Więzienna Planeta - odc.12

 

WIĘZIENNA PLANETA
 Bartek
Tego dnia terapeuta zabrał go do pustej hali sportowej i powiedział, że będzie testował jego opanowanie.
Bartek z miejsca się zdenerwował.
- Nie umiem nad sobą panować, bardzo łatwo mnie sprowokować – powiedział do terapeuty.
- Zobaczymy.
Do hali weszło dwóch dużych mężczyzn. Stanęli pod ścianą i czekali na polecanie.
- Ci panowie są po to, żeby w razie czego, cię powstrzymać – poinformował go terapeuta.
- Przed czym?
- Przed zmasakrowaniem mi twarzy – zaśmiał się mężczyzna.
- A co się stanie, jeśli pana uderzę?
- Spokojnie. To test, jeżeli mnie uderzysz, będzie to oznaczać, że jeszcze sporo przed tobą pracy.
- No dobrze, proszę mnie przetestować – zgodził się Bartek.
- Jesteś mięśniakiem, który swoje problemy rozwiązuje za pomocą pięści.
- Taka prawda.
- A słyszałeś o tym, że tak rozwiązują sprawę tylko ci, którzy są głupi i nie mają nic mądrego do powiedzenia.
- Sugeruje pan, że jestem głupi?
- Ty to powiedziałeś.
- To ten test, prawda?
- Możliwe – odparł terapeuta – ale jak na to wpadłeś? Przecież z rozumem ci nie po drodze.
- Może dlatego, że mi o tym wcześniej pan powiedział – Bartek zaczął czuć irytację.
- Brawo – zaśmiał się mężczyzna – rozumiesz co się do ciebie mówi, cóż za błyskotliwość umysłu. Jestem pod wrażeniem.
Bartek nie odpowiedział. Odetchnął kilka razy.
- Nic nie mówisz? Nie masz nic do powiedzenia?
- Nie mam.
- Czyli jesteś głupi?
Bartek nie lubił takich rozmów, łapania za słówka czy naigrywania się z niego, ale wciąż powtarzał sobie, że to test, który ma sprawdzić jego opanowanie.
- Skoro pan tak uważa– burknął w odpowiedzi.
- I nie przeszkadza ci to, że mówię o tobie głupiec?
- A panu? – odparł Bartek.
- Mnie? To ja cię wyzywam!
- To pana problem nie mój.
Terapeuta zamilkł i uśmiechnął się.
- Bardzo dobrze. Zamiast mnie okładać pięściami, odwróciłeś pałeczkę i zacząłeś irytować adwersarza.
- Pani Olga puściła mi filmik o tym, jak bez użycia siły zdenerwować drugą stronę, a samemu nie dać się sprowokować.
- Test zaliczony – wyciągnął rękę do Bartka  - zgoda?
Bartek podał mu swoją rękę.
- Zgoda.
 
Tomasz
Połowa pensji okazała się bolesnym doświadczeniem, zwłaszcza, kiedy opłacił wszystkie rachunki. Okazało się, że stać go będzie tylko na jedzenie i to bez żadnych szaleństw. Tymczasem koledzy powiadomili go, że szykują przyjęcie urodzinowe dla jednego z mieszkańców czynszówki. Potem znajome dziewczyny chciały wyciągnąć go na ciacho do cukierni, a żeby tego było mało, zepsuła się pralka w budynku i trzeba było zrobić zrzutkę na nową.
Tomek usiadł przy stole i złapał się za głowę.
- Nie mogę nie iść na urodziny, bo nie jestem burakiem. I pęknie stówka – skrzywił się – mogę odmówić dziewczynom, nie obrażą się, ale za kilka dni znowu mnie zaproszą. A ja albo będę musiał zapłacić cały rachunek albo za jakiś czas się zrewanżować. No i ta cholerna pralka – spojrzał na kwotę zrzutki i aż go zatkało – nawet na Ziemi tyle nie kosztują – burknął.
Wyglądało na to, że mężczyzna w najbliższym czasie, będzie jadł jedynie chleb z masłem. Gdyby wiedział o eksperymencie wcześniej, zrobiłby sobie jakieś oszczędności, ale terapeuta poinformował go o tym na dwa dni przed wypłatą.
-  Złośliwiec – burknął Tomasz i wstał od stołu. Zajrzał do lodówki i z przykrością stwierdził, że prawie nic w niej nie ma. Trzasnął drzwiczkami i krzyknął.
- Niech oni sobie nie myślą, że mnie tym złamią. Dam sobie radę!
 
