy to niemożliwe?
- Nie wiem – mężczyzna wzruszył ramionami – wiem jednak, że w ciągu ostatniego miesiąca nie zaliczył pan żadnej wpadki. I to jest niemożliwe. Nie może być pan aż tak poprawny. Każdy popełnia błędy.
- Staram się, jak mogę – zapewnił Tomasz – czy to moja wina, że tak dobrze mi wychodzi?
- Za dobrze. I dlatego jest pan mało wiarygodny.
- Rozumiem, że powinienem popełnić kilka pomyłek, a wtedy mi uwierzycie? – teraz Tomasz się zirytował. Naprawdę bardzo się starał, pracował nad sobą, zwalczał instynkty i co? Zamiast pochwały, dostał burę.
- To nie tak.
- A jak?
- Z kłamcami już tak jest. Został pan nakryty i teraz musi dużo czasu minąć, aż zdobędzie pan społeczne zaufanie.
Tomasz nie odpowiedział. Opiekun czekał przez chwilę, czy Tomasz nie zmieni zdania, ale ten uparcie milczał.
- Niemniej jednak uznałem, że zasłużył pan na pewne ulgi. Pozwolę panu przyjść dzisiaj na film do karczmy. Będą tam kobiety, może się pan z nimi zapoznać.
Tomasz spojrzał na niego z pod oka.
- A w czym tkwi haczyk?
- Będę się temu pilnie przyglądał.
Więzień nie odpowiedział, bo nie chciał żeby opiekun cofnął swoją decyzję.
- Nie jest pan zadowolony? – dopytał go mężczyzna.
- Jestem, tylko jeszcze nie dotarło do mnie szczęście, którym mnie pan obdarzył.
 
Bartek
Wszedł do pokoju terapeutycznego i zdziwił się widząc dwóch mężczyzn ubranych w białe fartuchy i z laptopami na kolanach. Jeden był bardzo gruby, sapał przy oddychaniu i co chwilę wycierał chusteczką przepoconą twarz. Drugi był przystojniakiem i burmistrzem Karnego Miasta
- Siadaj pan – powiedział do niego ten drugi.
- Gdzie pani Olga – burknął w odpowiedzi Bartek i nadal stał w drzwiach.
- Wyjechała na urlop – poinformował go burmistrz – przez miesiąc będzie pan miał przyjemność poznać kilku innych terapeutów i trenerów.
- Będą wśród nich kobiety?
- Dwie.
- Ok. Może być – usiadł ciężko na kanapie – a panowie to? – zapytał.
- Paweł Sosnowski, burmistrz Karnego Miasta oraz trener, a obok mnie doktor psychologii pan Leon Wadyński, który będzie u pana szukał dobrych i mocnych cech.
- Nie będzie mi grzebać w głowie byle grubas – burknął Bartek.
Psycholog nie zareagował na obrazę tylko skrupulatnie zapisał to w laptopie.
- Nikt nie będzie panu grzebał w głowie – odparł spokojnie psycholog – od tego są neurochirurdzy, ja pomogę panu odkryć inne cechy niż te związane z siłą.
- A jak mnie się podoba, tak jak jest? – burknął Bartek.
- To będzie pan tu siedział dłużej, niż pan chce – powiedział burmistrz kończąc bezsensowną przepychankę słowną.
- No dobra, róbcie swoje – machnął łaskawie ręką Bartek.
- Na początek odpowie pan na kilka naszych pytań – psycholog rozpoczął spotkanie.
 
