Praca nauczyciela ma sens
Jak wiadomo w każdej pracy przychodzi taki moment, że człowiek zastanawia się, czy to, co robi w ogóle ma sens. Ale chyba najbardziej dotyczy to mojego zawodu, gdyż efekty naszej pracy widać nie, kiedy młodzież jest w szkole, ale dopiero w dorosłości, kiedy nie mamy już z nimi kontaktu. Owszem, czasami ktoś wpadnie, ale tylko na chwilę i najczęściej rozmawiają z nami w biegu, bo oni pędzą do pracy, a my na lekcję.
Ja
osobiście nie straciłam sensu mojej pracy. Nadal kocham, to co robię i
uwielbiam młodzież. Ale ten tytuł dałam nieprzypadkowo, bo nawet jeśli my,
nauczyciele lubimy swoją pracę, to czasami potrzebujemy przypomnienia o tym, że
ona ma sens. I nie tylko. Bo potrzebujemy też przypomnienia o tym, że nie jest
obojętne, jakimi jesteśmy pedagogami, że młodzież niesie dalej w świat opinię o
nas, wspomnienia i pamięć. Ja sama raz na jakiś czas wspominam moich
nauczycieli i tych fajnych i tych mniej fajnych.
Ale
do rzeczy, bo mi się ty sentymentalnie zaczęło robić.
Mieliśmy
wczoraj Dzień Otwarty szkoły dla, mam nadzieję, przyszłych kandydatów i z tej
okazji zaprosiliśmy też absolwentów, żeby swoją obecnością pomogli nam
reklamować nasze liceum.
Pierwsze
wzruszenie przyszło do mnie, kiedy jeden z absolwentów, dziś dorosły facet
mówił w auli do pełnej sali rodziców i dzieciaków i tak nas chwalił, że aż mi
poszło w pięty. A potem w mojej klasie miałam przedstawiać przyszłym kandydatom
pracę wolontariatu i chóru, a zamiast tego miałam zlot absolwentów. Przez
półtorej godziny nie wyściubiłam nosa z sali, ponieważ wciąż napływały nowe
rzesze byłych uczniów. W życiu się tak nie ściskałam, jak z nimi. Jak byli
uczniami, to nie mogli, ale jako absolwenci rwali się do robienia ze mną miśka.
To było fantastyczne, a tym bardziej, że nie wszystkich uczyłam i znałam część,
z tak zwanego widzenia. Nie miałam nawet szans z nikim porządnie porozmawiać,
bo tyle osób do mnie przyszło. I to było bardzo wzruszające, ponieważ właśnie
wtedy pomyślałam sobie, że jednak moja praca, mój zawód ma sens. Nawet jeśli
ktoś uważa, że jest przestarzały, że to pruski system, że podstawa programowa
jest do bani, że kolejne rządy wywracają nam wszystko do góry nogami, że jest
RODO, że jakaś ustawa, która nijak ma się do rzeczywistości szkolnej i tak
dalej, to i tak to nie ma znaczenia. Bo to jest w szkole najmniej ważne
(wywrotowy tekst nauczyciela historii), a najważniejsze są relacje. Relacje
między młodzieżą i między nami pedagogami. Lekcja, lekcją, ale nie ma jak
rozmowa, jak wspólne spędzanie czasu. Bo dzięki tym relacjom, miałam we wtorek pełną
salę ludzi, którzy skończyli szkołę rok temu i dziesięć lat temu, a nawet
więcej. I chociaż nie byłam w stanie ze wszystkim porozmawiać tyle ile bym
chciała, to jednak wyłuskałam kilka ważnych rzeczy.
Że
z tej niesfornej młodzieży, wyrośli ludzie, dojrzali, mądrzy i spełnieni. Że
studiują, że spełniają marzenia, że pracują, że są uśmiechnięci od ucha do ucha
i zadowoleni, że mogli odwiedzić starą szkołę.
Że
ważne jest, co do nich mówimy i w jaki sposób. I na ten przykład, jeden z chłopaków nawet się
przyznał, że na moje lekcje w pandemii logował się regularnie. To był dla mnie
mega komplement, bo na zdalnym nauczaniu sami wiecie, jak to było. Pewnie
czasami gadałam sama do siebie.
Że
młodzież pamięta niektóre rzeczy, które nam przelatują przed nosem, bo przecież
to nasza praca i chleb powszedni, a dla nich są one ważne. Wzruszyły mnie dwie
dziewczyny, których byłam wychowawczynią tylko przez rok, ale one przypomniały
mi, że puściłam im pod koniec trzeciej klasy (rocznik po gimnazjum) na
pocieszenia piosenkę o rybie śpiewającej do liścia. To był fragment kreskówki
Akwalans. A co ciekawe, ja sama wtedy po tej lekcji o tym napisałam na blogu.
Dzisiaj puściłam ją innej klasie, ale tylko dlatego, że im opowiadałam o
wczorajszych spotkaniach z byłymi uczniami. I Wy możecie jej posłuchać i
przeczytać mój stary tekst: https://zprzymruzeniemoczu.blogspot.com/2022/03/badz-jak-milo.html
A
najbardziej zdziwiłam się tłumem osób, z klasy, z którą w moich oczach się nie
dogadałam i sądziłam, że będą mieć ze mną, jak najgorsze skojarzenia, a
tymczasem sporo z nich do mnie przyszło. I to też jest wzruszające, bo oni patrzą na nas zupełnie inaczej, niż nam
się wydaje. Super, jeśli z sympatią, gorzej, jeśli jej nie mają.
A
to, co było dla mnie może nie trudne, ale dziwne, to że oni do mnie przychodzili
i ja miałam wrażenie, że kończyli szkołę wczoraj, a oni mi mówili, że dziesięć
lub siedem lat temu. Szok! Ależ oni się starzeją! Ja oczywiście nie.:)
Dzisiaj
rozmawiałam z moimi koleżankami z pracy i one też były zadowolone ze spotkań z
absolwentami i miały podobne odczucia do mnie.
To
były bardzo dobre spotkania. Ja jestem nimi zbudowana i na nowo nabrałam wiatru
w moje nauczycielskie żagle. Bo nauczyciel też człowiek i czasami potrzebuje
pozytywnych informacji zwrotnych.
Dziękuję
Wam drodzy absolwenci, wczoraj dostałam ich aż w nadmiarze.

Komentarze
Prześlij komentarz