Nina
Po trzech godzinach nieustannego walenia w ściany domu, śnieżne małpy odpuściły i zaległa cisza. Nina, Mona i Danka odetchnęły z ulgą, ale nie zamierzały jeszcze wychodzić z piwnicy. To, że zwierzęta nie próbowały dostać się do środka, nie oznaczało jeszcze, że odeszły. Kobiety przez cały ten czas siedziały w ciemności, skulone pod ścianą. Teraz pomału dochodziły do siebie i zastanawiały się, co dalej.
- Ja bym spędziła tutaj noc - powiedziała Danka.
- Ja bym poszukała świeczek i zapałek - dodała Mona i podniosła się z podłogi. Po omacku zaczęła przeszukiwać pomieszczenie. 
Po chwili  światło z dwóch świeczek rozjaśniło mrok.
Piwnica okazała się całkiem przytulna. Były w niej trzy wąskie prycze, szafka, w której znalazły koce i mini lodówka z termicznie zapakowanym jedzeniem.
- Wcześniej tu nie zaglądałyśmy - zaśmiała się Danka - ale najwidoczniej osoby, które nas tu umieściły, przewidziały to i zapobiegliwie zostawiły nam szamę.
- Będzie zimno - orzekła Mona - nie ma tu ogrzewania, a piece na górze pewnie  już dawno się wypaliły.
- Póki co, nie jest tak źle- pocieszała Danka. Potem spojrzała na nadal wciśniętą w kąt Ninę.
- A ty co? Ruszysz się? Czy nadal nic nie będziesz robić?
Nina drżała na całym ciele.
- Wy,wy- jąkała się - wy ich nie widziałyście tak dobrze, jak ja. Ogromne z wielkimi zębiskami.
Szczękała zębami.
- Już ich nie ma - powiedziała Mona - nie panikuj. 
- Najlepiej przygotuj nam coś do zjedzenia - dodała Danka - Zajęcie odwróci twoje myśli od tamtych przeżyć.
Nina przytaknęła i podniosła się z podłogi.
Na trzęsących się nogach podeszła do lodówki i zaczęła wyjmować produkty.
Mona i Danka obserwowały ją uważnie, a kiedy Ninie zaczęły trząść się ramiona jedna z nich powiedziała twardo.
-Ogarnij się, nic się przecież w końcu nie stało.
- Poza tym, zasłużyłaś sobie na to - dodała Mona.
Nina przytaknęła i płakała dalej. 

Jej koleżanki pozostały na to obojętne.


Karol
Pewnego dnia, do jego celi przyszedł mężczyzna, który nie był strażnikiem ani terapeutą. Był ubrany w brudny, roboczy kombinezon, z którego kieszeni wystawały klucze i jakieś druty.
"Czy on zwariował? - pomyślał Karol- przecież mógłbym go tym zabić? A może moi trenerzy sprawdzają, jak się zachowam w stosunku do normalnych ludzi?"
Okazało się, że był to główny mechanik- wynalazca, który dowiedział się o jego zdolnościach matematycznych i postanowił go sprawdzić.
Mężczyźni usiedli przy stole i mechanik od razu przeszedł do rzeczy.
- Mam dla ciebie propozycję pracy. Na razie umysłowej, ale kiedy stąd wyjdziesz, to będziesz miał u mnie pracę. Oczywiście, o ile rozwiążesz te łamigłówki - podał mu cienki zeszyt.
- Oczywiście, jeśli stąd wyjdę - powiedział chłodno Karol.
- Dlaczego miałbyś nie wyjść? 
- Mnie nie pytaj. Nie ja o tym decyduję.
- Ja też nie, ale z natury jestem optymistą i zawsze zakładam to lepsze rozwiązanie.
- A jeśli nic z tego nie wychodzi?
- Wtedy analizuję i staram się błąd skorygować.
"Tylko jakiegoś wesołka mi tu brakowało" - pomyślał kwaśno Karol.
- Dobrze. Rzucę na to okiem.
Gość wstał i uśmiechnął się szeroko.
- Więcej entuzjazmu - powiedział - zajrzę do ciebie za pięć dni. 
Karol został sam. 
"Co to ma być za test? Mojej cierpliwości czy też na prawdę widzą dla mnie jakieś szanse? Ciekawe czy pani Olga maczała w tym palce. Na pewno... Chciałbym ją zobaczyć..."
Otworzył zeszyt i po chwili zapomniał o wszystkim. Świat cyfr i znaków całkowicie go wciągnął.