ZIEMIA
 
Olga
Weszła do pomieszczenia, w którym znajdowała się tuba transportera i rozebrała się do naga. Usłyszała głos obsługującej maszynę kobiety.
- Pani Olgo sygnał nadany. Ziemia czeka.
- Jestem gotowa.
Olga położyła się na dnie zielonej tuby i przez chwilę przyzwyczajała się do chłodu metalu, z którego została zrobiona. Nad nią zamknęła się pokrywa, która odcięła ją od świata zewnętrznego. Mimo, że podróżowała tak wielokrotnie, za każdym razem czuła niepokój, a w głowie miała wizję wypadku i utknięcia gdzieś między wymiarami albo co gorsza, rozszarpania na strzępy spowodowanego zbyt dużym przeciążeniem transportera.
Więźniowie mieli przynajmniej ten luksus, że byli uśpieni, ona spędzała te piętnaście minut podróży zupełnie przytomna. Kokon, w którym się znajdowała uniósł się do pionu i Olga wiedziała, że zaraz będzie spadać. Na zewnątrz operator włączył przycisk Start i tuba zniknęła z rozbłyskiem. Tymczasem Olga znalazła się w leju transportowym i czuła się, jak na kolejce górskiej w wesołym miasteczku, tylko prędkość nie dławiła jej oddechu, ani nic jej nie przyciskało do ścianek kokonu. Wiedziała również, że po skończonej podróży nie będzie miała zawrotów głowy, ani nie będzie jej się zbierało na wymioty.
Za każdym razem ciekawiło ją, jak wygląda świat poza kokonem, jak tam jest, poza wymiarami. Niestety wszelkie próby dołączenia do tuby okienka kończyły się rozerwaniem urządzenia, a kamery umieszczana na zewnątrz znikały.
Pokrywa otworzyła się z głośnym sykiem, Olga wylądowała na Ziemi.
Wysiadła z urządzenia.
- Witamy panią dyrektor – usłyszała wesoły głos kapitana Jacka Olechowskiego – mamy nadzieję, że urlop będzie udany. No i, że masz dla nas prezenty.
- Za chwilę u ciebie będę, to sam się przekonasz.
Weszła do pomieszczenia odkażającego i eliminującego wszelkie groźne dla Ziemian mikroby i wszyła wprost do szatni, gdzie czekał na nią przygotowany dres. Nie śpieszyła się, ponieważ musiała jeszcze odebrać walizki, a wzięła ich aż trzy. W tym dwie z prezentami dla rodziny i przyjaciół.
Po mniej więcej pół godzinie piła herbatę w gabinecie kapitana i słuchała miejscowych plotek.
- Masz zamiar tu pracować? – zapytał Jacek zmieniając temat.
- Tylko tyle ile trzeba, ale najpierw jadę z rodzicami nad morze. Muszę odpocząć i nie stykać się z niczym, co ma związek z więzieniem, terapiami i papierami.
- A potem?
- Potem spotkam się z tą dziennikarką, a później popracuję z tobą przez kilka dni.
- Paweł powiedział, że mam cię pilnować i że ma to być maksymalnie trzy dni, a potem masz dalej wypoczywać.
- Tak właśnie zrobię – Olga uśmiechnęła się promiennie.
 
Nina
Do aresztu przyszli jej rodzice, ale nie chciała się z nimi widzieć. Oni zupełnie jej nie rozumieli. Na pewno chcieliby, żeby się do wszystkiego przyznała i żeby okazała skruchę. Chcieliby, żeby znowu była potulnym dzieckiem, ale nic z tego, nie wejdzie w kierat dobrej córusi. Niech się nimi zajmuje jej brat, w końcu to on był ich oczkiem w głowie, a ona zawsze ta gorsza, głupsza i rozwydrzona. A kiedy tamten drań ją skrzywdził, to nie znalazła u nich zrozumienia, powiedzieli jej, że sama jest sobie winna i że następnym razem powinna być ostrożniejsza. I była. Znalazła osoby, które ją rozumiały, przygarnęły, a potem…
- Ach!!! – wściekła się – nawet Anabel ją zdradziła, nikomu nie mogła ufać.
Rodzice zostawili dla niej list, ale nawet go nie otworzyła, od razu wrzuciła go do muszli klozetowej i spuściła do kanałów. A szkoda, bo było w nim napisane:
„Jesteśmy z tobą cokolwiek się stanie, kochamy cię. Mama i Tata.”
 
 
Ania
Dostała od siostry zaproszenie na przyjęcie zapoznawcze z jej nowym chłopakiem oraz jego rodzicami. Oczywiście Hanka nie mogła do niej zadzwonić i jej o tym powiedzieć, musiała wysłać zaproszenie pocztą priorytetową, jakby chodziło o coś ważnego.
W pachnącej ciężkimi perfumami kopercie znalazła tak zdobione zaproszenie, że car Rosji by jej pozazdrościł. Wszędzie złoto i purpura, zawijasy i cherubinki, jakby to miał być ślub.
Ania obracała zaproszenie w dłoniach.
A to był wieczorek zapoznawczy ludzi, którzy chcieli wejść ze sobą nie w związki uczuciowe i rodzinne, a w interesy, które będą im się opłacać. Jeśli nie, obie strony pożegnają się bez żalu.
Tak to wyglądało. Jej rodzice, też byli wynikiem połączenia interesów, a nie miłości. Mimo, że przeżyli ze sobą 38 lat, trudno było stwierdzić, czy darzą się uczuciem.
Ania porzuciła temat siostry i zastanowiła nad swoimi rodzicami.
Nigdy nie okazywali sobie czułości, nie trzymali się za ręce, nie uśmiechali się do siebie. Byli dla siebie, jak obcy. Dla niej też nie mieli wiele uczuć. Były tylko pochwały lub nagany, w szczególności za oceny w szkole. Ania nie mogła zejść niżej niż 4+ inaczej ojciec grzmiał coś o złej inwestycji itp.
A teraz kolejni ludzie wejdą w związek tylko po to, żeby pomnożyć pieniądze. Będą udawać, że im się to podoba, chociażby wysyłając tak koszmarne zaproszenie, które miało być dowodem na istnienie między nimi miłości.
Ania w to nie wierzyła.
Ale iść musiała.
Musiała też wydać kupę pieniędzy na strój, fryzurę i dodatki, ale wolałaby kupić kilka płyt z muzyką czy iść do filharmonii.
- Życie – westchnęła i nalała sobie wina do kieliszka.
 
Agata
Zaszyła się w mieszkaniu i zabrała do segregowania informacji o Więziennej Planecie, pani Oldze i innych osobach, które tam pracowały lub mieszkały.
Chciała być jak, najlepiej przygotowana na spotkanie z wszechwładną dyrektor więzienia.
- Nie może mnie na niczym zagiąć, nie mogę dopuścić, żeby zbiła moje argumenty – powtarzała co chwilę, jak mantrę.
W rzeczywistości czuła się bardzo niepewnie. Póki walczyła z niewidzialną osobą i biurokracją, wszystko wydawało się łatwe i miała wrażenie, że działa.
Ale teraz miała się spotkać z panią Olgą twarzą w twarz i od tej rozmowy będzie zależało, czy dostanie pozwolenie na pobyt na Więziennej Planecie, czy nie.
A to już nie wyglądało na łatwiznę.
- Dam radę – próbowała sobie dodać pewności siebie, ale jakoś ją straciła.
- Nie uda mi się – zrobiła smętną minę i rzuciła papierami o podłogę.
Wstała i poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i wyjęła z niej kawał kiełbasy i musztardę.
- Jak sobie podjem, to na pewno humor mi się poprawi, a i perspektywy będą lepsze.
 
WIĘZIENNA PLANETA
 
Karol
Leżał wieczorem na łóżku i zamiast spać gapił się w sufit. Myślał.
Pani Olgi nie było zaledwie tydzień, a już tęsknił.
Żadna z kobiet, która prowadziła z nim zajęcia nie dorastała jej do pięt.
Ani urodą, ani kompetencjami.
W tym drugim, to oczywiście się mylił, ale nie były panią Olgą, więc według niego na niczym się nie znały.
Miał świadomość, że takie myślenie pasowało raczej dla nastolatka, ale nie chciał tego hamować.
Tak  rzadko przyznawał się przed sobą, że ma uczucia, że tym razem pozwolił, żeby wypłynęły na powierzchnię. Nie miał pojęcia, że to było z góry zaplanowane. Olga robiła wszystko, żeby na powrót stał się człowiekiem.
Karol nie miał świadomości, że to, co do tej pory przerabiał, było tylko rozgrzewką. Olga i inni trenerzy mieli zamiar dotrzeć, aż do dna jego jestestwa i wydobyć niego to, co najlepsze.
Nie przewidzieli tylko jednego, że Karol zakocha się w szefowej.
Mężczyzna leżał na łóżku i myślał o drobnej kobietce, która zachwycała go, swoją urodą, burzą czarnych włosów i lekkim uśmiechem, który zwalał go z nóg.
Jako rozsądny facet, wiedział, że to nie ma szans, ale ten drugi szeptał, że nie ma rzeczy niemożliwych. I w tej chwili bardziej jemu wierzył, popierając swoje optymistyczne wizję tym, że jemu w życiu wszystko się udaje.
Jakoś wpadki i odsiadki w ogóle nie wziął pod uwagę.
 