Olga i Robert
Wezwała kapitana na rozmowę w sprawie najmłodszej więźniarki w mieście.
- Jak sobie radzi? - zapytała go.
- Nadal jest wystraszona, ale podjęła pracę w sklepiku z pamiątkami. Nie ma tam dużego ruchu i ma spokój.
- Skoro o pamiątkach mowa. Jak ci się podobają rzeźby?
- Bardzo realistyczne i szczegółowe.
- Jak zobaczysz, kto je tworzy, to padniesz z wrażenia.
- W takim będę szoku?
- Tak. Ale wróćmy do młodej. Tomasz się przy niej nie kręci?
Robert uśmiechnął się lekko.
- On? Nie ma do tego głowy. Musi walczyć o przetrwanie. Dominik uciął mu kasę.
- A nasz bawidamek nie potrafi bez kasy błyszczeć. 
- I za nic w świecie nie przyzna się, że nie ma nic w portfelu.
- Dobrze. A inni?
- Jest pewne zainteresowanie, ale trzymamy ich z daleka. Mają zakaz wstępu do sklepu, a poza tym umieścili go w żeńskiej części, a tam panowie nie mogą za bardzo się zapuszczać.
- Jeszcze lepiej. A ty, jak się czujesz w nowej roli?
- Rdzewieję za biurkiem - uśmiechnął się Robert - mam połowę miej patroli. Jedyne, co mnie ratuje od całkowitego zgnuśnienia, to budowa muru.
- Coś ci nie wierzę - zaśmiała się Olga – nie dalej, jak dzisiaj rano widziałam, jak przemierzałeś miasto razem z nowym sierżantem.
- No dobrze, nie jest tak źle, ale nie lubię papierków.

ZIEMIA

Agata
Było jej smutno. To, że szef zachował się jak świnia, nie oznaczało, że łatwo jej było opuścić redakcję, w której spędziła kilka wspaniałych lat. Nawiązała przyjaźnie, a teraz co? Zadzwonią do niej raz czy dwa i zapomną. Poza tym ona wyjedzie, a jak wróci ich świat będzie już inny niż jej.
Pociągnęła nosem i postanowiła wyżalić się bratu. 
- Przestań przeżywać - brat, jak zwykle wylał jej kubeł zimnej wody na głowę - jedziesz na rok na Więzienną Planetę. Twoje marzenia spełniły się bardziej, niż oczekiwałaś.
- Wiem, ale mógłbyś mnie pocieszyć - jęknęła przeciągle.
- No przecież cię pocieszam - zdziwił się brat.
Dlaczego nie miała siostry, ta by ją lepiej zrozumiała. Po czym zreflektowała się. Za nic by nie wymieniła brata, a on rzeczywiście na swój sposób ją pocieszał.
- Dzięki - pociągnęła nosem.
- Nie becz. Czeka cię super przygoda. A jeśli twoi przyjaciele są prawdziwi, to za rok spotkasz się z nimi i a jeśli to podróbka przyjaźni, to nie ma co nad nimi rozpaczać.
- Dzięki. Jesteś super brat. Wiesz?
- Wiem - odparł nieskromnie brat.

Ania
- Pani rodzice nalegają na spotkanie - powiedział do Ani adwokat.
- Nie chcę ich widzieć.
- Może powinna pani to zrobić. W końcu to pani najbliższa rodzina.
- Nie spotkam się z nimi.
- Oni mają propozycję, jak załagodzić to nieszczęsne wydarzenie.
- Czyim jest pan adwokatem! -zdenerwowała się Ania- moim czy ich.
- Oczywiście, że pani. Z tym, że rodzice mogą wyciągnąć panią z więzienia już za kilka dni. Bez procesu, bez wstydu i nagonki ze strony prasy.
- Już panu mówiłam, przyznaję się do wszystkiego, chcę odbyć karę i najlepiej, jak najdalej od rodziny.
- To co pani mówi jest nierozsądne. Każdy chce, jak najszybciej wyjść na wolność.
- A ja wręcz odwrotnie - syknęła - i proszę mnie nie naciskać.
Adwokat patrzył na nią z niedowierzaniem.
- Dlaczego?
- Ponieważ chociaż przez jakiś czas nie będę musiała pracować w tej chorej firmie i wciąż walczyć o awans. I moja rodzina nie będzie miała już na mnie wpływu. A najlepiej niech mnie wydziedziczą i zapomną o moim istnieniu.
- Teraz pani tak mówi, bo jest wzburzona. Ale co pani zrobi po powrocie? Bez pieniędzy?
- Dlaczego bez pieniędzy? - zdziwiła się Ania.
- Więzienie, to jedno, a odszkodowanie dla ofiary, to drugie.
- Ile?
- Żąda miliona.
- Ile dostanie?
- Maksymalnie 100 tysięcy, ponieważ ostatecznie skończyło się na wstrząśnieniu mózgu i wielkim siniaku.
- To pieniędzy mi nie zabraknie - odetchnęła Ania.
- Pani ojciec uważa, że...
- Mój ojciec nie ma dostępu do mojego konta. Ja nie prowadzę rozrzutnego stylu życia. Mam więcej, niż wszystkim się wydaje.
- Skoro pani tak uważa.
Ania spojrzała na niego ze złością.
- Albo pan przestanie traktować mnie, jak dziecko albo zmienię adwokata.
- Ale co pani...- zaperzył się mężczyzna.
- Może moi rodzice nie mają o mnie dobrego zdania, ale ja przez kilka lat z powodzeniem kierowałam ludźmi. Nie jestem bezwolną mimozą.
- Ja tak przecież nie uważam - bronił się mężczyzna.
- To niech pan zacznie mnie słuchać, wtedy może w to uwierzę.

 

 

WIĘZIENNA PLANETA

 

Bartek
Spacerował po wewnętrznym dziedzińcu i oddychał pełną piersią. Robił to tak łapczywie, jakby miało mu zabraknąć tlenu. Ustami i nosem nabierał powietrza, nie zważając na to, że temperatura sięgała 12 stopni na minusie. Pierwszy raz od wielu tygodni znalazł się poza budynkiem i chciał wykorzystać ten czas maksymalnie. Cieszyło go również to, że nikt nie deptał mu po piętach i nie zadawał pytań. 
Po kilku minutach, sam zaczął je sobie zadawać.

Czy stał się innym człowiekiem?

Czemu już tak często się nie denerwował?

Czy jego figurki przypadły do gustu turystom? 
Chciał już stąd wyjść i zacząć od nowa.
Zaskoczyła go ta myśl. Ale to była prawda. Pani Olga i trenerzy pokazali mu, że można żyć inaczej. Nauczyli go cierpliwości i skupienia. Może nie garnął się do nauki, ale o rzeźbie i malarstwie przeczytał wszystko, co mu dali. 
Zaczął marzyć. Po raz pierwszy nie o panienkach i łatwej kasie, a o cichym zakątku, w którym będzie mógł się poświęcić swojej pasji. Uśmiechnął się do siebie. Jak dobrze pójdzie, to za dwa miesiące wszystko się ziści.