Tomasz
Kiedy wszedł do knajpy i zobaczył przynajmniej dziesięć kobiet, z miejsca łzy zakręciły mu się w oczach. Tak dawno z żadną nie rozmawiał, nie flirtował, nie…, nie, nie nie – jęknął w duchu. Cerber – obserwator, też tutaj był i dał mu znak ręką, żeby podszedł.
- Ostatnie wskazówki – burknął Tomek, a potem uświadomił sobie, że nie powinien się tak odzywać, ale było za późno, żeby mógł to zmienić. Jego trener jednak zignorował ten wybuch irytacji i powiedział.
- Pamiętaj, że cię widzę – pogroził mu palcem – jak tylko tu wszedłeś, widziałem twoją minę, bądź ostrożny.
- Będę – burknął Tomasz – mogę odejść?
- Tak.
Zamówił sobie sok pomidorowy i podszedł do pierwszego stolika z brzegu.
- Mogę się dosiąść? – zapytał dwóch kobiet.
Te spojrzały na niego z wyraźnym zainteresowaniem i uznały, że jest wart znajomości.
- Oczywiście – powiedziała jedna z nich, niska blondynka o niebieskich oczach. Jej koleżanka, ruda i piegowata od razu zapytała.
- To ty jesteś tym biedakiem, któremu zabroniono z nami rozmawiać?
Tomasz uśmiechnął się czarująco i odparł.
- Jak widać, okres kwarantanny mam za sobą.
Kobiety zachichotały, a on zdał sobie sprawę, że jak zaraz nie zmieni sposobu rozmowy, to będzie to jego pierwszy i ostatni kontakt z płcią przeciwną. Z drugiej strony, przecież nie powiedział nic wielkiego? Czemu więc one zachichotały?
- Wiecie, jaki film nam puszczą? – spróbował neutralnego tonu.
- Na pewno coś nudnego i z morałem– powiedziała jedna.
- A może jakąś komedię? – dodała z nadzieją druga – lubię komedię.
- Ja bym wolał kryminał – powiedział Tomek.
- Zapomnij – uśmiechnęła się blondynka – tego na pewno nie będzie.
- A dlaczego?
- Nie zapominaj, że jesteśmy więźniami. I wszystko, co nas tu spotyka jest resocjalizacją. Nic tu nie dzieje się przypadkowo – mówiła dalej blondynka.
- Aż trudno uwierzyć, że tak piękne panie też są więźniarkami – Tomek znowu przestał się pilnować.
Dziewczyny zachichotały.
- Ja jeszcze tylko pięć miesięcy – powiedziała ruda – i wracam do domu. Już nie mogę się doczekać.
- A ja rok, ale raczej tu zostanę. Na Ziemi nikt na mnie nie czeka.
Tomek widział ból w oczach blondynki, ale powstrzymał się od pocieszania, wiedział, że to może się źle dla niego skończyć.
Szukał odpowiedniego tonu i słów, żeby podtrzymać konwersacje, ale na szczęście rozpoczęto projekcję filmu. Był to dokument o latach dziewięćdziesiątych XX wieku.
Tomek na początku parsknął pod nosem, a potem go wciągnęło. Kilka miesięcy bez kontaktu z techniką zrobiły swoje. Był jej spragniony.
 
Bartek
Do jego celi wszedł uśmiechnięty burmistrz i od razu powiedział:
- Mam dla pana dobre wieści.
- Zostałem uniewinniony?
- Nie.
- Skrócili mi wyrok?
- Nie.
- To nie ma pan dla mnie żadnych dobrych wieści.
Burmistrz usiadł przy stole, na którym Bartek umieścił kilka małych rzeźb tutejszych zwierząt. Burmistrz musiał przyznać, że były perfekcyjne. Dlatego jeszcze raz pogratulował sobie pomysłu.
- Mam dla pana propozycję- zwrócił się do Bartka- chciałbym, żeby pan sprzedał kilka tych figurek.
Duży mężczyzna zdziwił się.
- Sprzedać?
- Co pana tak dziwi? Rzeźby są świetne i na pewno znajdą się chętni nabywcy. 
- To mogę tu zarabiać?
- W pewnym momencie i tak będzie pan musiał to robić. W naszym mieście niańczymy was tylko przez określony czas, a potem sami musicie zadbać o swój byt. Pan może zacząć już teraz. Za kilka miesięcy, jak wszystko pójdzie dobrze, będzie miał pan trochę oszczędności.
- A pan ile z tego weźmie? - zapytał Bartek.
- Tyle, co podatek. 10% od miesięcznego dochodu.
- A jak zarobię tylko 10 złotych.
- Miasto weźmie złotówkę.
- A skąd pewność, że nie oszukam?
- W tej chwili nie będzie miał pan takiej możliwości, ale po wyjściu stąd owszem, z tym, że jeżeli nas oszukasz od razu lądujesz w Kolonii Karnej. Na zawsze.
- Nie mam dożywocia- oburzył się mężczyzna.
- Więzienna Planeta rządzi się swoimi prawami. Ma pan zamiar nas oszukiwać?
- Oczywiście, że tak - wybuchł mężczyzna - kim bym był, gdybym był uczciwym frajerem?
- Wolnym człowiekiem? - powiedział burmistrz z sarkazmem. A potem wstał.
- Cofam moją propozycję. Nie jest pan gotowy na nagrodę. Ale przynajmniej jest pan szczery, to jest dla nas bardzo ważne. Oby tak dalej.
Mężczyzna wyszedł z celi.
Bartek siedział przez chwilę bez ruchu, po czym wrzasnął i zrzucił na podłogę wszystkie swoje dzieła.
Był na siebie wściekły, ponieważ zdawał sobie sprawę, że pokpił sprawę. Gdyby był Karolem nigdy by się tak nie wygłupił. Niestety był sobą i to, co robił coraz mniej mu się podobało.

 

Kolejny odcinek 06 kwietnia

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"