Nina
Kobiety ostrożnie wyjrzały na zewnątrz i z ulgą stwierdziły, że śnieżne małpy odeszły. Zostawiły po sobie okropny bałagan. Zwierzęta w poszukiwaniu pożywienia  zniszczyły wszystkie owoce ich pracy. Drewno na opał, było rozniesione nie tylko po podwórku, ale i za palisadą. Narzędzia do różnych robót, zamiast leżeć w skrzyni, walały się po ziemi lub zostały wbite w palisadę. Skrzynia została rozbita w drzazgi, a na śniegu widniało sporo krwi.
- Pokaleczyły się - stwierdziła Danka.
Obeszły dom dookoła, ale na samym budynku nie było widać żadnych szkód.
- Solidna budowa - Mona czule poklepała ścianę.
Nina bez słowa zabrała się za porządkowanie szczap drewna. Danka szturchnęła Monę, uśmiechnęły się do siebie, ale nic głośno nie powiedziały. Przyłączyły się do pracy.
- Przydałoby się w końcu napalić w piecach - powiedziała po jakimś czasie Danka – miło byłoby w końcu się ogrzać.
Nina od razu poszła z naręczem szczap do domu.

- Mówisz i masz – powiedziała Danka.

- Cii – uciszyła ją Mona – bo się jeszcze rozmyśli.

Danka przyznała jej rację.

Tymczasem Nina krzątała się po domu i nie tylko napaliła w piecu, ale i przygotowała jedzenie.

Kobiety myślały, że ostatnie przeżycia zmieniły jej charakter, ale to nie była prawda. Ona po prostu zamknęła w sobie gniew oraz nienawiść do świata i postanowiła postawić na przetrwanie. Rozmawiać z nimi nie musiała.

 

Tomasz i Olga
Spotkał swojego trenera w drodze do pracy.
- Jak ci się wiedzie?- zapytał terapeuta.
Tomasz w odpowiedzi tylko burknął coś pod nosem. 
- Rozumiem, że dzisiaj nie będziesz ze mną rozmawiać?
- Nie.
Terapeuta skinął głową i odszedł.
To nie tak, że nie miał nic do powiedzenia. Miał i to dużo, tylko obawiał się, że wszystko, co by powiedział doprowadziłoby go do jeszcze większych ograniczeń. A i tak już było mu ciężko. Skończyły mu się środki czystości i jedyne na co go było stać, to szare mydło. Wszystko prał ręcznie, co w przypadku roboczego ubrania nie miało sensu, bo nie był w stanie pozbyć się plam ze smaru czy farby. Od tygodnia jadł kanapki z serem białym, bo były najtańsze. Chcieli mu pokazać, co dzieje się z ludźmi, którzy w wyniku okradzenia ich szefa ubożeją? I to im się udało. Nie chciał już tego eksperymentu, a przecież minęło dopiero dwa tygodnie. Nie wierzył, że jest w stanie wytrwać do końca.
Oczywiście, mógłby pokombinować, ale raz dwa by to wykryli. Mógłby pożyczyć trochę pieniędzy, ale nie chciał się przyznawać do swojej aktualnej sytuacji bytowej. Poza tym musiałby później to spłacać. A to by wydłużyło jego męki o kolejne tygodnie.
- Dzień dobry Tomaszu - usłyszał głos Olgi.
- Dzień dobry pani dyrektor - starał się, aby jego głos zabrzmiał miło i przyjemnie.
- Mam coś dla ciebie - wyciągnęła w jego stronę papierową torbę, wypełnioną po brzegi różnymi produktami. Zauważył pęto kiełbasy, jakieś konserwy i jajka.
- Dlaczego niby mam to wziąć? - spytał nieufnie.
- Żebyś nam nie zmarniał - uśmiechnęła się do niego.
- To jakiś test? - patrzył na nią spod oka.
Kobieta roześmiała się.
- To żaden test. Przed chwilą spotkałam Damiana, który powiedział, że wyglądasz tak, jakbyś miał kogoś zagryźć, więc uznałam, że trochę cię wesprę.
- A można tak wtrącać się do terapii?
- Jestem dyrektorem więzienia, a nie dyktatorem. Jeżeli, ktoś niedomaga, to staram się pomóc.
- Nie chcę pomocy - burknął - dam sobie radę.
- Nie wątpię - odparła - ale w jakim stanie to skończysz? Ile jadu wyhodujesz? Jak wpłyniesz na otoczenie? Czy jeszcze ktoś będzie cię lubił?
Tomasz chciał odpowiedzieć, że może się obejść bez ludzi, ale wiedział, że to nieprawda.
- Nie miej skrupułów. Kupiłam to dla ciebie.
- Nie chcę jałmużny - żachnął się.
Olga popatrzyła na niego uważnie.
- To o to chodzi? O urażoną dumę?
Tomasz nie odpowiedział.
Olga uśmiechnęła się ciepło.
- Przyjmowałeś prezenty od kobiet, z którymi się spotykałeś?
- A co to ma do rzeczy?
- Przyjmowałeś?
- Tak.
- Zatem potraktuj to jako prezent. Taki Rolex spożywczy .
Tomasz o dziwo zaśmiał się i powiedział 
- W takim razie pięknej kobiecie nie odmówię.
- I tak trzymaj.
Kobieta wręczyła mu zakupy i odeszła.
Tomasz powstrzymał się przed zajrzeniem do środka. Dopiero w pracy usiadł i przejrzał wiktuały.
Dziękował w duchu Oldze za ten prezent.

Karol
Mechanik odwiedził go ponownie i przejrzał jego obliczenia. Na koniec klepnął go w plecy.
- Doskonale. Masz tę pracę. Tylko pamiętaj, rób wszystko, żeby jak najszybciej stąd wyjść.
- Ba. Żeby to było takie proste - mruknął Karol.
- Gdyby było z tobą źle, to by mnie tu nie było. Ale o czym to ja miałem..., a! Pracę zaczniesz od zaraz.
Zajrzał do przepastnej torby, z której wyjął dwa pudła gratów.
- Złóż mi z tego silnik. Ale tak, żeby działał. Niedziałające każdy potrafi zrobić - i roześmiał się ze swojego dowcipu.
Karol czuł, że z irytacji cierpnie mu skóra. Raz, nie miał pojęcia o silnikach, a dwa, facet go swoim zachowaniem denerwował. Nigdy nie lubił tak głupio wesołkowatych ludzi.
- Nie znam się na silnikach - przyznał się.
- W chatce na odludziu skonstruowałeś kilka rzeczy...
- Pułapki i prymitywną włócznię.
- Od czegoś trzeba zacząć - mechanik ponownie klepnął go w ramię. Gdyby nie wszędobylskie kamery, Karol już by mu wykręcił rękę. Zacisnął zęby.
- Niczego nie obiecuję.
- Widzimy się za tydzień - wyszedł zanim Karol zdążył cokolwiek odpowiedzieć.

 

ZIEMIA

 

Agata
Udała się do siedziby Więziennej Planety i poprosiła o spotkanie z kapitanem Jackiem Olechowskim. Bardzo się zdziwiła, kiedy okazało się, że oficer od razu ją przyjmie.
Weszła do gabinetu i przywitała się. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i powiedział.

- Dopięła pani swego. Gratuluję. Olga, czyli dyrektor więzienia, była pod wrażeniem pani uporu.
- Czy to źle? - zapytała Agata.
- Jak widać nie. Wyszło to pani na dobre. Kiedy chce pani lecieć?
- Chciałam po nowym roku, 2 stycznia.
Oficer kliknął coś w komputerze i powiedział.
- Kiepski termin. Ludzie wracają stamtąd po świątecznym urlopie.
Agata wyraźnie się zdziwiła.
- Aż taki macie ruch?
- Aż taki, to nie. Ale kilkanaście osób wyjechało i tyleż samo chce wrócić.
- I 2 stycznia nie ma miejsc?
- Wolny termin mam dopiero dziesiątego. Mógłbym panią wcisnąć na 13 00.
Agata odetchnęła.
- Zgoda.
- Proszę się nie gniewać, ale dziennie możemy wysłać maksymalnie pięć osób i tyle samo przyjąć. Sama podróż trwa około 15 minut, ale procedury przygotowujące, odprawa i przeszkolenie około półtorej godziny. W pani przypadku będzie to jeszcze dłużej.
- A czemu?
- Bo to pierwszy raz.
- Rozumiem – powiedziała, po czym zapytała - codziennie macie tylu ludzi do przesłania?
- Nie. Normalnie ludzie kursują raz na dwa - trzy tygodnie. Taki tłok jest w okresie świąt, ferii i latem. No i kiedy studenci wybierają się na praktyki.
- A ilu turystów rocznie odwiedza Więzienną Planetę?
- Ocho - zaśmiał się mężczyzna - robi pani ze mną wywiad?
Agata spłonęła rumieńcem i bąknęła coś o zboczeniu zawodowym.
- Proszę się nie denerwować - uspokoił ją - to żadna tajemnica - rocznie mamy około 200 osób z Ziemi. Ale jeżeli dołączymy do tego spotkania rodzinne, to będzie około 500 osób.
- Spotkania rodzinne?
- Rodziny odwiedzają więźniów albo swoje dzieci, które u nas zamieszkały.
- Dziękuję za odpowiedź. Co muszę teraz zrobić?
- Musi pani wpłacić sumę za bilet w jedną stronę. A kwotę na powrót zamrozić u nas i aktywować w odpowiednim czasie. Potrzebujemy również badań krwi i opinii lekarza na temat pani zdrowia. Spis leków, które pani stale przyjmuje. Nie może pani wziąć ze sobą bagażu cięższego niż 12 kilo i nie ma żadnego podręcznego.
- Ale ja jadę na rok! - wykrzyknęła Agata - chyba nie wyobraża sobie pan, że będę chodzić w czterech rzeczach na krzyż.
- Faktycznie.
Sięgnął po telefon i przez chwilę rozmawiał z działem technicznym. Kiedy odłożył słuchawkę, uśmiechnął się do niej szeroko i powiedział.
- 25 kilo, a z powrotem maksymalnie 35.
- Dlaczego z powrotem można wziąć więcej?
- Pamiątki?
- Nie pomyślałam - uśmiechnęła się.
- Dodatkowo proszę pobrać w recepcji regulamin i podejść do niego poważnie.
- Zawsze pan o wszystkim informuje podróżnych? - zapytała.
- Nie. Zazwyczaj robi to biuro turystyczne,  ale pani dostała zielone światło od dyrektor więzienia i to na cały rok. Musiałem poznać osobę, która przekonała Olgę do zmiany zdania.

Agata spłonęła rumieńcem, ale uśmiechnęła się szeroko, szczęśliwa, że jej się udało.

- Miło mi to słyszeć – powiedziała.

- Mnie było miło panią poznać. Życzę udanego pobytu na Więziennej Planecie i do zobaczenia.

 

Ania
Została skazana na 5 lat więzienia. Adwokat zapewniał ją, że może dostać wyrok w zawieszeniu, ale ona uparła się odbyć całą karę. Jedyne, czego chciała, to dostać się na Więzienną Planetę. Byle dalej od rodziny.
- Nie wie pani z czym się chce zmierzyć - powiedział do niej adwokat - to nie miejsce  dla takich, jak pani.
- Dlaczego?
- Trafiają tam przede wszystkim recydywiści i osoby, które popełniły bardzo ciężkie przestępstwa.
- Dam sobie radę.
- Czytała pani o tym, że łatwo tam stracić życie?
- Dam sobie radę- powtórzyła z naciskiem.
Adwokat pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Jest pani szalona.
Ania uśmiechnęła się szeroko.

- Dlatego będę tam doskonale pasować.

 Jakiś czas później...



WIĘZIENNA PLANETA

Agata i Olga
Od trzech miesięcy przebywała na Więziennej Planecie i jeszcze ani razu nie pozwolono jej na swobodne poruszanie się po mieście. Pani Olga uważała, że jeszcze za mało wie o tym miejscu.
A przecież poznała już kilkoro ludzi, pokazano jej drapieżniki, a zasady bezpieczeństwa miała wykute na blachę. 
- Pani dyrektor - powiedziała do Olgi, kiedy spotkały się w pracowniczej stołówce - ja nawet pracuję jak wszyscy. Jak długo jeszcze będą mnie tak eskortować strażnicy?
- Już niedługo - odparła Olga.
- Mówi tak pani od dwóch tygodni.
Olga zaśmiała się.
- To niedługo.
Agata wiedziała, że nie wygra, dlatego odpuściła.
- A jak się pani podoba praca? - zapytała Olga.
Agata dostała zatrudnienie w więzieniu, jako archiwistka. Dołączyła do dwuosobowego zespołu i mozolnie przekopywała się przez dokumenty.
- Średnio - przyznała Agata - wolę być w ruchu.
- Jak to dziennikarka.
- I pisarka - dodała Agata - ale rozumiem pani wybór. Dzięki tej pracy, mogę lepiej poznać specyfikę tego miejsca.
- Proszę się nie martwić, za jakiś czas przeniosę panią gdzie indziej.
Agata uśmiechnęła się z wdzięcznością, a Olga dodała.
- Poza tym, czeka panią za kilka dni mała odmiana. Będzie pani budować mur. Jeśli tam się pani sprawdzi, to zdejmę strażników.
- Ten mur, o którym wszyscy gadają?
- Tak. Każdy musi wziąć w tym udział. Nawet ja.
Agata wyraźnie się zdziwiła. O tym jeszcze nie słyszała.
- Pani?
- Owszem, tu chodzi o nasze bezpieczeństwo, ale i o wspólnotę.
- Ciekawe - stwierdziła Agata - nie mogę się już doczekać.

Bartek
Mężczyzna był z siebie bardzo zadowolony. Przez trzy tygodnie budował swój warsztat. Na razie nie był zbyt duży, ale w sam raz do jego typu pracy. Nie miał ogrzewania ani bieżącej wody, jedynie dwa stoły i krzesło. Wiedział, że musi jeszcze dorobić półki i szafki, ale to musiało poczekać. Nie zarabiał tyle, żeby móc sobie na to wszystko pozwolić. W przyszłości planował dostawić jeszcze pomieszczenie mieszkalne, a na razie mieszkał, tak jak inni samotni skazańcy w czynszówce.
Bartek na początku nie mógł uwierzyć, że dostał pozwolenie na wybudowanie swojego warsztatu. Nie było go jeszcze stać na kupienie działki, ale burmistrz zgodził się na dzierżawę. Był mu za to bardzo wdzięczny. 
Do postawienia go wybrał najdalszy kąt części rzemieślniczej miasta, ale niedaleko strażnicy, żeby w razie przedostania się do środka jakiegoś drapieżnika mógł się gdzieś schować.
Oficjalne otwarcie planował zrobić za kilka dni. Zaprosił na nie panią Olgę, swojego irytującego trenera, Karola a także burmistrza. Zaprosił również dziewczynę, która sprzedawała jego dzieła. Nie znał jej dobrze, widział zaledwie kilka razy, ale stwierdził, że ona też powinna się pojawić. Wszyscy obiecali wpaść. Czuł, że rozpiera go duma. Zrobił coś własnymi rękami i nie była to jatka w barze.
Odetchnął i wszedł do warsztatu. Na stole stał spory klocek drewna. Już wiedział, co wyrzeźbi. Usiadł i zabrał się do pracy.

 

Karol
Był na względnej wolności, ale co z tego, skoro nie widywał pani Olgi. Kobieta albo go unikała albo nie wiedział, co jeszcze.
Odbył drugi stopień resocjalizacji, teraz był na trzecim. Pracował w warsztacie mechanicznym, a właściwie wynalazczym. Była to najlepiej płatna fucha dla więźnia, więc pieniędzy mu nie brakowało. Mógłby ją zabrać na randkę. Był grzeczny, uprzejmy, nie zaliczył jeszcze żadnej wpadki i po co to wszystko? Po to, żeby nadal jej nie widzieć? Tęsknił.
Jedyne, co go trzymało w ryzach, to że Bartek poinformował go o tym, że Olga będzie na otwarciu warsztatu. 
Może uda mu się z nią choć przez chwilę porozmawiać?

kolejny odcinek po świętach we wtorek 22 kwietnia

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pakerzy mają coś do przekazania

Korty – odc.1 - wstęp

Jeszcze słów kilka i książce "Chłopki- opowieść o naszych babkach"